Mini spin-off z Japonii, o nieherbatach i wodzie z filtra FITaqua

Kto czyta Coutellerie, ten wie o mojej miłości do matchy, sproszkowanej zielonej herbaty. Sporo o niej pisałam, starając się przybliżyć wam proces jej parzenia i to, co w nim najistotniejsze dla osiągnięcia udanego efektu. Matcha to jeden z produktów, które łatwo sknocić i zrazić się na amen! Kładłam duży nacisk na drobiazgowość w kwestiach takich jak jakość herbaty, temperatura, kształt czarki czy nawet pochodzenie bambusowego chasena. Nie napisałam za to zbyt wiele o jednej bardzo istotnej (i bardzo nieodzownej) rzeczy – o wodzie.

Cokolwiek robimy, robimy to z wodą

Herbatę, czarkę i chasen możemy mieć bez zarzutu, a matcha i tak nie wyjdzie dobra, jeśli użyjemy niedobrej wody. Podczas ceremonii parzenia herbaty, w której – w imię japońskiej precyzji – ważny jest każdy szczegół, nie dziwi nas konieczność korzystania z wody najwyższej jakości. Ja chcę dziś pokazać, że nie powinna dziwić też kiedy parzymy przysłowiowego Liptona. Ani kiedy przygotowujemy kawę, gotujemy rosół czy kisimy ogórki. Podstawowa prawda w kuchni brzmi: cokolwiek robimy, robimy to z wodą. Woda to baza i punkt wyjścia – dlatego jest najistotniejsza dla efektów, które osiągamy.

Wielu ludzi zdaje sobie sprawę z tego, że jakość wody zauważalnie wpływa na smak napojów i potraw, ale niewiele z tą wiedzą robi – a to najczęściej dlatego, że kontrola tej jakości wydaje się sprawą ciężką do ogarnięcia. Sama latami należałam właśnie do tej grupy, po konkretny rodzaj wody sięgając tylko kiedy przepis wyraźnie mówił, że z inną się nie uda (np. robiąc wszelkiej maści zakwasy). Jeśli nikt nie straszył że to KONIECZNE, szłam na łatwiznę i używałam wody, jaką miałam pod ręką; a myśl, że gdyby bardziej mi się chciało mogłabym temat zgłębić, zręcznie wypierałam ze świadomości. Aż do dnia, w którym dostałam propozycję instalacji filtra, który miał mi zapewnić dostęp do najlepszej jakościowo wody non stop, w mojej własnej kuchni. Stojąca za tą propozycją marka FITaqua odciążała mnie tym samym z konieczności robienia researchu o wodzie – sama zrobiła go po prostu znacznie lepiej. Postanowiłam temu zaufać i położyć kres czasom mojej wodnej ignorancji. Teraz chcę opowiedzieć wam co zmieniło się w mojej kuchni odkąd testuję w niej filtr wody pitnej ich produkcji.

Mechanizm inspirowany naturą

Nie będę rozpisywać się na temat budowy filtra – zamiast parafrazować specjalistyczne opisy, odsyłam was po szczegóły na stronę producenta. Ale pokrótce: filtr, którego używam, nie tylko oczyszcza wodę, ale ją mineralizuje. Pierwszy etap polega na wyciąganiu z wody wszystkiego co obce – od kamienia i osadów, po niewidoczne zanieczyszczenia tj. chlor, metale, pestycydy, wirusy i wiele innych. Taka woda, choć krystalicznie czysta, pozbawiona jest wartości odżywczych (tj. soli mineralnych) oraz... smaku. Dlatego kluczowy jest drugi etap, który odróżnia FITaqua od popularnych dzbanków czy butelek filtrujących. Oczyszczona woda zyskuje zasadowy odczyn i wielką porcję minerałów, a w smaku robi się delikatna i lekko słodka. Najbardziej mi się podoba, że mineralizator zrobiony jest ze szlachetnego górskiego dolomitu, więc przepływająca woda pobiera z niego co trzeba dokładnie tak samo w moim filtrze, jak w naturze, w skalnych źródełkach, od zarania dziejów.

Smak, który sprawdziłam u źródła

Najsmaczniejsza woda jaką w życiu piłam pochodziła właśnie z takiego źródełka, ukrytego na jednym z niezdobytych wzgórz prefektury Yamaguchi w Japonii. U jego podnóża wystawała ze skały rurka, z której o każdej porze dnia i nocy lała się mocnym strumieniem zimna, świeża woda z góry. Mieszkałam wtedy we wsi obok, tworząc z rodziną kilkunastu osób z całego świata niesamowity dom, w którym wszystko było wspólne. O tym jednak opowiem wam więcej innym razem.

Wyprawa po wodę była na liście zadań, którymi dzieliliśmy się każdego dnia; tak samo ważna jak karmienie kóz i kur, rozpalanie ognia na ciepłą kąpiel, obmyślanie co na kolację i gotowanie dla całego tłumu. Choć woda, którą mieliśmy w kranie była w pełni zdatna do picia, dziarsko przemierzaliśmy parę ładnych (nomen omen) kilometrów, żeby napełnić butle tą ze środka góry. Była w niej świeżość jak w powietrzu po deszczu, zapach lasu, smak syropu klonowego i tekstura jedwabiu. A jednocześnie była po prostu wodą, neutralną jak nic innego na świecie. Woda, która leci z filtrowego kranika w mojej warszawskiej kuchni naprawdę mi ją przypomina – czasami wręcz podejrzewam, że bardziej niż cokolwiek innego odróżniają je od siebie po prostu okoliczności towarzyszące. To jest dla mnie najlepszą gwarancją jej jakości. Jedyny minus tej z filtra, to że jest w temperaturze pokojowej. Zdecydowanie wolę lodowatą wodę, muszę więc pamiętać, by chłodzić ją z wyprzedzeniem.

Na smaku i zdrowiu nie koniec

Chcę wspomnieć jeszcze o kwestiach niezwiązanych z samą wodą, a bardzo dla mnie istotnych. Myślę, że nad instalacją filtra powinien zastanowić się każdy, dla kogo ważny jest problem produkcji plastiku – gigantyczna rzecz, do której prawie wszyscy przyczyniamy się każdego dnia. Dzienne zapotrzebowanie człowieka na wodę jest duże i strach pomyśleć co by było, gdyby każdy z nas zaspokajał je kupując dwie plastikowe butelki wody dziennie. Sama piłam zwykłą kranówkę od dawna, nauczyłam się chyba od Francuzów, u których jest to na porządku dziennym (i nikt nie kwestionuje czystości rur nawet w starych kamienicach). U nas też jest to w pełni bezpieczne i zalecane! Ale znam wielu ludzi, którzy temu nie dowierzają; a nawet jeśli, to po prostu nie tolerują smaku kranówy. Filtr jest dla takich osób idealnym rozwiązaniem, wody z niego chyba nie da się nie polubić. A „grosze” jakie kosztuje butelka wody w sklepie, zebrane w jedną skarbonkę dadzą po miesiącu około stu złotych! Po pół roku zwróci się za filtr, a później można kupować sobie prezenty.

Po drugie, firma FITaqua produkuje wszystkie swoje filtry lokalnie, nie na żadnym Dalekim Wschodzie. Oprócz tego, że idzie za tym jakość produktu (tworzonego z zaufanych surowców), cieszę się po prostu wspierając polskich producentów i nie przyczyniając się do problemu wyzysku w fabrykach w Azji, gdzie tania siła robocza w nieludzkich warunkach produkuje gigantyczne ilości najróżniejszych sprzętów sprzedawanych później w „lepszym świecie”.

A po trzecie, kontakt z przedstawicielami FITaqua jest wzorowy. Były dwie małe komplikacje po instalacji filtra u nas w domu – najpierw woda dziwnie smakowała i okazało się, że mineralizator zwrócony był w złą stronę. Po kilku tygodniach wydało się jeszcze, że rurka podpięta do pralki rozszerzyła odpływ i trzeba było go uszczelnić, żeby powietrze z rury się nie wydostawało (nienajlepiej ono pachnie). Problemy za każdym razem rozwiązywane były ekspresowo. Monter, pan Robert, pojawiał się tego samego lub kolejnego dnia i naprawiał usterki w pięć minut.

Ale największe podziękowania należą się Marii, przedstawicielce FITaqua, z którą dogadywałam szczegóły naszych wspólnych działań. Dziękuję Ci z całego serca za wyrozumiałość i cierpliwość wobec wszystkich powodów, dla których publikuję dzisiejszy wpis z takim spóźnieniem!

Test herbaciany

Wszystko co przeczytaliście powyżej to informacje na temat tego, co filtr FITaqua właściwie potrafi. Teraz pora na odpowiedź na pytanie postawione na początku – co zmienił on w mojej kuchni? W związku z nowo nabytą wodo-świadomością, chcę opisać wam kilka specjałów, przy których jakość wody stała się dla mnie teraz wyjątkowo istotna. Żeby pokazać jak wyraźne nastąpiły zmiany, przeprowadziłam test herbaciany. Poniżej z prawej stoją na kuchence dwa garnki, w każdym z nich właśnie zagotowała się woda z torebką zwykłego earl greya. Zdjęcie mówi samo za siebie, ale napiszę oczywiste: w większym jest „czysta” woda z kranu, w mniejszym – woda z filtra.

Spójrzcie też na zdjęcia powierzchni po przestygnięciu. To nie tak, że herbata przygotowana z wodą z kranu jest niedobra i trująca. Można pić ją całe życie i nie czuć potrzeby żadnych zmian. Chyba, że raz spróbuje się filtrowanej – później nie ma już powrotu! Wyobrażacie sobie jak smakuje różnica tak mocno widoczna gołym okiem? 

IMG_0020.jpg

Jak przestałam pić herbatę

Choć umiejętności filtra pokazuję wam na earl greyu, a tekst zaczęłam od wspomnienia matchy, to temat urywam, bo dziś to nie herbaty chcę wziąć pod lupę. Nie odejdę jednak od tematu Japonii, bo to ona jest ojczyzną specjałów, którymi będę częstować. Przedstawię wam niektóre napary nieherbaciane, które ostatnio królują u mnie, spychając senche, oolongi i pu-erhy coraz głębiej w kąt kuchennej szafki. Oczywiście się śmieję, nigdy nie porzucę prawdziwej herbaty; ale muszę przyznać, że rozkochałam się w tych alternatywach – jak na prawdziwą Japonkę przystało.

W naturze takich napojów leży smakowa czystość. Przymykam oko na osoby pijące herbatę z cukrem, cytryną czy mlekiem, każdy powinien dodawać do swojego kubka to, co lubi. Ale do wymienianych dzisiaj propozycji naprawdę byłoby szkoda. Im zwyczajnie niczego nie trzeba, bo chodzi w nich o smak tego, z czego są zrobione. Nie mają być słodsze, kwaśniejsze ani aromatyzowane. Dlatego jakość wody jest w nich tak istotna. Przygotowane ze zwykłą, będą dobre. Ale przygotowane z najlepszą, rozłożą was na łopatki złożonością aromatów i smakami zmieniającymi się w ustach z każdym łykiem.

Zaczynamy!

IMG_4095.jpg

Sobacha そば茶 – nieherbata z prażonej gryki


Wiem, że jest wśród was wielu amatorów makaronu soba (ten przepis dostał już tyle komplementów!). Czy wiedzieliście, że to nie jest nazwa zarezerwowana dla nudli, bo soba oznacza po japońsku po prostu grykę? To bardzo popularne w Japonii ziarno. Niezmiennie budzi to we mnie radość, bo znacznie mocniej kojarzyło mi się zawsze z Polską. Japończycy pijają napar z powoli prażonych ziaren gryki, który przypomina w smaku naszą paloną kaszę, ale jest znacznie delikatniejszy.

Napar nazywa się sobacha (-cha znaczy po japońsku herbata, ale odnosi się to do rodzaju napoju, a nie liści z krzaka herbaty). Sobachę serwują zawsze restauracje specjalizujące się makaronie soba. Odpowiednio przygotowane ziarna można też czasem kupić na wynos, by parzyć ją w domu (uwielbiam je później podgryzać namoczone!). Ale nie ma jej raczej w sklepach czy automatach z napojami, które stoją w Japonii na każdym rogu. W kwestii popularności zdecydowanie przegrywa z mugichą, którą przedstawię w następnej kolejności! Ale najpierw...

Sobayu 蕎麦湯 – woda po gotowaniu makaronu gryczanego


Przy okazji gryki muszę jeszcze wspomnieć o sobayu. To już nie napar ani nieherbata, największe podobieństwo widać tutaj chyba z zupą. Sobayu to woda pozostała w garnku po gotowaniu makaronu soba. Niczym się jej nie przyprawia (nawet solą!), tylko makaron nadaje jej lekko gryczany posmak. Najważniejsza jest jednak jej niesamowita kremowość i mleczny odcień. Po zjedzeniu soby dolewa się tę wodę do mentsuyu, czyli pełnego umami sosu, w którym makaron był maczany (opowiadałam już o tym przy okazji wpisu z Mitsu wieki temu). Powstaje z tego delikatny, dosyć gęsty bulionik, którym idealnie wieńczy się posiłek. Intensywność można sobie regulować, dopasowując proporcje wody i sosu do własnych preferencji.

Nie przeszłoby mi przez myśl gotowanie klusek w drogocennej wodzie z filtra mineralizacyjnego, gdyby nie pewność, że ta woda zostanie wypita do ostatniej kropli. Tak naprawdę to jest to moja ulubiona część jedzenia soby, dlatego chętnie dokonuję wszelkich starań, by smakowała najlepiej jak to możliwe.

Mugicha 麦茶 – nieherbata z ziaren jęczmienia


Mugicha jest zdecydowanie najbardziej popularną nieherbatą w Japonii. Pija się ją najczęściej na zimno, znacznie lepiej orzeźwia i gasi pragnienie niż zwykła woda. Ma nieoficjalną, ale adekwatną nazwę – smak japońskiego lata! W większości domów, w których miałam okazję zajrzeć do lodówki, stał na drzwiach kilkulitrowy dzbanek z mugichowym „cold brew” – zamiast parzyć ją we wrzątku, wrzuca się ją do zimnej wody i odstawia do lodówki na kilka godzin. Butelki czystej mugichy bez cukru i chemii można kupić w każdym automacie obok zielonej herbaty, wody, kawy i kolorowych napojów.

Mugicha to dokładnie to samo co sobacha, tylko nie z gryki, a z jęczmienia (jap. mugi). Na zdjęciu poniżej zobaczycie jak wyglądają jej ziarenka, choć te są dość grubo gniecione. Zazwyczaj spotyka się drobniejsze, które szybciej oddają aromat. Mugicha najczęściej sprzedawana jest w torebkach (aby ułatwić proces przygotowywania jej w zimnej wodzie). W smaku jest specyficzna – nie wszyscy lubią się z nią od razu. Sama zdecydowanie chętniej sięgałam po inne napoje (tak długo, jak długo zajęło mi mimowolne uzależnienie się od niej w międzyczasie. Miałam tak z wieloma rzeczami, np. z kinako). W Japonii mugichę piją wszyscy. Nie spotkałam chyba nikogo, kto by jej nie lubił. Co więcej, daje się ją nawet małym bobasom, bo nie zawiera kofeiny. Ma za to wiele domniemanych właściwości prozdrowotnych, których chyba nigdy nie udowodniono naukowo. Dla mnie wcale tego robić nie muszą – smakuje mi tak bardzo, że piłabym ją nawet gdyby na nic nie wpływała zbawiennie.

Genmaicha 玄米茶 – nieherbata ryżowa pana Eto


Korci mnie straszliwie, żeby bliżej zapoznać was z panem Eto i opowiedzieć czego dokonaliśmy wspólnie przez krótkie siedem dni na południowej wyspie Kyushu. Ale wszystkie szczegóły przeczytacie we właściwszym czasie i miejscu. Dziś pokażę wam tylko jego dumę – jedyną w swoim rodzaju nieherbatę. Pan Eto ma pod Fukuoką pole ryżowe starsze od siebie. Co roku część swoich plonów przeznacza na genmaichę. Możecie kojarzyć tę nazwę, bo zazwyczaj określa się nią zieloną herbatę z dmuchanym ryżem, całkiem popularną na świecie (i w Polsce). Ale genmai oznacza po japońsku po prostu brązowy ryż, dlatego analogicznie do sobachy i mugichy (gdzie –cha nie odnosi się do liści, tylko do herbaty jako napoju), genmaichą nazywa się też czysty napar z prażonych ziaren ryżu. A dokładniej nazywa go tak pan Eto – bo istnieje szansa, że jego produkt jest jedynym takim w całej Japonii…

Pan Eto sadzi ryż gołymi rękami i sam pielęgnuje go przez cały okres wzrostu. Następnie sam zbiera i suszy, a część, specjalnie na nieherbatę, praży w niskiej temperaturze przez ponad dwadzieścia godzin. Sam później odmierza ile tych aromatycznych, ciemnobrązowych ziaren wsypać do każdej torebki, sam przykleja etykiety (własnoręcznie wcześniej wypisane), zgrzewa każdą paczkę od góry i wykańcza stemplem z datą produkcji. Ja miałam szczęście, bo sam mi też później swoją genmaichę zaparzył (i to w warunkach polowych, jak widać na zdjęciu niżej). Etykieta mówi, że prażone ziarna ryżu należy gotować przez 20-30 minut, a później napar schłodzić i serwować z lodem, lub rozcieńczyć do smaku wrzątkiem i popijać na gorąco. Smakuje orzechowo, ale z wyczuwalnym posmakiem dmuchanego ryżu jak w szyszkach z dzieciństwa. To zdecydowanie najlepsza z ziarnistych nieherbat, których próbowałam i chętnie poczęstowałabym nią każdego z was – na razie pracuję nad sposobem, by przygotować jej odpowiednik w domu.

23.jpg

Sakurayu 桜湯 – nieherbata z piklowanych kwiatów wiśni


Wszyscy, nawet (a może szczególnie?) ci nie interesujący się wcale Japonią, znają ją jako Kraj Kwitnącej Wiśni. Choć na tę zasadną, ale trochę obciachową nazwę mam lekką alergię, nie mogę się nie przyznać: zobaczenie sakury na własne oczy zrobiło na mnie ogromne wrażenie. Denerwowałam się wręcz jak bardzo jest piękna, wiedząc że jeśli nawet uda mi się oddać to na zdjęciach, to będą one wyglądały jak wyidealizowane pocztówki. Postanowiłam się tym nie przejmować i po prostu cieszyć się, że mogę przez jakiś czas piknikować pod rajskimi wiśniami; zgodnie zresztą z symboliką sakury, której krótki żywot nawiązuje do ulotności i piękna przemijania.

Choć w skali roku ich czas jest dosyć krótki (około 2-3 tygodni), szałem kwiatów wiśni opanowany jest cały kraj. Kulturowe znaczenie sakury to jedno; ale Japończycy po prostu mocno celebrują sezonowość, i to przede wszystkim w kuchni. Wiosną sakura jest wszędzie – w słodkich różowych sakura mochi owiniętych w kwaśno-słonawe marynowane liście (!) drzew wiśniowych, w herbacie i kawie (!!), w McFlurry i KitKatach, ale i w menu najlepszych restauracji. Żeby z kwiatami wiśni tworzyć pełnoprawne dania, konserwuje się je poprzez piklowanie w occie z owoców ume i w soli, a następnie lekkie podsuszanie (efekt widoczny na zdjęciu powyżej). Aby gotować z takimi kwiatami, należy wcześniej namoczyć je przez kilka minut w zimnej wodzie by pozbyć się nadmiaru soli i wydobyć ich oryginalny smak. Ale można też bez płukania zalać je wrzątkiem i pić jako nieherbatę. Po kilku minutach w gorącej wodzie pięknie rozkwitną! To napar jedyny w swoim rodzaju – kwaskowy, słony, ale wyraźnie kwiatowy. Nie przychodzi mi do głowy żaden jego odpowiednik w naszej kuchni. Dla mnie to coś pysznego, ale na pewno nie wszystkie podniebienia by zachwycił.

Napary z ziół świeżych i suszonych ハーブティー


Na koniec uwzględnię jeszcze w tym zestawieniu zioła, które są przecież najprostszą alternatywą dla herbat! Z Japonią za wiele wspólnego nie mają, choć te, które widzicie w imbryku poniżej rosły sobie w ogrodzie z widokiem na Ocean Spokojny…

Uwielbiam parzyć świeże zioła – szczególnie miętę, melisę, werbenę, rozmaryn. W domu radzę sobie z tym, co mi rośnie w doniczkach (lub z Baziółką). Bardzo lubię też zioła suszone. Parzę rumianek, pokrzywę, lipę i szałwię, nie mam nawet nic przeciwko anyżowemu smakowi kopru włoskiego. A na wyjątkowe okazje sięgam po specjalne ziołowe mieszanki do naparów i piję nieherbaty godne królowej Anglii. Tę na zdjęciach poniżej dostałam od znajomej na urodziny ♥ a w środku znajdują się m.in. kwiatu bzu, nagietek, lukrecja, prawoślaz, róża i lawenda. Wskazówka: można dodawać też do kąpieli!

38.jpg
37.jpg

A wy? Macie ulubione nieherbaty? A może pijacie coś zupełnie innego, do czego przydałaby wam się najsmaczniejsza woda na świecie? Chętnie się poinspiruję.

Dzisiejszy wpis powstał dzięki współpracy z producentem filtrów kuchennych FITaqua. Wszystkie słowa i wyrażone opinie są moje własne, a tekst nie był przed publikacją autoryzowany. Dziękuję za wspieranie marek, które wspierają Coutellerie!