Nadmorska majówka

Podróż nad morze nieodłącznie kojarzy się z goframi. My już zapakowaliśmy swój samochód, pijemy kawkę i ruszamy zobaczyć bunkry. Jeśli nie macie dziś takiej możliwości, zróbcie sobie nadmorski klimat w domu – upieczcie gofry, które smakują lepiej niż te z kołobrzeskej budki! Gofry z przepisu Magnusa Nillsona są (prawie) dwuskładnikowe, to tylko kremówka i trochę mąki. Przygotowanie tego ciasta zajmuje kilka minut, a efekty wbijają w fotel (leżak). To uosobienie lekkości, ciasto w środku jest mięciutkie i pełne dziur, przypomina ptysiowe. Z zewnątrz ma idealnie chrupiącą skorupkę, która nie nasiąka zbyt prędko od bitej śmietany (ani od ricotty, z którą smakują wyjątkowo pysznie).  Nie rozpisuję się za bardzo, ruszajmy nad morze. Dobrej majówki! 

aaaIMG_2454 copy.jpg

Gofry lepsze niż z nadmorskiej budki

przepis z "Nordic Cooking" Magnusa Nillsona

  • ok. 3/4 szklanki wody
  • 90 g mąki pszennej
  • łyżeczka ekstraktu waniliowego lub ziarenka z 1/2 laski
  • szczypta soli
  • szczypta cukru
  • 150 ml śmietany kremówki (30% lub 36%)
  • masło do smarowania gofrownicy
  • do podania: bita śmietana, ulubione owoce, ricotta, skórka z cytryny, czego  tylko zapragniesz

Zanim zaczniesz przygotowywać ciasto na gofry, włącz gofrownicę – niech się porządnie rozgrzeje. Do dużej miski wlej wodę, dodaj mąkę, wanilię, sól i cukier, i wymieszaj całość mikserem na gładkie ciasto. W osobnym naczyniu lekko ubij śmietanę (nie na sztywno, ale niech będzie zdecydowanie puszysta). Wmieszaj ją w ciasto delikatnymi ruchami szpatułki lub drewnianej łyżki. Na gofrownicy rozsmaruj odrobinę masła (najlepiej użyć do tego silikonowego pędzelka). Wylej ciasto, zamknij i piecz aż będą rumiane z obu stron. Po wyjęciu przestudź gofry na kratce lub od razu zajadaj. Jeśli chcesz zabrać je na piknik, przed spakowaniem wystudź całkowicie. Zachowają chrupkość przez wiele godzin. Smacznego!

Pięć(dziesiąt)

chałwowy tort urodzinowy z wiśniami i amaretto

Za pięć dni ten blog skończy równe pięć lat! Tak wynika z moich niewyraźnych obliczeń, opartych o wpisy pamiętnikowe, historie przeglądarek i rozmyte wspomnienia. Z tej okazji mam dla Was przepis na najsmaczniejszy tort urodzinowy w tej galaktyce. W prawdziwym świecie powstał z okazji równych lat pięćdziesięciu, które skończyła w zeszłym miesiącu moja (najfajniejsza we wszystkich galaktykach) Mama. W wirtualnym dzielę się nim z Wami i życzę nam jeszcze co najmniej czterdziestu pięciu lat wspólnego świętowania. 

chałwowy tort urodzinowy z wiśniami i amaretto koska pismaniye

Próbowaliście kiedyś pişmaniye? Na opakowaniu przedstawione jest jako turecka chałwa w kłębkach, i rzeczywiście w smaku trochę ją przypomina (choć nie ma w składzie sezamu). Najważniejsza w tym specjale jest jednak jego struktura. Pişmaniye to bowiem puszyste kulki z miliona cieniutkich włókien, wytwarzanych poprzez mozolne rozciąganie plastycznej masy cukrowej w podprażonej z masłem mące (spójrzcie na film!) Są lekkie jak świeży, spadający w wielkich płatkach śnieg. I tak samo jak on rozpływają się w sekundę po dotknięciu języka. Jeśli jeszcze tego nie doświadczyliście, biegnijcie do najbliższego tureckiego/arabskiego sklepu, Kuchni Świata lub nawet dobrze zaopatrzonych delikatesów, gdzie pismaniye też czasem się pojawia. To będzie najdelikatniejsza rzecz, jaką w życiu zjecie! A że jest bardzo słodka, z pewnością nie dacie rady całemu opakowaniu na raz – to co zostanie zachowajcie i przyklejcie na brzegi urodzinowego tortu. Będzie idealnym zwieńczeniem rajskiej kombinacji chałwy, czekolady, wiśni i amaretto. 

Wszystkiego najlepszego!

chałwowy tort urodzinowy z wiśniami i amaretto

Tort urodzinowy
na biszkopcie kakaowym, z kremem chałwowym i wiśniami

10-12 porcji (forma 23 cm)
częściowo na podstawie tego przepisu

na biszkopt:

  • 5 jajek
  • 3/4 szklanki cukru
  • 1/2 szklanki mąki pszennej
  • 1/4 szklanki skrobi ziemniaczanej
  • 1/4 szklanki kakao

na krem:

  • 200 ml śmietany kremówki
  • 250 g mascarpone
  • 400 g chałwy (może być z pistacjami, jeśli lubisz jak coś chrupie)

dodatkowo:

  • 1/2 szklanki amaretto
  • espresso (lub mała filiżanka dobrej, mocnej kawy)
  • 220 g dżemu wiśniowego 100% (używam Łowicz, jest kwaskowy)
  • pişmaniye (turecka “chałwa” w kłębkach), do ozdobienia tortu z zewnątrz

 

Zacznij od upieczenia biszkoptu (warto to zrobić poprzedniego dnia – musi porządnie ostygnąć). Wszystkie składniki powinny w miarę możliwości być w temperaturze pokojowej. Przygotuj tortownicę – wyłóż dno papierem do pieczenia, a boki formy pozostaw suche. 

Do jednego naczynia przesiej mąkę, skrobię i kakao, odstaw na bok. Oddziel białka jaj od żółtek i umieść je w dużej misce. Ubij mikserem na sztywną pianę, pod koniec dodając stopniowo cukier. Zmniejsz obroty miksera, ale wciąż ubijając dodawaj po jednym żółtku. Wyłącz mikser, dodaj do masy suche składniki i wymieszaj szpatułką lub drewnianą łyżką, najdelikatniej jak potrafisz. Przelej ciasto do przygotowanej tortownicy i wstaw do piekarnika na około 45 minut. Po tym czasie powinno być równomiernie wyrośnięte, jeśli w centrum wydaje się płaskie to znaczy, że środek jeszcze się nie upiekł – wydłuż czas o dodatkowe 10 minut.

Gorące ciasto wyjmij z piekarnika i upuść je poziomo na podłogę z wysokości niecałego metra (oczywiście w formie). Dzięki temu powietrze ucieknie z niego szybko, co spowoduje, że ciasto nie opadnie. Odstaw do całkowitego wystudzenia.

Żeby wyjąć ciasto z formy oddziel brzegi od formy małym nożykiem. Jeśli wierzch jest mocno zaokrąglony, możesz ściąć mu delikatnie czubek. Przekrój resztę na trzy równe blaty.

Przygotuj krem. W dużej misce lub naczyniu miksera umieść śmietankę i ubijaj na najwyższych obrotach. Kiedy będzie puszysta, wciąż ubijając dodaj mascarpone. Po kilku minutach krem powinien być jednolity i dość sztywny. Dorzuć wówczas pokruszoną chałwę i ubijaj jeszcze chwilę, do dokładnego połączenia. Odstaw do lodówki na czas dalszych przygotowań.

Wymieszaj w szklance amaretto z espresso. Dżem wiśniowy podgrzej w rondelku, aby był bardziej płynny. 

Do składania tortu najlepiej jest zaopatrzyć się w tacę obrotową (używam zwykłej z Ikei) oraz szpachlę do nakładania kremu i najzwyklejszą plastikową szpatułkę. Na tacy ułóż kartonową podstawę lub paterę/talerz, a na niej pierwszy blat biszkoptowy. Nasącz go po całości mieszanką amaretto i kawy. Równomiernie rozprowadź na nim połowę dżemu wiśniowego a następnie przykryj grubą warstwą kremu i wyrównaj. Ułóż kolejny blat i powtórz proces – nasączanie (hojne!), dżem, krem. Przykryj trzecim blatem, nasącz go i przykryj już tylko kremem, nakładając go też od razu na boki ciasta. Wyrównaj wierzch i brzegi (to na tym etapie obrotowa taca i plastikowa szpatułka są najbardziej przydatna). Do kremu na całej powierzchni tortu przyklej porwane na włókienka pişmaniye. Odstaw do schłodzenia na minumum godzinę, a najlepiej na kilka – tort będzie się znacznie lepiej kroił, a smaki się przegryzą. Choć oczywiście najlepiej smakuje to, co zostanie na drugi dzień! Smacznego i sto lat.

chałwowy tort urodzinowy z wiśniami i amaretto koska

Þrjár dagar í Reykjavík *

* Ten wpis miał się ukazać mniej więcej rok temu. Ale gdyby tak się stało, wyglądałby zupełnie inaczej. Pamiętacie luźny mikro-przewodnik po stolicy południowej Francji, Trois jours à Marseille? Napisałam go po bardzo krótkim pobycie, mimo wszystko wypełnionym wieloma pysznościami. Podobny miałam pomysł na Reykjavik, który odwiedziłam na chwilę zeszłego lata. Tytuł dzisiejszego wpisu znaczy dosłownie „Trzy dni w Reykjaviku” – tyle mniej więcej spędziłam tam ja, to się zgadza. Mimo to tytuł jest zwodniczy. Bo zamiast niepewnie przedstawiać miasto sama, oddam dziś głos komuś kto zna je jak własną kieszeń i chętnie wtajemniczy Was w jego najlepsze smaczki.

Rejkiawiczanie których domy znajdują się na parterze, mają uroczy zwyczaj ozdabiania swoich parapetów gadżetami umilającymi przechodniom spacer. Powiększcie to zdjęcie i przyjrzyjcie się ile obrazków, figurek i zabawek uśmiecha się do Was z tych domowych witryn. Chodząc po mieście nie mogłam przestać zastanawiać się kim są ludzie, którzy je tam ustawili. Czasami udało się zajrzeć przez okno do środka, zazwyczaj jednak ta mała wystawka była wszystkim, na podstawie czego mogłam odgadywać życiorysy lokatorów.

IMG_5196 copy.jpg

Naszą przewodniczką będzie moja najlepsza przyjaciółka Kasia, którą na ulicy z pewnością wzięlibyście za Islandkę. I choć jest Polką z krwi i kości, spędziła w Reykjaviku wystarczająco dużo czasu by poznać go lepiej niż niejeden rdzenny mieszkaniec. Spróbowała wielu smacznych rzeczy pod adresami, które mogą się Wam przydać kiedy odwiedzicie to miasto. Nie będzie dziś o rekinach, wielorybach ani maskonurach (na pewno nie na talerzu) – poznajcie prawdziwy, codzienny Reykjavik i okolice.

Na końcu tego wpisu czeka na Was przepis na śledzie po islandzku. Nie przywiozłam go z Reykjaviku, nikt nie wie czy rzeczywiście pochodzi on z tych rejonów. Ale nawet jeśli nazwa jest bezzasadna jak w przypadku ryby po grecku, pisanie o Islandii jest dobrym pretekstem do podzielenia się tym przepisem. Bo takie śledzie są bardzo w klimacie. Chłodnym i szarawym, a więc takim, który panuje aktualnie i u nas w Polsce. Dlatego nie zwlekajcie ani chwili i zaraz po lekturze pędźcie na śledziowe zakupy. Będzie ostry chrzan i łagodna śmietana, słone kapary i słodkie jabłka, miękka ryba i chrupiąca cebula. Róż, biel, czerwień i zieleń przeciwko szarościom. A do tego wystarczy bochen ciemnego, żytniego chleba – bo choć nie pieczemy go w ziemi przy gorących źródłach, robimy w Polsce przecież najwspanialszy!

Reykjavik to bardzo kameralne miejsce. Mimo, że jest stolicą Islandii, ciężko myśleć o nim jako o mieście – liczba ludności jest prawie o połowę mniejsza niż w Radomiu, a jedyny „wieżowiec” to 73-metrowy kościół Hallgrímskirkja. Dzięki temu jednak łatwo jest poczuć się tam dobrze i swojsko, a także czerpać dobrą energię z wszechobecnych kolorowych akcentów przełamujących chłodną szarość, którą spowita jest cała wyspa. Ale powierzchnia miasta wcale nie jest taka mała, przez co do najlepszych miejsc nie da się zawsze trafić przypadkiem. Oddaję więc głos Kasi, która zaprowadzi wszędzie, gdzie warto zawędrować.


1. Kex Hostel

Zdecydowanie najciekawsze miejsce na mapie Reykjaviku. Hostel, bar oraz restauracja w jednym. Zawsze gwarno, radośnie, międzynarodowo, ale i lokalnie. Ta industrialna, jednak niezwykle przytulna pełna książek i dziwnych krzeseł przestrzeń mieści się w dawnej fabryce ciasteczek nad oceanem. Duży ogródek na tarasie. Można tu spędzić cały dzień, zaczynając od śniadania, przez lunch po kolację i piwo ze znajomymi. Mają tu duży wybór lokalnych piw oraz przekąsek opartych na tradycyjnych przepisach. Miłośnikom jazzu polecam wpaść tu we wtorek na cotygodniowy koncert.

Skúlagata 28, 101 Reykjavík, Islandia
kexhostel.is


2. Reykjavik Roasters

Najlepsza palarnia i kawiarnia reprezentująca trzecią falę. W Reykjaviku znajdują się dwie. Pierwsza malutka, urządzona w domowym islandzkim stylu (widoczna na zdjęciach). Tutaj rządzi przemiły Brytyjczyk Tom, który z cierpliwością odpowie na każde ciekawskie pytanie. Druga przestronna, mniej turystyczna, reprezentująca skandynawski design. Reykjavik Roasters to mekka islandzkich wielbicieli specialty coffee oraz kaw przelewowych. Świeżo paloną kawę w ziarnach można kupić na miejscu po wcześniejszej degustacji. Uwaga! Islandczycy się nie spieszą. Tym bardziej islandzcy bariści, bądźcie cierpliwi i wyrozumiali – warto!

Kárastígur 1, 101 Reykjavík, Islandia
Brautarholt 2, Brautarholt, Reykjavík, Islandia

reykjavikroasters.is


3. Kaffihús Vesturbæjar

Dla przyjaciół Kaffi Vest. Bistro/kawiarnia położona w najładniejszej moim zdaniem dzielnicy Reykjaviku tuż nad oceanem, z dala od turystycznych szlaków. Moje idealne letnie popołudnie spędziłabym w ogródku z widokiem na ocean, rozkoszując się filiżanką idealnego flat white’a po wizycie w sąsiadującym, urokliwym basenie Vesturbæjarlaug. Kaffi Vest to kawiarnia bardzo lokalna, mało tu turystów. Można spokojnie zaszyć się z książką obserwując mokre blond czupryny stylowych Islandczyków wychodzących z basenu. Wielkie okna oraz liczne lustra sprawiają, że możemy obserwować grę świateł oraz z każdego niemalże stolika wpatrywać się w ocean. Przemili bariści (również polscy!), pyszna kawa z palarni Reykjavik Roasters oraz oryginalne menu.

22,, Melhagi 20, 107 Reykjavík, Islandia
kaffihusvesturbaejar.is

fot. Kasia Sińska

fot. Kasia Sińska

fot. Kasia Sińska

fot. Kasia Sińska


4. Kjarvalsstaðir, Reykjavík Art Museum

Muzeum poświęcone współczesnemu malarstwu i rzeźbie, ale przede wszystkim artyście Jóhannesowi S. Kjarvalowi, mieszczące się w pięknym parku, w budynku typowym dla nordyckiego modernizmu. W muzeum znajduje się kawiarnia i bistro. W cieplejsze dni można usiąść z kawą na dużym placu z widokiem na park korzystając z prawdziwie świeżego powietrza.

Flókagata 24, 105 Reykjavík, Islandia
listasafnreykjavikur.is

fot. Kasia Sińska

fot. Kasia Sińska

fot. Kasia Sińska

fot. Kasia Sińska


5. Brauð & co

To najlepsze rozwiązanie na szybkie śniadanie. Co zaskakujące, w Reykjaviku trudno jest znaleźć dobre pieczywo na zakwasie. W tej niszowej piekarni znajdziecie najlepszy chleb i wypieki. Mój ukochany zestaw to słynna w Skandynawii słodka bułeczka cynamonowa i czarna, mocna kawa przelewowa. Nie ma lepszego połączenia.

16,, Frakkastígur, 101 Reykjavík
braudogco.is


6. HOT DOGI

Hot dog uznawany przez Islandczyków za narodowy przysmak. Tak jak wiele innych międzynarodowych potraw i hot dog ma własną nazwę – pylsur. Budek z hot dogami w mieście jest mnóstwo. Najsłynniejsza znajduje się w centrum, jednak ja polecam tę prowadzoną przez sympatyczne starsze małżeństwo przy basenie Vesturbaejarlaug (widoczna na zdjęciu). Mniejsza kolejka, a smak taki sam. Pylsur znacznie różni się od znanych nam hot dogów. W miękkiej bułce, z baranią parówką, świeżą cebulką oraz słodkawym beżowym sosem, którego receptura pozostaje tajemnicą.

fot. Kasia Sińska

fot. Kasia Sińska

Dzielnica Vesturbær, fot.  Adam Podleśny

Dzielnica Vesturbær, fot. Adam Podleśny

7. Basen Vesturbæjarlaug

Jeśli chcielibyście prześcignąć żabką Björk (niełatwe zadanie), w tym miejscu macie szansę spróbować. Jeden ze starszych basenów w Reykjaviku. Kameralny, otwarty, na świeżym powietrzu. Można tu zarówno trenować jak i wygrzewać się w gorących basenach oraz saunach. Wejście na cały dzień kosztuje ok. 30 zł.
Islandczycy słyną z zamiłowania do kąpieli – w gorących źródłach, ale i w basenach. To miejsce łączące wszystkie pokolenia. Rodzinne spotkania, dyskusje o polityce, wypad na plotki, a nawet randki, to wszystko rozgrywa się tutaj przez okrągły rok. W weekendy pyszna kawa przelewowa na koszt firmy.

Hofsvallagata 107, 107 Reykjavík, Islandia


8. Bergsson Mathus

Czyli dosłownie Jadłodajnia Bergssona. Polecana przez Jamiego Olivera i przeze mnie, restauracja idealna o każdej porze dnia. W menu na lunch znajdziecie cztery różne pozycje, również wegetariańskie. Obfite i pożywne. Daniem, które polecam najbardziej jest ryba, codziennie inna, tak świeża jak to tylko możliwe. Na kolację warto przyjść we dwójkę lub w grupie i zamówić menu do podziału. Na stole stanie przed Wami zacna porcja świetnie przyrządzonej pieczonej ryby czy baraniny. Najbardziej jednak polecam to miejsce ze względu na atmosferę. Przyjacielscy i gościnni kelnerzy sprawią, że poczujecie się jak na kolacji u przyjaciół. Po jedzeniu spacer wokół sąsiadującego stawu Tjörnin zamieszkanego przez islandzkie łabędzie to sprawdzony przepis na udany wieczór.

Templarasund 3, 101 Reykjavík, Islandia
bergsson.is

fot. Kasia Sińska

fot. Kasia Sińska

Jezioro Tjörnin, fot. Kasia Sińska

Jezioro Tjörnin, fot. Kasia Sińska


9. Hverfisgata 12 i Mikkeller & Friends

O tej ukrytej pizzerii mówi się, że jest tak hip, że nie ma nawet nazwy. Piękny i przytulny dwupoziomowy lokal. Idealne miejsce na randkę i drinka ze znajomymi. Na dole pizzeria o nietypowym menu oraz bar prowadzony przez najlepszych islandzkich barmanów. Wachlarz lokalnych wódek i likierów, drinki inspirowane islandzką naturą, jagodowe, słone, pyszne. Na drugim piętrze znajduje się zaprzyjaźniony pub należący do duńskiego browaru Mikkeller. Można tu spróbować ponad dwudziestu różnych, zmieniających się sezonowo piw prosto z beczki. Najbardziej polecam pszeniczne warzone ze skórką pomarańczy i kolendrą oraz najbardziej kontrowersyjne, z chmielu wędzonego na owczych odchodach.

Hverfisgata 12, 101 Reykjavík, Islandia
mikkeller.dk


10. Messinn

To restauracja specjalizująca się w tradycyjnych morskich przepisach. Kelnerzy ubrani w marynarskie stroje serwują różnorodne, tradycyjne potrawy rybne. Najbardziej polecam te do podziału, podawane na ciężkich patelniach stawianych na środku stołu. Plokkfiskur, czyli "gulasz" rybny, podawany na liściach szpinaku, z ziemniaczkami, pomidorkami oraz warzywami korzeniowymi to przepyszny i tradycyjny przysmak. Do tego słodkawy, piernikowy chleb żytni z solonym masłem. Niebo w gębie.

Lækjargata 6, 101 Reykjavík, Islandia
messinn.com


11. Vitabar

W centrum Reykjaviku kryje się kilka miejsc znanych tylko wtajemniczonym mieszkańcom. Jednym z nich jest niezwykle klimatyczny bar z burgerami. Typowo sąsiedzki lokal na szybki posiłek i plotki przy piwie. Ja dowiedziałam się o nim od Ivara z FM Belfast (On tour with Ivar – patrz punkt 14). Nie są to może te najzdrowsze burgery, ale za to autentyczne i zdecydowanie najlepsze. Największym powodzeniem cieszy się ten z sosem na bazie gorgonzoli. W barze panuje nieoczywisty, trochę podziemny klimat i niezobowiązująca atmosfera. Ciemne wnętrze oświetlone pięknymi lampami i nietuzinkowi goście. To sprawia, że chce się tu wracać.

Bergþórugata 21, 101 Reykjavík, Islandia


12. Icelandic Street Food

Kuchnia islandzka słynie z wysokiej jakości baraniny. Opinii na temat najlepszej, tradycyjnej lamb soup w Reykjaviku jest tyle co mieszkańców. Moje serce skradła serwowana właśnie tu. Niezwykle charyzmatyczny, witający u progu młody właściciel tego niepozornego lokalu stworzył menu oparte na przepisach swojej babci, zawierające raptem 4-5 pozycji. Najbardziej polecam lamb soup i shellfish soup. Gęsty bulion jagnięcy z satysfakcjonującą ilością mięsa i warzyw nie jeden raz uratował mnie podczas przeziębienia czy gorszych dni. Na życzenie serwowany w chlebie!

Lækjargata 8, 101 Reykjavík, Islandia


13. Húrra

Ten niepozorny bar to centrum islandzkiej muzyki. Niewielka przestrzeń pomieści fanów jazzu, rapu, elektroniki i dobrych potańcówek. W każdy poniedziałkowy wieczór można posłuchać i uczestniczyć w koncertach młodych, jazzowych muzyków. Naturalnie przechodzą one w jam sessions – zagrać czy zaśpiewać może każdy. Jam otwiera śpiewający barman, młody Chet Baker. Przy świetnym piwie z islandzkiego browaru Einstök można nawiązać nowe międzynarodowe znajomości i przez chwilę poczuć się jak w Nowym Orleanie. Húrra organizuje wiele różnorodnych koncertów. Islandzcy raperzy, KIASMOS, FM Belfast i GusGus to również stali goście.

Tryggvagata 22, Reykjavik, Iceland
hurra.is

Kiasmos w Húrra, fot. Kasia Sińska

Kiasmos w Húrra, fot. Kasia Sińska


14. On tour with Ivar i City Walk

Nawet jeśli tak jak ja zazwyczaj trzymacie się z dala od zorganizowanych wycieczek, dla tych dwóch musicie zrobić wyjątek. On tour with Ivar to wycieczka prowadzona przez perkusistę sławnego islandzkiego zespołu FM Belfast. Ivar jest niezwykle ciepłym i ciekawym człowiekiem, który oprowadzi Was po swoich ulubionych zakamarkach i lokalach rodzinnego miasta. Opowie o muzyce, polityce, architekturze w sposób lokalny i subiektywny. W cenie wycieczki, prócz spaceru z super człowiekiem, dostaniecie też bułeczkę cynamonową, kawę, drinka, lunch w Messinnie, piwo i hummus. Poza tym, czy gdziekolwiek indziej na świecie gwiazda muzyki pop w wolnych chwilach przybiera postać przewodnika? Takie rzeczy tylko na Islandii.

Druga wycieczka to dwugodzinny, darmowy spacer historyczny po Reykjaviku. Brzmi nudno? Nie z tą zwariowaną ekipą młodych islandzkich historyków. Jeśli na ulicach Reykjaviku co chwilę widzicie grupy turystów wybuchających śmiechem, to właśnie ich sprawka. Szczególnym darem opowiadania obdarzony jest Eric. Przezabawny, rzetelny Islandczyk uosabia tamtejsze autoironiczne poczucie humoru! Ta grupa także wie gdzie najlepiej zjeść i wypić.

ontourwithivar.com
citywalk.is


Po tej wyczerpującej przeprawie z insiderką Kasią, nie czuję, żebym miała cokolwiek do dodania. Może tylko że to w Reykjaviku trafiłam do najfajniejszej łazienki w mojej kolekcji toaletowych fotografii.

Szybko pokażę Wam jeszcze kilka miejsc, które warto zobaczyć poza Reykjavikiem, nawet jeśli czas mocno Was goni. Te cuda natury znajdują się bardzo blisko stolicy, w obrębie tak zwanego The Golden Circle – popularnej wśród turystów trasy, o której przeczytacie więcej tutaj. Zamierzam kiedyś wrócić na Islandię, by oddalić się jak to tylko możliwe od cywilizacji i poznać naturę jej terenów znacznie lepiej. Ale jeśli tak jak ja odwiedzacie Reykjavik w ekspresowym tempie, nie przejmujcie się. Wystarczy opuścić granice miasta, przejechać kilka kilometrów i krajobraz zmienia się w to, czego o Islandii nasłuchaliście się przed przyjazdem.

Strokkur, najpotężniejszy czynny gejzer na Islandii. Tutaj w akcji – wybucha tak co około 6-10 minut. Zaraz obok znajduje się Geysir, czyli Oryginalny Gejzer, od którego nazwy wzięło się to słowo! Liczy sobie około dziesięć tysięcy lat, ale ostatnio jest bardzo spokojny, urządzając całe lata przerwy między wybuchami. 

IMG_5284.jpg

Piękne jezioro Kerið w kraterze wulkanu Grímsnes.

Wodospad Gullfoss na rzece Hvítá.

Mamy nadzieję, że po odwiedzeniu z nami Islandii czujecie nieodpartą chęć teleportacji pod któryś ze smacznych adresów Reykjaviku! Jeśli jednak nie macie takiej wyprawy na razie w planach, nie szkodzi. Zawsze są przecież islandzkie śledzie. Smacznego!

Śledzie po islandzku
w soku z buraków i chrzanie

4-6 porcji
przepis z duńskiego magazynu Gastro, dzięki Pistachio

  • 100 g obranego korzenia chrzanu
  • 500 ml soku z buraków
  • 4 kulki ziela angielskiego
  • 1 gwiazdka anyżu
  • 4 ziarna pieprzu czarnego
  • 50 g marynowanych buraków (ze słoika)
  • 125 ml wody
  • 125 ml octu jabłkowego
  • 120 g cukru trzcinowego
     
  • 4-5 dużych płatów solonego śledzia (moczonego wcześniej przez kilka godzin w mleku)
  • 1 reneta (lub inne jabłko, ale jak najbardziej kwaśne, twarde)
  • 1 mała biała cebula lub szalotka
  • ok. 4 łyżki kaparów
  • kwaśna śmietana
  • koperek
  • ulubiony żytni chleb razowy

Chrzan kroimy w plasterki i wkładamy do garnka razem z sokiem z buraków i przyprawami (zielem angielskim, anyżem i pieprzem). Podgrzewamy pod przykryciem do zagotowania, następnie zdejmujemy z ognia i odstawiamy na godzinę.

W osobnym garnku zagotowujemy wodę z octem i cukrem. Kiedy cukier się rozpuści, zdejmujemy z ognia, studzimy i dodajemy do pierwszego garnka z sokiem z buraków. Dodajemy też pokrojone buraki. Śledzie myjemy i kroimy na mniejsze kawałki. Wkładamy do słoika i zalewamy marynatą. Odstawiamy do lodówki na 2-3 dni, lub dłużej, jeśli po tym czasie stwierdzimy, że warto.

Zamarynowane śledzie podajemy na półmisku w towarzystwie skrojonego jabłka, piór cebuli, przepłukanych kaparów i kwaśnej śmietany. Obsypujemy posiekanym koperkiem i podajemy z dobrym, razowym chlebem żytnim.

IMG_6667.jpg

Wróciłam. Pudding wcale nie japoński

Cześć, a może raczej konnichiwa! Z tej strony Marianna (Mari-san?), która jakiś czas temu zniknęła bez śladu daleko od Polski i tego bloga. Wybaczcie mi długą ciszę, obiecuję, że nie próżnowałam! Ale teraz wracam już z nowymi przepisami. Dobrze jest czasem porządnie się stęsknić – za pisaniem, własną kuchnią i polskim jedzeniem. Na wszystkie trzy rzeczy mam większą ochotę niż kiedykolwiek dotychczas.

W tej Japonii byłam jednak naprawdę długo, nie miejcie mi więc za złe jeśli nie uda mi się tak od razu przestawić na nasze lokalne realia. Łapię się na tym, że na wpół świadomie przemycam wszędzie japońskie smaki, nawet jeśli polega to tylko na podmianie soli na sos sojowy. A czasem wystarczy mi sama myśl o tym, że Japonia jest na moim talerzu – na przykład kiedy robię pudding jak w dzieciństwie, ale z wyjątkowego ryżu z prefektury Niigata.

Nie zniechęcajcie się. Nie trzeba po ten pudding jechać do Japonii (ani nawet do sklepu z importowaną żywnością). Równie pyszny wyjdzie ze zwykłym ryżem krótkoziarnistym dostępnym w co drugim spożywczaku (zazwyczaj pod nazwą „ryż do risotto”). Upewnijcie się też, że macie pod ręką laskę wanilii. A pozostałe składniki to już samo polskie dobro. Z francuskim finiszem – opcjonalnym, ale jaki deser nie smakuje lepiej ze skorupką crème brûlée niż bez niej? Efekt to remedium dla wszystkich smutasów, niezależnie od narodowości. Szczególnie dobrze działa jednak w miejscach, gdzie jest aktualnie wietrznie, szaro, mokro i zimno. Jest w nim bowiem kremowość, ciepło, chmurkowatość i komfort, czyli całe tego przeciwieństwo.

Kremowy pudding ryżowy
brûlée (lub nie)

8-10 małych porcji, jest bardzo sycący
przepis z magazynu Good Food 01/2016

  • 75 g masła
  • 175 g krótkoziarnistego, klejącego ryżu
  • 1 laska wanilii
  • 120 g (80 g + 40 g) jasnego cukru trzcinowego*
  • 500 ml śmietanki 36%
  • 600 ml pełnotłustego mleka
  • woda do konsystencji

* W oryginalnym przepisie cukru było 140 g, ale dla mnie efekt był za słodki, zwłaszcza w wersji z karmelową skorupką. Jeśli nie planujesz jej robić, możesz mocniej dosłodzić sam pudding. Bezpieczniej jednak zrobić to po ugotowaniu, zacznij więc od proporcji podanych przeze mnie powyżej (czyli 80 g cukru; 40 g na skorupkę po prostu pomiń).

W głębokiej patelni podgrzej masło. Kiedy się rozpuści, wrzuć rozciętą wzdłuż laskę wanilii i wsyp suchy ryż. Przemieszaj dokładnie, aby wszystkie ziarenka były równomiernie pokryte. Podpraż przez 5 minut co jakiś czas mieszając, a kiedy masło zacznie nabierać złotego koloru, dodaj 80 g cukru. Podgrzewaj przez kolejne 5 minut, aż cukier zacznie się rozpuszczać. Następnie wlej śmietankę i raz po raz mieszając gotuj, aż cukier się skarmelizuje i całość zacznie przypominać gęsty, krówkowy sos. Wtedy wlej mleko i wszystko razem gotuj na najmniejszym ogniu przez około godzinę, mieszając delikatnymi ruchami, tak aby nie rozgniatać ziarenek ryżu. Najlepiej wykorzystać do tego drewnianą łyżkę. Po 30-40 minutach spróbuj puddingu i oceń, czy proporcje są odpowiednie, a więc czy konsystencja nie robi się za gęsta, a ryż gotuje w odpowiednim tempie. W razie potrzeby wlej trochę wody. Ja dodałam w sumie około 250-300 ml. Jeśli wlejesz trochę za dużo, nie ma tragedii, wystarczy odparować pudding dodatkowe kilka minut! Końcowy efekt (wciąż gorący) ma przypominać dość płynne, bardzo kremowe risotto. Gotowy pudding rozlej do kokilek lub miseczek.

Jeśli chcesz przygotować wersję brûlée, odstaw je do wystygnięcia (a najlepiej schłodzenia), a następnie posyp powierzchnię pozostałym cukrem i przypal palnikiem gazowym. Podawaj od razu, kiedy skorupka jest chrupiąca. Smacznego!

Inna Wielkanoc

Jak ostatnio wspomniałam (tym razem na poważnie!), nadchodzącą Wielkanoc spędzam inaczej niż zazwyczaj. Z tej okazji Wam też proponuję w tym roku małą odmianę. Tyle na świecie odsłon świątecznego stołu, w ilu domach co roku obchodzone są święta. Niemal każda rodzina ma ukochane klasyki, przyrządzane według sekretnych przepisów dziedziczonych od pokoleń. Ale różnice mogą wynikać też z chęci unowocześnienia tradycji. W tym roku zamiast (lub oprócz!) bab i mazurków warto z okazji Wielkanocy upiec ciasto inne niż w pozostałych domach. Może być zupełnie zwyczajne, wystarczy dodać mu świątecznego ducha. Na przykład marchewkowe, wyjątkowe od samych koniuszków wieńczących jego królewską, tortową formę, aż po środek, czyli serce – pełne bakalii ciasto na mące gryczanej.

Gryczane ciasto marchewkowe
z kremem z ricotty i płatkami róży

na tortownicę o średnicy 16–18 cm (czyli 8–10 porcji)

Na ciasto:

  • 3 jajka

  • 40 g orzechów laskowych, posiekanych na duże kawałki

  • 150 g marchewki, startej na drobnych oczkach (2 duże lub 3 średnie sztuki)

  • 100–120 g drobnego, nierafinowanego cukru trzcinowego

  • 170 ml oleju roślinnego, np. z pestek winogron lub ryżowego

  • 1 łyżeczka octu jabłkowego lub z białego wina

  • 170 g pełnoziarnistej mąki gryczanej

  • 70 g jasnej mąki pszennej

  • 1,5 łyżeczki proszku do pieczenia

  • 1,5 łyżeczki sody oczyszczonej

  • 1 płaska łyżeczka suszonego imbiru

  • 1 płaska łyżeczka cynamonu

  • niepełna łyżeczka soli

  • 40 g suszonej żurawiny

Na krem:

  • 250 g serka mascarpone

  • 250 g ricotty

  • 80 ml niepasteryzowanej śmietany kremówki

  • 1 łyżka ekstraktu waniliowego lub ziarenka z 1 laski wanilii

  • pół łyżeczki soli

  • 3–4 łyżki cukru pudru

  • suszone płatki róży do dekoracji

Przygotuj tortownicę o średnicy 16–18 cm. Dno wyłóż papierem, a boki posmaruj masłem lub odrobiną oleju. Piekarnik rozgrzej do 160 stopni.

Na najwyższych obrotach ubij jajka z cukrem. Kiedy masa będzie puszysta, dodaj olej i ocet i ubijaj jeszcze chwilę. W innym dużym naczyniu połącz suche składniki – obie mąki, proszek do pieczenia, sodę, imbir, cynamon i sól. Dokładnie wymieszaj, w międzyczasie dorzucając także bakalie. 

Wlej mokre składniki do miski z suchymi. Dodaj startą marchewkę i wszystko razem wymieszaj szpatułką, starając się, aby proces trwał jak najkrócej. Im mniej ruchów na tym etapie, tym lepiej urośnie nam ciasto! Przelej masę do formy i piecz 40–50 minut (do suchego patyczka). Po wyjęciu przestudź ciasto przez 10 minut w formie, a następnie wyjmij je i połóż do góry nogami. Dzięki temu wybrzuszony wierzch się spłaszczy, nie będzie więc konieczności odcinania go, aby otrzymać płaski tort. Zostaw do całkowitego ostygnięcia, a następnie długim nożem z piłką przekrój na trzy równe blaty.

W międzyczasie przygotuj krem. Do dużej miski włóż mascarpone i ubijaj przez kilka minut, aż lekko się napowietrzy. Następnie dodaj ricottę, śmietankę, ekstrakt waniliowy oraz sól i dalej ubijaj, aż składniki utworzą gładką masę. Łyżka po łyżce dodawaj cukier puder, aż krem będzie wystarczająco słodki. Ubijaj jeszcze chwilę, aż krem się usztywni. 

Spodni blat ciasta ułóż na obrotowej tacy, jeśli taką posiadasz. Będzie ci łatwiej rozprowadzać krem na jego brzegach. Jeśli nie masz tacy, ułóż spód od razu na paterze. Na pierwszy blat wyłóż około ¼ kremu z miski, równo rozprowadź i przykryj kolejnym blatem. Powtórz czynność, kolejną warstwę kremu przykryj wierzchnim blatem i na górze oraz bokach rozprowadź pozostały krem. Wierzch udekoruj suszonymi płatkami róży. Tort można podawać od razu, ale najlepiej kroi się oraz smakuje po schłodzeniu – w miarę możliwości odstaw go na kilka godzin do lodówki. 

Przepis opracowany dla portalu Hellozdrowie.pl. Znajdziesz tam też garść przydatnych informacji na temat prozdrowotnych właściwości gryki!

Wesołych Świąt!