Þrjár dagar í Reykjavík *

* Ten wpis miał się ukazać mniej więcej rok temu. Ale gdyby tak się stało, wyglądałby zupełnie inaczej. Pamiętacie luźny mikro-przewodnik po stolicy południowej Francji, Trois jours à Marseille? Napisałam go po bardzo krótkim pobycie, mimo wszystko wypełnionym wieloma pysznościami. Podobny miałam pomysł na Reykjavik, który odwiedziłam na chwilę zeszłego lata. Tytuł dzisiejszego wpisu znaczy dosłownie „Trzy dni w Reykjaviku” – tyle mniej więcej spędziłam tam ja, to się zgadza. Mimo to tytuł jest zwodniczy. Bo zamiast niepewnie przedstawiać miasto sama, oddam dziś głos komuś kto zna je jak własną kieszeń i chętnie wtajemniczy Was w jego najlepsze smaczki.

Rejkiawiczanie których domy znajdują się na parterze, mają uroczy zwyczaj ozdabiania swoich parapetów gadżetami umilającymi przechodniom spacer. Powiększcie to zdjęcie i przyjrzyjcie się ile obrazków, figurek i zabawek uśmiecha się do Was z tych domowych witryn. Chodząc po mieście nie mogłam przestać zastanawiać się kim są ludzie, którzy je tam ustawili. Czasami udało się zajrzeć przez okno do środka, zazwyczaj jednak ta mała wystawka była wszystkim, na podstawie czego mogłam odgadywać życiorysy lokatorów.

IMG_5196 copy.jpg

Naszą przewodniczką będzie moja najlepsza przyjaciółka Kasia, którą na ulicy z pewnością wzięlibyście za Islandkę. I choć jest Polką z krwi i kości, spędziła w Reykjaviku wystarczająco dużo czasu by poznać go lepiej niż niejeden rdzenny mieszkaniec. Spróbowała wielu smacznych rzeczy pod adresami, które mogą się Wam przydać kiedy odwiedzicie to miasto. Nie będzie dziś o rekinach, wielorybach ani maskonurach (na pewno nie na talerzu) – poznajcie prawdziwy, codzienny Reykjavik i okolice.

Na końcu tego wpisu czeka na Was przepis na śledzie po islandzku. Nie przywiozłam go z Reykjaviku, nikt nie wie czy rzeczywiście pochodzi on z tych rejonów. Ale nawet jeśli nazwa jest bezzasadna jak w przypadku ryby po grecku, pisanie o Islandii jest dobrym pretekstem do podzielenia się tym przepisem. Bo takie śledzie są bardzo w klimacie. Chłodnym i szarawym, a więc takim, który panuje aktualnie i u nas w Polsce. Dlatego nie zwlekajcie ani chwili i zaraz po lekturze pędźcie na śledziowe zakupy. Będzie ostry chrzan i łagodna śmietana, słone kapary i słodkie jabłka, miękka ryba i chrupiąca cebula. Róż, biel, czerwień i zieleń przeciwko szarościom. A do tego wystarczy bochen ciemnego, żytniego chleba – bo choć nie pieczemy go w ziemi przy gorących źródłach, robimy w Polsce przecież najwspanialszy!

Reykjavik to bardzo kameralne miejsce. Mimo, że jest stolicą Islandii, ciężko myśleć o nim jako o mieście – liczba ludności jest prawie o połowę mniejsza niż w Radomiu, a jedyny „wieżowiec” to 73-metrowy kościół Hallgrímskirkja. Dzięki temu jednak łatwo jest poczuć się tam dobrze i swojsko, a także czerpać dobrą energię z wszechobecnych kolorowych akcentów przełamujących chłodną szarość, którą spowita jest cała wyspa. Ale powierzchnia miasta wcale nie jest taka mała, przez co do najlepszych miejsc nie da się zawsze trafić przypadkiem. Oddaję więc głos Kasi, która zaprowadzi wszędzie, gdzie warto zawędrować.


1. Kex Hostel

Zdecydowanie najciekawsze miejsce na mapie Reykjaviku. Hostel, bar oraz restauracja w jednym. Zawsze gwarno, radośnie, międzynarodowo, ale i lokalnie. Ta industrialna, jednak niezwykle przytulna pełna książek i dziwnych krzeseł przestrzeń mieści się w dawnej fabryce ciasteczek nad oceanem. Duży ogródek na tarasie. Można tu spędzić cały dzień, zaczynając od śniadania, przez lunch po kolację i piwo ze znajomymi. Mają tu duży wybór lokalnych piw oraz przekąsek opartych na tradycyjnych przepisach. Miłośnikom jazzu polecam wpaść tu we wtorek na cotygodniowy koncert.

Skúlagata 28, 101 Reykjavík, Islandia
kexhostel.is


2. Reykjavik Roasters

Najlepsza palarnia i kawiarnia reprezentująca trzecią falę. W Reykjaviku znajdują się dwie. Pierwsza malutka, urządzona w domowym islandzkim stylu (widoczna na zdjęciach). Tutaj rządzi przemiły Brytyjczyk Tom, który z cierpliwością odpowie na każde ciekawskie pytanie. Druga przestronna, mniej turystyczna, reprezentująca skandynawski design. Reykjavik Roasters to mekka islandzkich wielbicieli specialty coffee oraz kaw przelewowych. Świeżo paloną kawę w ziarnach można kupić na miejscu po wcześniejszej degustacji. Uwaga! Islandczycy się nie spieszą. Tym bardziej islandzcy bariści, bądźcie cierpliwi i wyrozumiali – warto!

Kárastígur 1, 101 Reykjavík, Islandia
Brautarholt 2, Brautarholt, Reykjavík, Islandia

reykjavikroasters.is


3. Kaffihús Vesturbæjar

Dla przyjaciół Kaffi Vest. Bistro/kawiarnia położona w najładniejszej moim zdaniem dzielnicy Reykjaviku tuż nad oceanem, z dala od turystycznych szlaków. Moje idealne letnie popołudnie spędziłabym w ogródku z widokiem na ocean, rozkoszując się filiżanką idealnego flat white’a po wizycie w sąsiadującym, urokliwym basenie Vesturbæjarlaug. Kaffi Vest to kawiarnia bardzo lokalna, mało tu turystów. Można spokojnie zaszyć się z książką obserwując mokre blond czupryny stylowych Islandczyków wychodzących z basenu. Wielkie okna oraz liczne lustra sprawiają, że możemy obserwować grę świateł oraz z każdego niemalże stolika wpatrywać się w ocean. Przemili bariści (również polscy!), pyszna kawa z palarni Reykjavik Roasters oraz oryginalne menu.

22,, Melhagi 20, 107 Reykjavík, Islandia
kaffihusvesturbaejar.is

fot. Kasia Sińska

fot. Kasia Sińska

fot. Kasia Sińska

fot. Kasia Sińska


4. Kjarvalsstaðir, Reykjavík Art Museum

Muzeum poświęcone współczesnemu malarstwu i rzeźbie, ale przede wszystkim artyście Jóhannesowi S. Kjarvalowi, mieszczące się w pięknym parku, w budynku typowym dla nordyckiego modernizmu. W muzeum znajduje się kawiarnia i bistro. W cieplejsze dni można usiąść z kawą na dużym placu z widokiem na park korzystając z prawdziwie świeżego powietrza.

Flókagata 24, 105 Reykjavík, Islandia
listasafnreykjavikur.is

fot. Kasia Sińska

fot. Kasia Sińska

fot. Kasia Sińska

fot. Kasia Sińska


5. Brauð & co

To najlepsze rozwiązanie na szybkie śniadanie. Co zaskakujące, w Reykjaviku trudno jest znaleźć dobre pieczywo na zakwasie. W tej niszowej piekarni znajdziecie najlepszy chleb i wypieki. Mój ukochany zestaw to słynna w Skandynawii słodka bułeczka cynamonowa i czarna, mocna kawa przelewowa. Nie ma lepszego połączenia.

16,, Frakkastígur, 101 Reykjavík
braudogco.is


6. HOT DOGI

Hot dog uznawany przez Islandczyków za narodowy przysmak. Tak jak wiele innych międzynarodowych potraw i hot dog ma własną nazwę – pylsur. Budek z hot dogami w mieście jest mnóstwo. Najsłynniejsza znajduje się w centrum, jednak ja polecam tę prowadzoną przez sympatyczne starsze małżeństwo przy basenie Vesturbaejarlaug (widoczna na zdjęciu). Mniejsza kolejka, a smak taki sam. Pylsur znacznie różni się od znanych nam hot dogów. W miękkiej bułce, z baranią parówką, świeżą cebulką oraz słodkawym beżowym sosem, którego receptura pozostaje tajemnicą.

fot. Kasia Sińska

fot. Kasia Sińska

Dzielnica Vesturbær, fot.  Adam Podleśny

Dzielnica Vesturbær, fot. Adam Podleśny

7. Basen Vesturbæjarlaug

Jeśli chcielibyście prześcignąć żabką Björk (niełatwe zadanie), w tym miejscu macie szansę spróbować. Jeden ze starszych basenów w Reykjaviku. Kameralny, otwarty, na świeżym powietrzu. Można tu zarówno trenować jak i wygrzewać się w gorących basenach oraz saunach. Wejście na cały dzień kosztuje ok. 30 zł.
Islandczycy słyną z zamiłowania do kąpieli – w gorących źródłach, ale i w basenach. To miejsce łączące wszystkie pokolenia. Rodzinne spotkania, dyskusje o polityce, wypad na plotki, a nawet randki, to wszystko rozgrywa się tutaj przez okrągły rok. W weekendy pyszna kawa przelewowa na koszt firmy.

Hofsvallagata 107, 107 Reykjavík, Islandia


8. Bergsson Mathus

Czyli dosłownie Jadłodajnia Bergssona. Polecana przez Jamiego Olivera i przeze mnie, restauracja idealna o każdej porze dnia. W menu na lunch znajdziecie cztery różne pozycje, również wegetariańskie. Obfite i pożywne. Daniem, które polecam najbardziej jest ryba, codziennie inna, tak świeża jak to tylko możliwe. Na kolację warto przyjść we dwójkę lub w grupie i zamówić menu do podziału. Na stole stanie przed Wami zacna porcja świetnie przyrządzonej pieczonej ryby czy baraniny. Najbardziej jednak polecam to miejsce ze względu na atmosferę. Przyjacielscy i gościnni kelnerzy sprawią, że poczujecie się jak na kolacji u przyjaciół. Po jedzeniu spacer wokół sąsiadującego stawu Tjörnin zamieszkanego przez islandzkie łabędzie to sprawdzony przepis na udany wieczór.

Templarasund 3, 101 Reykjavík, Islandia
bergsson.is

fot. Kasia Sińska

fot. Kasia Sińska

Jezioro Tjörnin, fot. Kasia Sińska

Jezioro Tjörnin, fot. Kasia Sińska


9. Hverfisgata 12 i Mikkeller & Friends

O tej ukrytej pizzerii mówi się, że jest tak hip, że nie ma nawet nazwy. Piękny i przytulny dwupoziomowy lokal. Idealne miejsce na randkę i drinka ze znajomymi. Na dole pizzeria o nietypowym menu oraz bar prowadzony przez najlepszych islandzkich barmanów. Wachlarz lokalnych wódek i likierów, drinki inspirowane islandzką naturą, jagodowe, słone, pyszne. Na drugim piętrze znajduje się zaprzyjaźniony pub należący do duńskiego browaru Mikkeller. Można tu spróbować ponad dwudziestu różnych, zmieniających się sezonowo piw prosto z beczki. Najbardziej polecam pszeniczne warzone ze skórką pomarańczy i kolendrą oraz najbardziej kontrowersyjne, z chmielu wędzonego na owczych odchodach.

Hverfisgata 12, 101 Reykjavík, Islandia
mikkeller.dk


10. Messinn

To restauracja specjalizująca się w tradycyjnych morskich przepisach. Kelnerzy ubrani w marynarskie stroje serwują różnorodne, tradycyjne potrawy rybne. Najbardziej polecam te do podziału, podawane na ciężkich patelniach stawianych na środku stołu. Plokkfiskur, czyli "gulasz" rybny, podawany na liściach szpinaku, z ziemniaczkami, pomidorkami oraz warzywami korzeniowymi to przepyszny i tradycyjny przysmak. Do tego słodkawy, piernikowy chleb żytni z solonym masłem. Niebo w gębie.

Lækjargata 6, 101 Reykjavík, Islandia
messinn.com


11. Vitabar

W centrum Reykjaviku kryje się kilka miejsc znanych tylko wtajemniczonym mieszkańcom. Jednym z nich jest niezwykle klimatyczny bar z burgerami. Typowo sąsiedzki lokal na szybki posiłek i plotki przy piwie. Ja dowiedziałam się o nim od Ivara z FM Belfast (On tour with Ivar – patrz punkt 14). Nie są to może te najzdrowsze burgery, ale za to autentyczne i zdecydowanie najlepsze. Największym powodzeniem cieszy się ten z sosem na bazie gorgonzoli. W barze panuje nieoczywisty, trochę podziemny klimat i niezobowiązująca atmosfera. Ciemne wnętrze oświetlone pięknymi lampami i nietuzinkowi goście. To sprawia, że chce się tu wracać.

Bergþórugata 21, 101 Reykjavík, Islandia


12. Icelandic Street Food

Kuchnia islandzka słynie z wysokiej jakości baraniny. Opinii na temat najlepszej, tradycyjnej lamb soup w Reykjaviku jest tyle co mieszkańców. Moje serce skradła serwowana właśnie tu. Niezwykle charyzmatyczny, witający u progu młody właściciel tego niepozornego lokalu stworzył menu oparte na przepisach swojej babci, zawierające raptem 4-5 pozycji. Najbardziej polecam lamb soup i shellfish soup. Gęsty bulion jagnięcy z satysfakcjonującą ilością mięsa i warzyw nie jeden raz uratował mnie podczas przeziębienia czy gorszych dni. Na życzenie serwowany w chlebie!

Lækjargata 8, 101 Reykjavík, Islandia


13. Húrra

Ten niepozorny bar to centrum islandzkiej muzyki. Niewielka przestrzeń pomieści fanów jazzu, rapu, elektroniki i dobrych potańcówek. W każdy poniedziałkowy wieczór można posłuchać i uczestniczyć w koncertach młodych, jazzowych muzyków. Naturalnie przechodzą one w jam sessions – zagrać czy zaśpiewać może każdy. Jam otwiera śpiewający barman, młody Chet Baker. Przy świetnym piwie z islandzkiego browaru Einstök można nawiązać nowe międzynarodowe znajomości i przez chwilę poczuć się jak w Nowym Orleanie. Húrra organizuje wiele różnorodnych koncertów. Islandzcy raperzy, KIASMOS, FM Belfast i GusGus to również stali goście.

Tryggvagata 22, Reykjavik, Iceland
hurra.is

Kiasmos w Húrra, fot. Kasia Sińska

Kiasmos w Húrra, fot. Kasia Sińska


14. On tour with Ivar i City Walk

Nawet jeśli tak jak ja zazwyczaj trzymacie się z dala od zorganizowanych wycieczek, dla tych dwóch musicie zrobić wyjątek. On tour with Ivar to wycieczka prowadzona przez perkusistę sławnego islandzkiego zespołu FM Belfast. Ivar jest niezwykle ciepłym i ciekawym człowiekiem, który oprowadzi Was po swoich ulubionych zakamarkach i lokalach rodzinnego miasta. Opowie o muzyce, polityce, architekturze w sposób lokalny i subiektywny. W cenie wycieczki, prócz spaceru z super człowiekiem, dostaniecie też bułeczkę cynamonową, kawę, drinka, lunch w Messinnie, piwo i hummus. Poza tym, czy gdziekolwiek indziej na świecie gwiazda muzyki pop w wolnych chwilach przybiera postać przewodnika? Takie rzeczy tylko na Islandii.

Druga wycieczka to dwugodzinny, darmowy spacer historyczny po Reykjaviku. Brzmi nudno? Nie z tą zwariowaną ekipą młodych islandzkich historyków. Jeśli na ulicach Reykjaviku co chwilę widzicie grupy turystów wybuchających śmiechem, to właśnie ich sprawka. Szczególnym darem opowiadania obdarzony jest Eric. Przezabawny, rzetelny Islandczyk uosabia tamtejsze autoironiczne poczucie humoru! Ta grupa także wie gdzie najlepiej zjeść i wypić.

ontourwithivar.com
citywalk.is


Po tej wyczerpującej przeprawie z insiderką Kasią, nie czuję, żebym miała cokolwiek do dodania. Może tylko że to w Reykjaviku trafiłam do najfajniejszej łazienki w mojej kolekcji toaletowych fotografii.

Szybko pokażę Wam jeszcze kilka miejsc, które warto zobaczyć poza Reykjavikiem, nawet jeśli czas mocno Was goni. Te cuda natury znajdują się bardzo blisko stolicy, w obrębie tak zwanego The Golden Circle – popularnej wśród turystów trasy, o której przeczytacie więcej tutaj. Zamierzam kiedyś wrócić na Islandię, by oddalić się jak to tylko możliwe od cywilizacji i poznać naturę jej terenów znacznie lepiej. Ale jeśli tak jak ja odwiedzacie Reykjavik w ekspresowym tempie, nie przejmujcie się. Wystarczy opuścić granice miasta, przejechać kilka kilometrów i krajobraz zmienia się w to, czego o Islandii nasłuchaliście się przed przyjazdem.

Strokkur, najpotężniejszy czynny gejzer na Islandii. Tutaj w akcji – wybucha tak co około 6-10 minut. Zaraz obok znajduje się Geysir, czyli Oryginalny Gejzer, od którego nazwy wzięło się to słowo! Liczy sobie około dziesięć tysięcy lat, ale ostatnio jest bardzo spokojny, urządzając całe lata przerwy między wybuchami. 

IMG_5284.jpg

Piękne jezioro Kerið w kraterze wulkanu Grímsnes.

Wodospad Gullfoss na rzece Hvítá.

Mamy nadzieję, że po odwiedzeniu z nami Islandii czujecie nieodpartą chęć teleportacji pod któryś ze smacznych adresów Reykjaviku! Jeśli jednak nie macie takiej wyprawy na razie w planach, nie szkodzi. Zawsze są przecież islandzkie śledzie. Smacznego!

Śledzie po islandzku
w soku z buraków i chrzanie

4-6 porcji
przepis z duńskiego magazynu Gastro, dzięki Pistachio

  • 100 g obranego korzenia chrzanu
  • 500 ml soku z buraków
  • 4 kulki ziela angielskiego
  • 1 gwiazdka anyżu
  • 4 ziarna pieprzu czarnego
  • 50 g marynowanych buraków (ze słoika)
  • 125 ml wody
  • 125 ml octu jabłkowego
  • 120 g cukru trzcinowego
     
  • 4-5 dużych płatów solonego śledzia (moczonego wcześniej przez kilka godzin w mleku)
  • 1 reneta (lub inne jabłko, ale jak najbardziej kwaśne, twarde)
  • 1 mała biała cebula lub szalotka
  • ok. 4 łyżki kaparów
  • kwaśna śmietana
  • koperek
  • ulubiony żytni chleb razowy

Chrzan kroimy w plasterki i wkładamy do garnka razem z sokiem z buraków i przyprawami (zielem angielskim, anyżem i pieprzem). Podgrzewamy pod przykryciem do zagotowania, następnie zdejmujemy z ognia i odstawiamy na godzinę.

W osobnym garnku zagotowujemy wodę z octem i cukrem. Kiedy cukier się rozpuści, zdejmujemy z ognia, studzimy i dodajemy do pierwszego garnka z sokiem z buraków. Dodajemy też pokrojone buraki. Śledzie myjemy i kroimy na mniejsze kawałki. Wkładamy do słoika i zalewamy marynatą. Odstawiamy do lodówki na 2-3 dni, lub dłużej, jeśli po tym czasie stwierdzimy, że warto.

Zamarynowane śledzie podajemy na półmisku w towarzystwie skrojonego jabłka, piór cebuli, przepłukanych kaparów i kwaśnej śmietany. Obsypujemy posiekanym koperkiem i podajemy z dobrym, razowym chlebem żytnim.

IMG_6667.jpg

Sztuka tworzenia

Najlepszej jakości produkt jest podstawą każdego udanego dania. Manifestuję to przekonanie odkąd pamiętam, bez wahania wybierając proste receptury w należyty sposób podkreślające wrodzone przymioty swoich składników. Uwielbiam odwiedzać miejsca, w których wyznaje się tę samą filozofię. Dawać się zaskoczyć prawdziwością smaków i raz za razem dochodzić do wniosku, że prostota nie zawsze równa się łatwości.

W zeszłym tygodniu zjadłam jeden z najlepszych posiłków swojego życia we wrocławskiej restauracji Food Art Gallery. Celowo odczekałam kilka dni zanim zabrałam się do opisywania wrażeń – nie chciałam by ktokolwiek uznał mnie za podekscytowaną wariatkę, czy też pomyślał że pieję tak z zachwytu, bo ktoś mi za to zapłacił. Przerwa pozwoliła mi ochłonąć, ale nie udało mi się wymyślić żadnego minusa, na który mogłabym ponarzekać równoważąc odrobinę swoją recenzję. Sorry-gregory, Food Art spisał się za dobrze, będzie dziś dużo skrajnych epitetów, ale tylko z tej górnej, pozytywnej ostateczności.

Mariusz Kozak, szef kuchni w nadodrzańskiej restauracji, jest młody, utalentowany i chyba podsłuchuje moje myśli, bo opowiadając o swojej kuchni wymienia liczne cechy i źródła inspiracji, które bardzo boleśnie (w najlepszym znaczeniu!) do mnie przemawiają. Przez lata zbierał doświadczenie za granicą, później gotował w Warszawie, a rok temu – na całe szczęście – powrócił do Wrocławia. Wszystko czym kieruje się tworząc swoją kuchnię jest bardzo bliskie mojemu sercu. Jest sporo Francji tchniętej w odrobinę Polski, jest fine dining połączony z jedzeniem znanym i lubianym czasem nawet z dzieciństwa. Kunszt i wyrafinowanie spotykają się tu na jednym talerzu ze swojskim domowym chlebem i własnoręcznie ukręconym masłem. Kuchnia Mariusza Kozaka jest najwyższych lotów, ale jego podejście i sposób, w jaki o niej opowiada, zasługuje na dodatkowe oklaski. Nie ma tu miejsca na ślepe podążanie za kulinarnymi trendami, z opisów dań w menu nie atakują zbędne pompatyczne sous-vide’y, i nic nie krzyczy tu zbyt natarczywie o lokalności, sezonowości i domowości kuchni. Ta, oczywiście, jest taka w stopniu znaczącym i godnym podziwu. Po prostu robi swoje – i robi to dobrze – nie dopraszając się o uwagę przy pomocy haseł, które skutecznie przyciągają dziś uwagę i często nie reprezentują zupełnie nic prawdziwego.

Połączenie restauracji z galerią sztuki to dla mnie strzał dziesiątkę. W końcu mam w przygotowaniu tytuł historyka sztuki, ale swoją przyszłość wiążę bez dwóch zdań z kulinariami i gastronomią. Z biegiem czasu widzę coraz więcej istotnych korzyści płynących z łączenia tych dwóch pozornie odległych dziedzin. Samo codzienne obcowanie ze sztuką niesamowicie kształtuje indywidualny zmysł estetyki i pielęgnuje wrażliwość. Food Art Gallery to nie jest tylko restauracja, na której ścianach wiszą obrazy – dzieła sztuki wjeżdżają tutaj też na stół na wielkich białych talerzach.

Tak jak pisałam w pierwszym akapicie, cenię sobie prostotę, na którą mogą pozwolić sobie dania przygotowane z najlepszego surowca. Dobry składnik broni się sam – a o jego walorach często świadczy pochodzenie. W Food Art Gallery własnoręcznie robi się wszystko, co się tylko da – od masła i pieczywa po makaroniki czy lody. Co tam, restauracja ma nawet własne pole topinamburu! Znaczna większość dostawców także jest lokalna – zjemy tu sery łomnickie, mięso z etycznych hodowli, napijemy się małopolskiego wina i Cisowianki. Długo by wymieniać, w skrócie – dzieje się tu magia pokazująca, że w odpowiednich rękach to, co znane i polskie z łatwością dosięga poziomu światowego.

Wytrawne białe wino z Małopolski. Niefiltrowane, niekonserwowane, z ręcznej uprawy i ręcznych zbiorów. Nie znam się za dobrze na enologii, ale moje podniebienie wie o winie całkiem sporo - smak tego powyższego bardzo przypadł mu do gustu.

Świeżo wypieczone chleby na zakwasie. Wybaczcie bylejakie zdjęcie, były za smaczne, nie zdążyłam! Ciemne pieczywo było jednym z najlepszych jakie jadłam, planuję wnieść oficjalny apel o otwarcie Food Art Bakery, najlepiej gdzieś na mojej ulicy.

Ukręcone na miejscu masło z wędzoną solą morską. Pyszne! Do chleba był jeszcze zimnotłoczony olej rzepakowy o orzechowej goryczce - wspominam te dodatki i jakoś mnie nie dziwi, że daliśmy sobie z nim radę w kilka minut.

Parfait z foie gras, chutney z moreli i jabłek, mizuna

Z każdą minutą było tylko lepiej. Od dłuższej chwili przeczuwaliśmy, że zjemy tego dnia coś wiekopomnego, ale kiedy na stół dotarły te talerze, spojrzeliśmy po sobie z prawdziwym niepokojem. Do tego amuse-bouche dostaliśmy po maślanej grzance z brioche. Spróbowaliśmy i nastąpiło rozpłynięcie z zachwytu!

Carpaccio z pomidorów, kozi ser, kawior z bakłażana, kwiaty szczypiorku

Pochwała prostoty, trzy gatunki pomidorów (smakujących jak pełnia lata z babcinego ogródka), niezawodny ser łomnicki i wyraziste dodatki.

Szkocki łosoś confit, grejpfrut, rzodkiewka, musztarda Pommery

Confit rozumiane szeroko, w tym daniu oznacza bardziej marynowanie - łosoś leżakuje w solance, a następnie przyrządzany jest metodą sous-vide. Niesamowite doznanie dla miłośnika morskich smaków (ja, ja!), warto spróbować i zdziwić się jak dobrze może smakować ryba!

Schab w sosie sojowym, puree ziemniaczane, pak choi z imbirem, kruszonka z owsianki

Danie główne jednocześnie pachnące znajomym aromatem schabu pieczonego przez babcię oraz azjatyckimi specjałami ze zgoła innej bajki. Połączenie skazane na sukces! Mięso soczyste i miękkie, puree idealnie gładkie i kremowe, no i ta kruszonka - jeśli tak jak ja jesteście teksturowymi freakami, ten chrupiący element ostatecznie wyprowadzi Was z równowagi.

Linguine z szafranem, sos na bazie bouillabaisse, ośmiornica, soliród, puder z czarnych oliwek

Ciąg dalszy rozpusty dla miłośnika ryb i owoców morza. Z makaronem - oczywiście domowym - ugotowanym mocno al dente, czyli tak jak lubię najbardziej. Solirodu wcześniej nie znałam i bardzo mi posmakował.

Ciasto marchewkowe, jogurt grecki, granita z rokitnika, koperek

Wiecie jak jest z ciastem marchewkowym - też lubię to klasyczne domowe, ale królują w nim korzenne przyprawy i bakalie. To powyższe smakowało jak karotka wykopana przed chwilą z ziemi, jak świeżo wyciśnięty marchwiowy sok, tylko jeszcze lepiej! Dodatki idealnie równoważące, no i ta prezencja...

Po prawej quenelle z niesamowitych lodów malinowych.

Szef kuchni Mariusz Kozak. Trochę pogadaliśmy, wymieniliśmy się doświadczeniami... a przedtem, potem i w międzyczasie około siedemdziesięciu razy kazaliśmy mu wysłuchiwać naszych słów zachwytu.

Macarons artisanaux na pożegnanie

Być może zazdroszczę trochę wszystkim Wam, szalejącym teraz na plażach, w dżunglach czy na festiwalach, ale Wrocław ma jedną znaczącą przewagę - jest jedynym miejscem na Ziemi, w którym można zjeść dziś lunch w Food Art Gallery.


FOOD ART GALLERY
ul. Księcia Witolda 1
50-202 Wrocław

http://foodartgallery.pl/

 

Ziemia i Woda – wrocławski Food Think Tank

Wczoraj w Galerii Dizajn BWA we Wrocławiu odbył się wernisaż wystawy towarzyszącej projektowi Ziemia i Woda kolektywu Food Think Tank. Potrwa ona do 25 kwietnia i gwarantuję, że wszyscy bardzo chcecie ją zobaczyć.

Autorzy przedstawiają się tak:

Food Think Tank to grupa fachowców z wielu dziedzin skupiona wokół wspólnego procesu edukacji i rozwoju. Motywem, który nas połączył jest nowa wizja kulinariów. Wychodzimy od rzeczy bardzo prostych i oczywistych – związanych z naturą, biologią – które przefiltrowane przez sposoby patrzenia, narzędzia, materie, którymi posługują się nasi specjaliści, pozwalają na spotkanie w zupełnie nowym punkcie. Tu powstaje nasz produkt.

Szefowie kuchni, naukowcy, studenci, artyści, rzemieślnicy, ceramicy, szklarze, muzycy, filmowcy, performerzy, barmani, bariści, rolnicy, copywriterzy - każdy z nas jest inny, pracuje w zupełnie innej materii i za pomocą zupełnie innych narzędzi, dzięki temu wnosi do wspólnej pracy coś innego.

więcej tutaj

O samym projekcie piszą zaś tak:

ZIEMIA I WODA to obecnie realizowany [czwarty] projekt edukacyjny. Łączy w swej strukturze fachowców z różnych dziedzin znów zainspirowanych żywiołami. Ziemia i woda  tym razem skłaniają nas do poszukiwań tego, co naturalne i tradycyjne, lecz nie zawsze komfortowe. Projekt zakończymy 21. kwietnia, a dzień później wydamy kolację dla 36. osob, w naszej otwartej na cztery godziny restauracji, wykopanej pod ziemią w Milejowicach.

Nie będę zdradzać Wam za dużo, koniecznie idźcie zobaczyć wystawę na własne oczy. Zdziwicie się z jak różnych i inspirujących perspektyw można patrzeć na jedzenie, przekonacie że mąka z robaków może pachnieć przeapetycznie, czy też że kiszona kapusta daje się ususzyć, a ryba - liofilizować. Wszystko robi duże wrażenie, a to wciąż tylko mała część fascynujących doświadczeń przeprowadzonych w ramach projektu. Kipi stąd profesjonalizm, który nie w niczym przeszkadza luźnej atmosferze i przyjacielskim relacjom między współtwórcami. Nietrudno zobaczyć i poczuć radość, którą sprawia im uczestniczenie w przedsięwzięciu. Ja już się nie mogę doczekać ciągu dalszego!

IMG_1475.jpg
IMG_1531.jpg

Galeria Dizajn BWA Wrocław
ul. Świdnicka 2-4, Wrocław

Czynna: od poniedziałku do piątku w godzinach 11.00-18.00, w soboty w godzinach 11.00-15.00

Wstęp wolny

 

 

Une BELLE journée

Mam w sobie chyba nieskończoną potrzebę dzielenia się jedzeniem. Prowadzenie tego bloga w jakimś stopniu ją zaspokaja – Coutellerie umożliwia mi to, jako medium podsuwając przepisy, zdjęcia, słowa i wrażenia. Ale choć bardzo kocham pisanie tutaj, niewiele ma to wspólnego z radością jaką przynosi karmienie ludzi w prawdziwym świecie. Na codzień pozostaję w stanie permanentnego poszukiwania pretekstów do gotowania dla innych. Wyobraźcie sobie więc jak ogromną radość sprawia mi gdy ktoś zwraca się do mnie z prośbą o przygotowanie jedzenia na jakąś specjalną okazję. Najpierw skaczę pod sufit z ekscytacji, następnie długie godziny spędzam na planowaniu menu, a później już tylko kroję, mieszam, piekę, ozdabiam...

W sobotę w pracowni Magdy Nowosadzkiej odbył się dzień otwarty z okazji premiery nowej kolekcji jej marki BELLE, i to ja byłam odpowiedzialna za poczęstunek czekający na gości.

Ale nie myślcie, że zrobiłam wszystkie te pyszności sama. Połączyłam siły z Martyną, wrocławianką znaną z wypiekania najlepszych muffinów w mieście, i razem zadbałyśmy o to by żadna piękna pani odwiedzająca Belle nie wyszła z pracowni głodna.

Postanowiłyśmy przygotować cały poczęstunek w konwencji finger food, stół zapełniły więc przekąski i przystawki w wersji mini.

Na pierwszym planie niewyraźne tartaletki z lemon curdem i kruszonką, a dalej hummus dyniowy i dip buraczany z miętą i pomarańczą. Za domowymi grissini skryła się trzecia pasta, z suszonych pomidorów i słonecznika.

Kwadraciki brownie z kremem z palonego masła.

Zdrowe trufle z suszonych owoców, pieczonych migdałów i wiórków kokosa.

Łódki z cykorii z sałatką z zielonej soczewicy, szpinaku, orzechów włoskich, bazylii i grana padano.

Małe pumpernikle z serkiem chrzanowym, wędzonym łososiem i koperkiem.

A to śliczna sprawczyni całego zamieszania

Pracownia Magdy mieści się w starej warszawskiej kamienicy przy ul. Poznańskiej i wygląda jak marzenie (a przynajmniej jak wszystkie te wnętrza, które każda z nas podziwia na Pintereście). Drewniany parkiet, białe ściany i ramy wysokich okien, wiszące gdzieniegdzie zdjęcia, w koszach zwoje pięknych materiałów, i wszechobecne detale, roślinki i subtelne przedmioty, dzięki którym wystrój ma w sobie jakiś niepowtarzalny urok. A w środku tego wszystkiego wieszaki uginające się od dzieł Magdy - tego, po co przede wszystkim warto tam zajrzeć, czyli ubrań jej autorstwa. Już teraz można je zobaczyć również w sklepie internetowym.

Magda stworzyła BELLE w 2011 roku, ale projektowaniem zajmuje się dłużej – nasze drogi skrzyżowały się około pięciu lat temu, kiedy ona z nitką i igłą w dłoni własnoręcznie realizowała swoje pierwsze projekty, a ja próbowałam sił w modelingu (do czego niechętnie się teraz przyznaję:)), przywdziewając jej sukienki i pozując w zakamarkach warszawskiego BUWu. Wieki później okazało się, że każda z nas przebyła długą drogę pełną zmian i ulepszeń, a rzeczy które obecnie robimy bardzo nam się nawzajem podobają. I to był powód w zupełności wystarczający by po latach spotkać się ponownie, w innych okolicznościach i innych rolach (przynajmniej jedna z nas!).

Do następnego razu ♥

 

6. Kuchnia + Food Film Fest

Większość z Was lubi z pewnością gotować, część - skoro tu zaglądacie - także o jedzeniu czytać. O samej konsumpcji gdybać raczej nie muszę! A kto z Was lubi oglądać jedzenie na ekranie? Rezerwujcie w ten weekend dużo wolnego czasu - już jutro startuje 6. edycja Kuchnia+ Food Film Fest!

Tegoroczny program przeglądu to osiem bloków filmowych, w których zobaczyć będzie można najlepsze dokumentalne i  fabularne filmy poświęcone gotowaniu, sztuce kulinarnej i społecznemu znaczeniu jedzenia.

Z przyjemnością ogłaszam, że mam dla Was podwójne wejściówki na każdy z poniższych bloków:

Program filmowy 6. Kuchnia+ Food Film Fest

piątek, 21 listopada 2014
17:30 „Zdrowy jak jogurt?” oraz „Ziarno niezgody”
20:00 „Food Chain$. Rolnik czy niewolnik?”

sobota, 22listopada 2014
15:00 - „Dashi - esencja Japonii” oraz „Shoyu i sekrety japońskiej kuchni”
17:00 - „Gotowane i surowe - kulinarna podróż po Tajwanie”
19:30 - „Cook It Raw 2013 – Charleston” oraz „Na tropach generała Tso”

niedziela, 23listopada 2014
15:00 - „Kawior – czarne złoto” oraz „Kobiety i szampan” 17:00 „Kaiseki - menu Koyamy” oraz „El Celler de Can Roca - za kulisami najlepszej restauracji świata”
19:30 - „Uczta”

Więcej o każdej pozycji możecie przeczytać w programie na stronie kina.

Festiwal będzie ucztą filmową, ale nie tylko! Apetyt pobudzony smacznymi seansami będzie można zaspokoić nie wychodząc z kina - wszystko dzięki poczęstunkom przygotowanym przez lokalnych restauratorów.

W sobotę o 11:00 odbędą się warsztaty kulinarne dla dzieci, a wieczorem w hotelu Sofitel odbędzie się kolacja inspirowana filmem Na tropach generała Tso. Przygotują ją szefowie kuchni Justyna Słupska i Kuba Gutek. Menu pozostaje tajemnicą aż do sobotniego wieczoru, ale mistrzowie zdradzają, że widzów czeka degustacja pięciu dań inspirowanych klasyczną kuchnią polską. W niedzielę natomiast będzie miała miejsce śniadaniowa uczta przy dużych stołach kinowego bistro. Tę przygotują również młodzi wrocławscy szefowie kuchni, a menu opierać się będzie na ekologicznych produktach z lokalnych firm i gospodarstw.

Także w niedzielę, między 9:00 a 19:00, odbędzie się w kinie nasz znany i lubiany Wrocławski Bazar Smakoszy.

Co zrobić aby wygrać bilet?

Wystarczy wyrazić taką chęć w komentarzu - napisać na który film chcielibyście się wybrać z osobą towarzyszącą i dodać kilka słów wyjaśnienia dlaczego to właśnie Wam należy się wejściówka. Festiwal startuje za momencik, więc czas na odpowiedzi czekam do jutra (piątek, 21.11.14 r.) do godziny 11:00. Zostawiajcie adresy mailowe! :)