Going nuts

Do trwającego właśnie zimnego, ciemnego i nieprzewidywalnego czasu w roku trzeba porządnie się przygotować. Nie chodzi tu o zmianę obuwia i nakrycia głowy, a o wewnętrzne przestawienie organizmu na tryb jesienno-zimowy. Całe szczęście przyroda i jej naturalny cykl same podsuwają nam do tego wartościowe narzędzia. Nie bez przyczyny nadejście sezonu na orzechy laskowe zbiega się w czasie z początkiem coraz częstszych słot i chłodów – zawierają one w sobie wszystko, czego potrzebujemy, by sobie z tym poradzić.

Pani z mojego ulubionego warzywniaka obruszyła się wczoraj, że kilogram orzechów laskowych, który położyłam jej na wadze to stanowczo za mało. Bo teraz sezon właściwie już się skończył, mamy więc ostatnią szansę na nadgonienie z listą orzechowego “to-eat” na ten rok. Dzisiejsze przepisy miały ukazać się prawie miesiąc temu, ale czas ostatnio mnie pokonał. Publikuję je jednak śmiało, bo nawet jeśli nie macie zimowego zapasu świeżych orzechów laskowych w piwnicy, możecie sięgnąć po te łuskane, dostępne cały rok w dziale z bakaliami - wszystko wyjdzie równie znakomicie.

Rzeczone przepisy opracowałam z myślą o portalu Hellozdrowie, dlatego mimo, że to same słodkości, możecie mieć pewność, że są lekkie, pożywne i pełne dobra. Nie tak łatwo z marszu im zaufać – to, co naprawdę smaczne, zwykliśmy utożsamiać z grzesznymi przyjemnościami, na które staramy się nie pozwalać sobie za często. Tymczasem okazuje się, że popijając kremowe mleko o aromacie słodkich pralin możemy nie tylko mieć sumienie czyste jak łza – po zerknięciu na listę składników sami widzicie, że oddamy jednocześnie swoim organizmom dużą przysługę. A śliwki pod kruszonką (które warto zastąpić np. szarymi renetami! Czas śliwek też skończył się w trakcie mojej nieobecności) równie dobrze co na deser, można zjeść na pełnoprawne śniadanie. 

Śliwki pod orzechową kruszonką

6-8 porcji

  • 50 g orzechów laskowych (waga po wyłuskaniu, jeśli używamy świeżych)

  • 150 g mąki pełnoziarnistej

  • 100 g nierafinowanego cukru trzcinowego

  • 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia

  • szczypta soli

  • 100 g zimnego masła

  • 1 łyżka ekstraktu waniliowego

  • 700 g dojrzałych śliwek, np. węgierek (lub jabłek czy gruszek, można użyć też mrożonych owoców dowolnego rodzaju - bez rozmrażania)

  • 1 płaska łyżka mąki ziemniaczanej

  • 1 łyżka nierafinowanego cukru trzcinowego

  • do podania: lody lub śmietana

Piekarnik rozgrzewamy do 180 stopni. Łuskamy orzechy (jeżeli używamy świeżych) i prażymy je 7‒10 minut. Upieczone orzechy niezwłocznie przekładamy na kuchenną ściereczkę, szczelnie zawijamy i intensywnie pocieramy przez kilka minut, tak aby pozbyć się ich ciemnej skórki (nic się nie stanie, jak część nie zejdzie). Studzimy i siekamy.

W misce łączymy mąkę, cukier, proszek do pieczenia i sól. Dodajemy pokrojone w kostkę masło i rozcieramy palcami do połączenia z suchymi składnikami. Dorzucamy posiekane orzechy. Następnie dodajemy ekstrakt waniliowy i zagniatamy ciasto w kulę (jeśli jest za suche, można dodać odrobinę zimnej wody). Zawijamy w folię i wkładamy do zamrażarki.

Piekarnik podgrzewamy do 200 stopni. Śliwki myjemy, pestkujemy i kroimy na połówki lub ćwiartki (zależnie od wielkości i od preferencji). Mąkę ziemniaczaną rozcieramy z cukrem. Mieszamy ze śliwkami i układamy w żaroodpornym naczyniu o wymiarach ok. 20x20 cm. Na wierzchu równomiernie kruszymy przygotowane ciasto. Pieczemy 45 minut. Po przestudzeniu można posypać cukrem pudrem. Najlepiej podawać wciąż ciepłe, z gałką ulubionych lodów lub śmietaną (w wersji deluxe lekko słodką, z ziarenkami z laski wanilii).

Czekoladowe mleko z orzechów laskowych

ok. 1/2 litra mleka

  • 1 szklanka orzechów laskowych (po wyłuskaniu, jeśli używamy świeżych)

  • 3 szklanki wody + do namoczenia

  • 4-5 świeżych daktyli (lub 8-10 suszonych)

  • pół szczypty soli

  • 1 kopiasta łyżka kakao

  • ziarenka z 1 laski wanili

Orzechy łuskamy (jeśli używamy świeżych) i zalewamy wodą na 8‒10 godzin. Najlepiej zrobić to wieczorem poprzedniego dnia. Następnego ranka płuczemy orzechy i umieszczamy je w blenderze z 3 szklankami świeżej wody, daktylami i szczyptą soli. Miksujemy na najwyższych obrotach 2‒3 minuty. Próbujemy, aby sprawdzić poziom słodkości – w razie potrzeby dodajemy więcej daktyli.

Mleko przelewamy przez sito wyłożone podwójną warstwą gazy. Po wstępnym odsączeniu chwytamy gazę, tworząc z niej woreczek, i powoli wyciskamy mleko do ostatniej kropli. Do gotowego mleka dodajemy ziarenka wanilii oraz kakao (najpierw rozrobione z odrobiną płynu). Przechowujemy w lodówce 2‒3 dni, najlepiej w szklanej butelce. Mleko będzie się rozwarstwiać, to normalne zjawisko – wówczas wystarczy intensywnie wstrząsnąć butelką.

Na Polskim Stole #2

W zeszłym tygodniu przedstawiłam Wam projekt Polski Stół – efekt współpracy trzech dolnośląskich producentów zastawy stołowej. Dziś, po kryształach z Huty Julia, pod lupę biorę piękny kobaltowy talerz wytworzony w Manufakturze naczyń kamionkowych w Bolesławcu.

Zanim usłyszałam o kolekcji Polski Stół, ceramika bolesławiecka była mi najbliższa z całej stojącej za nią trójcy dolnośląskiego rzemiosła. Resztę, owszem, kojarzyłam, ale to Bolesławiec odkąd pamiętam wypełniał półki kuchennego kredensu w moim rodzinnym domu. Mimo wachlarza nowych, zaskakujących wzorów, mnie wciąż najbardziej urzeka klasyka, czyli ich pierwsze pawie oczka i kobaltowe kropki. Talerz z kolekcji Polski Stół podoba mi się szalenie – utrzymany w tej tradycyjnej estetyce, jest tylko lekko podkręcony charakterystycznym dla projektu kształtem plastra miodu. 

Na śniadaniu w Food Art Gallery przeznaczono go na deser – wylądował na nim wciąż ciepły, wzorowy croissant, a u jego boku domowa konfitura z pigwy i własnoręcznie robione makaroniki w salaterkach z porcelany Kristoff. Nie odmówiłabym wieńczenia w ten sposób każdego śniadania! Wcześniej jednak były kanapki (ależ nieadekwatnie brzmi to słowo kiedy wspominam tę wysmakowaną ucztę!) – podpieczone pajdy z pastą z awokado i jajkiem w koszulce. I choć wówczas idealnie płynne żółtko rozlewało się po porcelanowym talerzyku z zestawu drugiego, jego połączenie z chrupiącą skórą chleba utkwiło mi w pamięci tak mocno, że kanapki do dziś są jedynym, co chcę jeść z talerza na moim Polskim Stole.

Swoją kanapkę zaprezentuję Wam dziś iście przekrojowo. Punktem wyjścia jest oczywiście pieczywo, dlatego sięgam po najlepszy na świecie chleb na zakwasie z ziarnami i (w mojej ulubionej wersji) suszonymi śliwkami. Mam czasem szczęście dostać bochenek, kiedy odwiedzam rodziców – moja mama piecze go bardzo regularnie, na końcu tekstu przeczytacie dlaczego. W kanapce sukces współtworzą z nim obłędne marynowane buraki. Są dla mnie bardzo rodzimym specjałem, choć przepis na nie przywiozłam z wystawnej kuchni Ottolenghi’ego w Londynie. Całości dopełnia kozia chałwa – mój ukochany, bardzo charakterny, i co dziś istotne, polski (ba, dolnośląski!) ser.

Chleb mojej Mamy piecze się w pewnym określonym rytmie. Kiedy robimy go po raz pierwszy, musimy zachować niepełną szklankę ożywionego ciasta. Odkładamy je do lodówki na 5-8 dni Po tym czasie, dodając to ciasto w miejsce zakwasu, pieczemy kolejną partię. Dzięki temu, że zależy od nas życie tej mikstury, nie porzucimy domowej piekarni nawet w przypadku kompletnego braku sił. To bardzo miłe zawsze mieć jego zapas, przekonajcie się!

Chleb na zakwasie mojej Mamy
z ziarnami i suszoną śliwką

na podstawie przepisu i zakwasu od pani Marii
na dwa bochenki

500 g mąki pszennej
250 g mąki żytniej razowej
5 łyżek ziaren słonecznika
5 łyżek pestek dyni
5 łyżek siemienia lnianego
1 łyżka sezamu
3 łyżki otrębów owsianych
opcjonalnie: 50 g suszonych śliwek lub żurawiny
2 łyżeczki soli
ok. 3 szklanek wody
1/2 - 1 szklanka aktywnego zakwasu*
odrobina oleju do wysmarowania blaszek

* Tak jak pisałam, rolę zakwasu pełni tu część ciasta chlebowego pozostała z pieczenia poprzedniej partii. Za pierwszym razem można spokojnie wykorzystać swój własny, gęsty zakwas żytni, a dalej postępować według przepisu i uruchomić swoją cykliczną produkcję tego wyjątkowego chleba.

Mieszamy mąki z ziarnami i solą. Dodajemy wodę i mieszamy do połączenia (można zrobić to przy pomocy miksera z końcówką do mieszania/zagniatania). Dodajemy zakwas i wyrabiamy około 10 minut. Ciasto powinno mieć lepką i gęstą konsystencję. ½ szklanki odkładamy do słoiczka na następny raz. Resztę ciasta przekładamy do dwóch wysmarowanych olejem keksówek (około 30-centymetrowych), smarujemy też grzbiety chlebów. Formy przykrywamy kuchenną ściereczką i odstawiamy w ciepłe miejsce na 10-12 godzin.

Po wyrośnięciu wkładamy do piekarnika (grzanie góra-dół) rozgrzanego do 180 stopni i pieczemy godzinę. Następnie włączamy termoobieg, temperaturę zmniejszamy do 170 stopni i pieczemy jeszcze około pół godziny. Wyciągamy chleby z foremek i studzimy na kratce, aby nie zaparowały od spodu.

Kroimy po przestudzeniu, zbyt gorący chleb może być za miękki w środku, choć ciepły wspaniale smakuje z zimnym masłem.

Odłożony zakwas trzymamy w lodówce w słoiku przykrytym gazą (nie zakręconym). Po ok. 5 dniach zaczyna mieć lekko kwaśny zapach i jest gotowy do użytku. Najdłużej trzymamy 8-9 dni, by się nie zepsuł.

Marynowane buraki z NOPI

adaptacja przepisu z książki Nopi: The Cookbook, Yotam Ottolenghi, Ramael Scully

3-4 buraki (ok. 600-700 g)
2 ząbki czosnku, obrane i zgniecione
1 listek laurowy
kilka gałązek rozmarynu lub tymianku
½ łyżeczki ziaren pieprzu czarnego
50 g cukru trzcinowego
1 płaska łyżka gruboziarnistej soli morskiej
350 ml octu z czerwonego wina
500-800 ml wody źródlanej
skórka i sok z 1 niewoskowanej pomarańczy

Buraki szorujemy i w całości, nieobrane umieszczamy w garnku. Dodajemy wszystkie składniki (oprócz skórki z pomarańczy), zalewamy octem i uzupełniamy wodą – taką ilością, by wszystkie buraki były przykryte. Podgrzewamy na średnim ogniu i gotujemy do miękkości (około godzinę od zawrzenia). Garnek powinien cały czas być przykryty. Jeśli woda będzie szybko odparowywać, uzupełniamy ją do poziomu buraków. Kiedy będą miękkie, zdejmujemy z ognia i zostawiamy do całkowitego wystudzenia. Następnie wyciągamy buraki, obieramy je i kroimy – w Nopi w kostkę, u mnie w plastry, bo takie prościej ułożyć na kanapce czy zjeść w sałatce. Możecie zdecydować się też na słupki (np. do wrapów, sushi czy spring rollsów) – ważne, by kawałki były podobnej wielkości i raczej drobne (tudzież cienkie), aby marynowały się równomiernie. Przekładamy buraki do dużego słoika.

Zalewę, w której buraki się gotowały przecedzamy i z powrotem stawiamy na ogniu. Dodajemy sok i skórkę z pomarańczy, zagotowujemy i redukujemy na średnim ogniu mniej, tak długo by otrzymać mniej więcej 600 ml płynu (u mnie trwało to około 30 minut). Zalewamy buraki w słoiki, po drodze odcedzając na sitku skórkę pomarańczową, szczelnie zamykamy i odstawiamy na minimum 24 godziny. 

Aby złożyć idealną polską kanapkę, pajdę chleba smarujemy dobrym masłem (moje ulubione to dzięki Lukullusom masło z Grajewa, znane jako Łaciate). Możemy wcześniej lekko ją zgrillować. Układamy plasterki zamarynowanych buraków, nad całością kruszymy kozią chałwę (ilość wedle upodobania, ja daję dużo, można też zastąpić innym bardzo wyrazistym kozim serem, ale kto nie zna, niech koniecznie spróbuje chałwy!). Posypujemy solą, najlepiej w płatkach i - jeśli mamy - wędzoną (wiem, że w tym zestawie sól z Maldon mało lokalna, ale to mój faworyt. Choć planuję spróbować domowego wędzenia rzeczy już niebawem!). Na koniec kilka listków świeżej mięty. Podajemy na ulubionym polskim talerzu. Smacznego!

The 12 Dishes of Polish Christmas

Jakiś czas temu podporządkowałam swoje życie pracy nad projektem, którego efekt końcowy ujrzał przed kilkoma dniami światło dzienne. Od razu wykrzyczałam to na FB, ale moja internetowa wylewność nie pozwoliłaby mi przecież na tym zakończyć. Kto chciałby przeczytać dziś więcej na temat tego, jak razem z Culture.pl nakręciłam dwanaście anglojęzycznych filmów przedstawiających przepisy na polskie potrawy wigilijne – be my guest!

vlcsnap-2015-12-12-15h22m28s237.jpg

Mam szczęście za wieloletnią przyjaciółkę mieć pewną zdolną montażystkę, Martę. Już od jakiegoś czasu snułyśmy plany połączenia sił i kręcenia kulinarnych klipów. Szeroko rozumiana filmowa współpraca dobrze wychodziła nam od zawsze, choć ostatnie, co razem stworzyłyśmy (zapewne jakiś wciągający thriller, tudzież teledysk muzyczny) prawdopodobnie wciąż jest na VHS-ie. Zbieranie się do wspólnego nagrywania zajęłoby nam bez mała kolejne dziesięć lat... gdyby nie pojawił się bodziec nadający temu ręce, nogi i miano prawdziwego projektu.

Bodźcem był pierwszy mail od Sylwii z Instytutu Adama Mickiewicza. Kiedy przyszedł, tajemniczo napomykając o propozycji stworzenia kulinarnych filmów, byłam na kolacji z przyjaciółmi. Pobieżnie przeczytałam powiadomienie na telefonie i, mimowolnie zachichotawszy, od razu się tym z nimi podzieliłam. Moje towarzystwo nie mogło zdecydować czy zabawniejsza jest wizja Marianny gotującej przed kamerą niczym Robert Makłowicz, czy może raczej odcinek Kuchennych Rewolucji w moim domu? Żartom ze mnie na ekranie nie było końca. I podczas gdy najgłośniej chyba śmiałam się ja sama, kilka dni (i wiele maili) później znalazłam się na planie pierwszego filmu kulinarnego w swojej karierze.

Doskonale wiecie, że decyduję się na współprace wtedy, gdy są one w pełni zgodne z moim sercem i sumieniem. Od dawna gotowałam i będę gotować dalej z ziołami Baziółki pod ręką, to samo z prenumerowaniem Kukbuka i czytywaniem zdrowych newsów na hellozdrowie.pl. Kult czekolady Lindt wyznawałam na długo przed tą inicjatywą, a każdemu kto pyta gdzie jeść we Wrocławiu od dawna polecałam (i polecam dalej) Food Art Gallery. Współpraca z Culture.pl jest dla mnie kolejnym wyróżnieniem, bo to portal naprawdę bliski mojemu sercu. Czytuję go od lat, bardzo często wpadając w pułapkę licznych odnośników w artykułach, które przenoszą mnie do kolejnych i kolejnych tekstów. Zazwyczaj chodzę z głową w chmurach, ale jeśli zdarza mi się być na bieżąco z kulturalnymi newsami, prawie na pewno zawdzięczam to właśnie im. Jakby tego było mało, niezliczoną ilość razy ich zasoby ratowały mnie z opresji na studiach – nawet ostatnio, kiedy nagle okazało się, że już dawno powinnam była wybrać temat swojej pracy licencjackiej.

Teraz coś, co stworzyłam jest częścią tej skarbnicy wiedzy, a ja pękam z dumy i przybijam piątkę z Martą, bez której zupełnie nic by przecież nie powstało. Patrzymy na te filmy z zupełnie innej perspektywy niż Wy, to jasne. I mimo niedociągnięć, które w nich widzimy, ogromnie cieszymy się ze wspólnego sukcesu.

vlcsnap-2015-12-12-15h24m10s36.jpg

Nie ma co udawać, że kiszona kapusta nie klei się do noża przy krojeniu, a masa makowa na palcach wcale nie przypomina ziemi pod paznokciami. Domowe pierogi były, są i będą asymetryczne, a lepiąc je przez cały grudniowy dzień nietrudno dać się zaskoczyć zachodowi słońca (i kończyć robotę w ciemnopomarańczowym świetle). Podczas pracy nauczyłyśmy się, że to jest okej – kwestie, które z początku uważałyśmy za niedoskonałości, przy odpowiednim podejściu okazały się być po prostu autentyczne. Kręcone z ręki filmy postanowiłyśmy utrzymać w konwencji „podglądania” w kuchni. Jest naturalne światło, nierówne ujęcia, kadry przysłonięte plecami skupionej kucharki. Raz na jakiś czas jest trochę mnie, pojawia się nawet Luizjana, która dzielnie towarzyszyła mi w starciach z karpiami i piernikami. Chciałyśmy, żeby było szczerze, domowo i spokojnie. I choć te filmy miały trafiać w Wasze serca, a nie na duże ekrany, dostały nawet przemiłą nominację do Oscara :)

Post na Facebooku generalnie sprowokował ogromny napływ ciepłych słów i poparcia dla naszego projektu. Odświeżamy stronę bez przerwy, wciąż na nowo ładując zapasy dobrej energii płynącej z Waszych wiadomości i komentarzy. Za każde słowo ogromnie dziękujemy. Wciąż jesteśmy bardzo ciekawe Waszych opinii, dlatego piszcie jak najwięcej, co Wam się podoba, a co warto zmienić – musimy wiedzieć na przyszłość, aby każdy kolejny film był coraz lepszy!

Oto link do całego artykułu: http://culture.pl/en/article/the-12-dishes-of-polish-christmas (z tekstem Magdaleny Kasprzyk-Chevriaux), a poniżej wstawiam wszystkie dwanaście filmów (koniecznie oglądajcie w HD!). Do moich ulubionych należą chyba kutia i makowiec, ale wiadomo, że nie od dziś mam obsesję na punkcie masy makowej. Marta wyjątkowo lubi jeszcze gołąbki.

Barszcz na zakwasie:

Zupa grzybowa:

Karp wigilijny:

Karp po żydowsku:

Śledzie w śmietanie (przepis mojej mamy!):

Pierogi z kapustą i grzybami:

Wigilijna kapusta z białą fasolą:

Gołąbki:

Kutia:

Piernik staropolski:

Makowiec:

Kompot z suszu:

 

WESOŁYCH ŚWIĄT!

 

Bigos mojej mamy

Dziś znów oddaję głos specjalistce, która ma dla Was przepis na swój wspaniały, tradycyjno - nowoczesny bigos. Jest on niezbędny na bożonarodzeniowym stole. Nie będę tracić czasu na zapewnianie, że nie ma bez niego Świąt - każdy doskonale zdaje sobie z tego sprawę. Bigos zaletę ma taką, że z każdym dniem odpoczywania w garze (smażony co jakiś czas na nowo, jak powidła) staje się smaczniejszy. Dlatego można przygotować go z wyprzedzeniem. Albo w ogóle się nie patyczkować i zapakować go do słoików wcześniej, oszczędzając sobie zmartwienia w czasie gorączki grudniowych przygotowań.

Każdy mówi tak o swoim, ale ten naprawdę jest najlepszy! Wiem, bo bigosu nie lubię, a zawartość poniższego garnuszka zjadłam ze smakiem około trzech minut po zrobieniu tego zdjęcia. Przepis oczywiście jest bazowy, można dowolnie go o coś wzbogacić. Mamie opornie szło spisywanie go i ujmowanie w liczbach i miarach, ponieważ przygotowując go nie patrzy w kartkę. Zawierza za to swoim zmysłom i, nieustannie próbując, dodaje do smaku to, czego bigosowi jej zdaniem jeszcze trzeba. Dajcie szansę tej metodzie, gwarantuje ona Wasz własny, osobisty sukces!

Świąteczny bigos mojej Mamy

To jest przepis na przepyszny bigos – ale nie staropolski, nie ze skrawków mięsa, które zostały po imprezie, bez dziczyzny, raczej bez wina.  Taka bardziej nowoczesna wersja, ale wszyscy (nawet sędziwi goście) bardzo chwalą. :-) Wszystkie składniki podaję „na oko” (przy takich proporcjach to niezły garnek potrzebny – ale można zrobić mniej, np. z połowy):

2 kg kiszonej kapusty (najlepiej ekologicznej)
Pół głowy (ok. 1,5 kg) kapusty białej
do 1 kg (ok 70 dkg) piersi indyka
do 1 kg (ok 70 dkg) chudej wołowiny
do 1 kg (ok 70 dkg) chudej wieprzowiny lub cielęciny – co kto lubi
1,5 dużego pętka (lub według uznania) kiełbasy wiejskiej (najlepszej)
2 duże torebki suszonych grzybów (prawdziwków i podgrzybków)
6 sztuk cebuli
1 duża paczka suszonych śliwek
1 litr przecieru pomidorowego (gęstego)
koncentrat pomidorowy (na wszelki wypadek)

przyprawy:

10 – 12 liści laurowych
mielone ziele angielskie
czarny pieprz
kminek (może być mielony)

Grzyby namoczyć – można na kilka godzin, ale ja zwykle na około 1 godzinę zostawiam. Potem ugotować - aż zmiękną. Ok. 1 godziny. Wyciągnąć grzyby cedzakiem – wywar zostawić. I pokroić jak kto lubi – nie za drobno, żeby można było trafić na spory kawałek w bigosie.

Kapustę kiszoną posiekać (na desce wziąć w dłoń tyle ile się zmieści i kroić dużym nożem najpierw wzdłuż a potem w drugą stronę – powstaną drobne kawałki, a nie długie pasma. Można wkładając do garnka odciskać sok – ale nie wylewać bo się może przydac. Zazwyczaj ekologiczna kapusta nie jest za kwaśna, a w sam raz, więc nie trzeba odciskać). Wrzucić do garnka, dodać trochę wody i dusić pod przykryciem aż zmięknie (ok. 45 min, do 1 godziny). Wrzucić połowę liści laurowych, i po łyżce pozostałych przypraw. To samo zrobić z białą kapustą – poszatkować drobno, do garnka, dodać wodę i przyprawy – dusić.

Jeśli zbyt mocny jest aromat, po ok. pół godziny gotowania można wyjąć wszystkie lub większkość liści laurowych.

Każdy rodzaj mięsa pokroic w kostkę(nie za małą - ok. 3 cm, indyk nawet większą) i podsmażać na patelni. Oczywiście można dodawać dowolne przyprawy (sól, czosnek, zioła). Potem do garnka i dusić. Ja duszę każdy gatunek osobno, bo potrzebują różnego czasu aby zmięknąć.

Krótko podsmażyć cebulę na patelni – zeszklić, nie rumienić (bardzo gruba kostka , ale też nie ćwiartki). Można z nią podsmażyć kiełbasę (obraną ze skórki i pokrojoną w niezbyt cienkie talarki – jak kto lubi).

Śliwki suszone pokroić – z grubsza na połówki. Kiedy obie kapusty będą w miarę miękkie – połączyć. Mieszac na ogniu. Sprawdzić czy wszystkie liście wyjęte – najlepiej policzyć przy wkładaniu – i zapisać :-)

Kiedy najtwardsze mięso (wołowina) będzie już mięciutka – wszystkie mięsa wrzucić do kapusty. Kiełbasę z cebulą też. Mieszac na ogniu. Dodać przecier pomidorowy. Mieszac na ogniu. Dodać grzyby – najpewniej też wywar (ale przez sitko – żeby czyściutki był). Dodać śliwki. Wszystko razem dusić mieszając jeszcze jakieś 15 – 20 minut. Potem odstawić w chłodne miejsce – jak przestygnie to do lodówki, następnego dnia można znowu zagotować - poddusić trochę.

Można w słoiki wyparzone w piekarniku gorący nakładać – i zakręcać.

Sprawdzić czy nie za mało pieprzu. Powinien wyjść dość kwaśny ale i słodki z wyraźną nutą grzybową. Można podlać wytrawnym winem, jak już wszystko połączone. Smacznego!

Świąteczny schab ze śliwką

Wracam do żywych!

Niefortunnie ze względu na specyfikę miesiąca grudnia, kilka dni wypadło mi z życia, ale nadganiam już wszelakie zaległości, z blogowymi na czele. Choć bardzo bym chciała, nie jestem z tych, co wypróbowują świąteczne przepisy już od listopada, by móc dzielić się nimi na blogu w odpowiednim momencie. Nijak się tego w moim przypadku nie da opłacalnie zaaranżować. Ale kilka smacznych rzeczy dla Was mam, dlatego w najbliższych dniach będzie mnie tutaj więcej. Zaczynamy od rodzinnego przysmaku z mojego domu, specjału mojej Mamy - pieczonego schabu ze śliwką. Pojawia się u nas znacznie częściej niż tylko na Boże Narodzenie (a mimo to jakoś nie powszednieje - a pamiętam go z naprawdę wczesnego dzieciństwa). Jest uniwersalny i, o rany, taki przepyszny! Zarówno krojony cienko na kanapkę, jak w grubym plastrze stanowiąc część głównego dania. Przepis jest moją próbą spisania ogólnikowych maminych zaleceń (wiecie jak to jest z tymi gospodyniami, wszystko na oko!), nie bójcie się dodać tu mniej, tam więcej. Dopasujcie go do upodobań swoich najbliższych, a na pewno wyjdzie Wam wyjątkowy.

Świąteczny schab ze śliwką

przepis mojej Mamy

ok. 30-centymetrowy kawałek schabu (jak najcieńszy)
150 g suszonych śliwek*
łagodny olej (np. rzepakowy, z winogron)
musztarda francuska
cała główka czosnku
sól, ew. odrobina pieprzu
suszone zioła: majeranek, rozmaryn, tymianek, bazylia,  cząber, oregano...

* W tym roku po raz pierwszy zamierzamy użyć wędzonych śliwek, jeśli lubicie ich aromat to i Wy się nie wahajcie. Ze zwkłymi suszonymi również jest pyszny.

Mięso umyć dokładnie i wydrążyć środek drugą stroną drewnianej łyżki (sprawia to trochę więcej problemu niż nacinanie nożem, ale efekt końcowy jest lepszy). Nafaszerować środek suszonymi śliwkami. Z oleju, musztardy, wyciśniętego czosnku i przypraw zrobić gęstą marynatę. Obłożyć nią schab, zawinąć w folię aluminiową i odstawić do lodówki na 12 - 24 godziny. Po tym czasie  nagrzać piekarnik do 200 stopni. Piec schab w rękawie, minimum półtorej godziny, nawet do dwóch (jeśli będziemy piec za krótko wyjdzie twardy). Rękaw rozciąć ostrożnie! Zbierze się w nim sporo wspaniałego pieczeniowego sosu. Należy przelać go przez gęste sitko i wykorzystać (można prosto do wyparzonego słoika, odwrócić do góry dnem i schować na czarną godzinę). Smacznego!