Japonia, cz. 11. Kochi, Shikoku

Moje pierwsze doświadczenie z Kochi, kolejnego przystanku na japońskiej trasie, podsumowuje ducha tego rejonu, mimo że miało de facto miejsce zanim jeszcze postawiłam tam stopę. Miałam zatrzymać się u Guy’a, muzyka z Indiany mieszkającego w Kochi od siedmiu lat. Ale kiedy przyjeżdżał mój pociąg, Guy akurat grał koncert, powiedział mi więc, żebym zostawiła bagaże w jego domu i do niego dołączyła. Plan bez zarzutu, ale nie wiedząc jak się tam dostanę dopytywałam o wskazówki chociażby w kwestii klucza. Chwilę zajęło mi zorientowanie się, że wystarczy mi adres – dom jest po prostu otwarty, nie ma bowiem najmniejszej potrzeby, by instalować w nim jakiekolwiek zamki. I to jest wszystko, co na wstępie musicie wiedzieć o Kochi.

Oczywiście, z bezpieczeństwa i szacunku do cudzej własności słynie cała Japonia, ale ludzie w Kochi żyją ze sobą w wyjątkowo rodzinnych stosunkach. Co ciekawe, mieszkańcy tej prefektury szczycą się jednocześnie bardzo wysokim spożyciem alkoholu i najwyższą średnią rozwodów w kraju. To nie taki paradoks na jaki wygląda – Guy pół-żartem podsumował to mówiąc, że to po prostu dowód na to, że ludzie korzystają tutaj z życia. Są bardziej wyluzowani, żywiołowi i namiętni niż większość ich rodaków, owszem! Ale nie koliduje to z zachowaniem japońskich cnót, a połączenie tych dwóch cech zdaje się przepisem na szczere, proste i szczęśliwe życie.

Z Guy’em nadawaliśmy na tych samych falach. Wiedziałam, że pokaże mi dużo dobrego jedzenia, kiedy chwilę po tym jak się poznaliśmy wyciągnął M&M’sy z lodówki (takie, które wcześniej lekko się rozpuściły, a schłodzone pozlepiały na nowo w duże kawałki. To moja najulubieńsza rzecz na świecie, a on nie miał prawa o tym wiedzieć – w przypadkowość takiego losu nie wierzę). Miałam rację – Guy był kolejną napotkaną przeze mnie osobą, z którą poszczęściło mi się w kwestii kuchni. Kazu przyjaźnił się z królem i królową soby, Wujek Montse – z zaprawionym sushi masterem, u rodzinki Ota za pracę na pysznym bazarku miałam miejsce do spania, Taro wiedział które miejsca mają znaczek jakości od Anthony’ego Bourdain… Guy zaś pracował w aż dwóch lokalnych restauracjach! Skrajnie różnych, ale jednakowo wspaniałych – zobaczcie.

Pierwsza z nich to sushi bar Umasushi. Szef kuchni, Hideo, który prowadzi to miejsce ze swoją narzeczoną Micą, z imponującą pasją podchodzi do swojej pracy. Jest perfekcjonistą i niemal wszystko robi tu własnoręcznie (Guy bardzo chce się od niego uczyć i póki co ma pozwolenie na obieranie makreli, którą podają w zupie miso). Spróbujcie tutaj klasyków, będą wykonane z najświeższych ryb prosto z oceanu. Koniecznie tamago (słodki omlet, na zdjęciu w środku)! Jest tak dobre, że serwuje się je bez dodatków (nawet w postaci ryżu). Z dziwności, bardzo polecam Wam nigiri z surową kaczką (pierwsze z lewej na zdjęciu), a także przystawkę w postaci awokado smażonego w gęsim tłuszczu. Tego ostatniego pewnie nie spróbowałabym aż tak chętnie wiedząc co to jest, ale powiedzieli mi dopiero, kiedy już rozpływałam się z zachwytu.

Mica odpowiedzialna jest za menu napojów. Można się tutaj napić czego dusza zapragnie, szczególnie jeśli mowa o duszy japońskiej. Choć jest w karcie, nie sięgajcie po francuskiego szampana – zdecydowanie lepszym wyborem będą tradycyjne trunki japońskie. Piwa z najodleglejszych (i tych bliższych również!) prefektur, wina śliwkowe (umeshu) i ryżowe (sake), a nawet japońska wódka (shochu) i koktajle na jej bazie. Można urządzić sobie tutaj indywidualny tasting, a Guy’a i Micę wypytać o wszystko, co związane jest z kulturą picia alkoholu w Kochi i w całej Japonii.

Zespół Umasushi liczy cztery osoby, co w zupełności wystarcza, bo miejsca dla gości można tam policzyć na palcach dwóch rąk. Lokal jest tak mały, że wszyscy, którzy w nim przebywają, nieważne po której stronie baru, mogą swobodnie prowadzić wspólne rozmowy. To jest wspaniałe! Sama będąc tam po raz pierwszy w życiu czułam się jak sąsiadka, która wpadła z wizytą. Jeśli będziecie w Kochi, koniecznie ich odwiedźcie! Zdobędziecie kilku bardzo pozytywnych znajomych i zjecie i wypijecie jak królowie.

Umasushi
追手筋1-9-8
Kochi-shi, Kochi, Japan

Na dzień po uczcie i libacji nie nastawiajcie budzika. Wstańcie o tej, o której podpowie Wam organizm, a przy dobrym śniadaniu i miłej muzyce zdecydujcie, czy macie bardziej ochotę na zwiedzanie atrakcji, czy okolicznej natury. Jeśli to pierwsze, niestety za bardzo Wam się nie przydam. Nie zawsze jestem typem wytrwałego zwiedzacza, a do Kochi dotarłam wyjątkowo zmęczona. Powiedziałam Guy'owi, że zamierzam jeden dzień od początku do końca przeleżeć nad oceanem, a on uświadomił mi, że na Katsurahamie, plaży na którą się wybierałam, ze względu na silne prądy jest zakaz kąpieli, a także że dzieli nas od niej 40 minut drogi autobusem. Powiedział jednak, że zna inne miejsce, które mi się spodoba. I że będzie to najczystsza rzeka, jaką w życiu widziałam. Rzeka Shimanto. Nie pomylił się!

(P.S. Po świetną i treściwą relację z właściwego zwiedzania Kochi odsyłam Was do Karoliny - tutaj i tutaj. Na pewno wrócę tam z Twoim przewodnikiem, dowiedzieć się czegoś więcej o miasteczku, niż tylko gdzie iść na sake! :) )

Zobaczcie jak tam pięknie! Kąpiel w tej krystalicznie czystej rzece była wtedy jak szczyt wszystkich moich marzeń - przyjemne uczucie, ot tak spełnić je i usatysfakcjonować się kompletnie. To był gorący dzień, a na dodatek zamiast wsiąść do pociągu i kawałek podjechać, poszliśmy nad rzekę pieszo (ok. 10 kilometrów). Było ciężko, ale po drodze objedliśmy się figami, ku mojemu zdziwieniu rosnącymi na drzewach wzdłuż ścieżki.

W drugiej knajpce nie odwiedzałam Guy’a w pracy – razem wybraliśmy się tam, kiedy miał wolne. To dla SO-AN bardzo dobre świadectwo, prawda? Było to miejsce odległe od Umasushi niemal we wszystkim, ale na pewno nie w kwestii dobrej energii. Tutaj również łatwo zasiedzieć się na długie godziny nie wiadomo jak i kiedy. Właściciel tego miejsca przyjmuje jak we własnym domu, każde kapciuszki są od innej pary, każdy talerz z innego kompletu. Ściany obwieszone są zaś pocztówkami, amuletami i najróżniejszymi pamiątkami z podróży.

Pamiątki są tu kluczowe, podobnie jak witający gości napis „Bienvenidos”. Wystarczy krótkie spojrzenie w stronę menu i od razu widać, że w So-An powstaje kuchnia podróży. Przed powrotem w rodzinne strony i otwarciem swojej restauracji, właściciel tego miejsca zjechał kawał świata, w wielu jego zakątkach próbując lokalnych specjałów i ucząc swoje podniebienie najróżniejszych smaków. Teraz jego gotowanie jest esencją tak zwanej kuchni fusion – mieszanką Japonii raz z Meksykiem, Brazylią czy Chile, raz z Indiami, Sri Lanką i Tajlandią. A nieraz pewnie z kilkoma jednocześnie! Lunche składają się z malutkich pojedynczych dań na osobnych półmiskach i talerzykach. Każdego dnia ich zawartość jest niespodzianką.

Jeśli uda Wam się odwiedzić to cudowne miejsce, koniecznie powiedzcie kucharzowi, że jesteście z Polski! Ma przyjaciółkę z naszego kraju od lat żyjącą w Kochi, i na pewno z przyjemnością Was z nią skontaktuje, tak jak mnie! Nam udało się tylko porozmawiać przez telefon (następnego dnia musiałam jechać dalej), ale jestem pewna, że to osoba, z którą warto się tam spotkać i pozamęczać pytaniami!

Multinational food So-An
高知県高知市宗安寺844-4
Kochi-shi, Kochi, Japan

Jest jeszcze jedno bardzo ważne miejsce, bez którego nie pozwalam Wam wyjechać z Kochi. Jeśli pamiętacie mój zachwyt paryskim Marché des Enfants Rouges, wiecie że mam słabość do food marketów. W Kochi działa Hirome Ichiba – najlepszy ze wszystkich, jakie kiedykolwiek odwiedziłam.  Na wejściu stoi foodtrack z melonpanami - pamiętacie je z piekarni Milky Mamy pod Okayamą? Oddałabym teraz duszę za jedną bułeczkę w kratkę z masłem klonowym w środku.

Ale wracamy do Kochi. Nie wiem, czy da się zidentyfikować wszystkie czynniki odpowiedzialne za magię targu Hirome, ale na pewno będzie wśród nich towarzyskie usposobienie tutejszej społeczności (o którym wspominałam) i dostęp do najwyższej jakości składników – świeżych ryb, wodorostów, lokalnie uprawianych warzyw i owoców. Połączenie tych dwóch rzeczy daje cudowną, przyjacielską atmosferę i przepyszne jedzenie zrobione z sercem. Hirome tętni życiem, ludzie nie tylko jedzą tutaj przy dużych wspólnych stołach, ale nawzajem się przy nich zagadują, poznają i częstują jedzeniem (jest tutaj prawie 60 stoisk, duża szansa że każdy ma coś z zupełnie innej bajki)!  

Jeśli już się martwicie, że nie bylibyście w stanie zdecydować, co zjeść, spieszę z pomocą. Jest bowiem coś, co podczas wizyty w Kochi jest absolutną koniecznością. Istnieje spora szansa, że będzie to jedna z najsmaczniejszych rzeczy, jakie zjecie w całej podróży (tak, to ja!). 

Mowa o katsuo no tataki, czyli tuńczyku opalanym w żywym ogniu z płonącej słomy ryżowej. Filety wkłada się tam dosłownie na kilka sekund, aby w środku pozostały całkiem surowe. Następnie kroi się je na grube plastry przypominające sashimi i serwuje z gruboziarnistą solą, świeżym czosnkiem (!), z sokiem z yuzu (japońskiej cytryny) i shiso (japońskim ziołem przypominającym połączenie mięty i pietruszki). 

Powyżej: tuńczyki nabite na widły na moment przed włożeniem do ognia. Poniżej dzieje się już magia.

Nie popełnijcie tego samego błędu co ja i nie spróbujcie katsuo no tataki tuż przed wyjazdem. Zjedzcie na pierwszy posiłek w tym mieście, bo gwarantuję, że będziecie chcieli zjeść ponownie, tyle razy ile tylko się uda. I choć można, rzecz jasna, spróbować tego przysmaku w innych miejscach w Japonii, to jednak zgrillowany na patelni albo podawany wyłącznie z sosem sojowym to nie jest to samo.

W pewnym momencie biesiady w Hirome Guy mi uciekł, a po chwili wrócił z porcją pierożków gyoza, które dzień wcześniej chcieliśmy kupić, ale sklep zamknął nam się przed nosem. On był niepocieszony, ja przymknęłam na to oko. Próbowałam ich wcześniej raz i nie zostałam fanką, ale Guy stwierdził, że to niemożliwie i na pewno źle trafiłam. Na targu momentalnie zrozumiałam dlaczego tak mu zależało, żebym ich spróbowała. Były nieziemsko pyszne – sami widzicie jak idealnie chrupiące od spodniej strony. Potwierdziła się obawa, że to czego próbowałam z dobrymi gyoza nie miało nic wspólnego. Szkoda, bo były domowe!

Hirome-Ichiba
〒780-0841帯屋町2-3-1,
Kochi-shi, Kochi, Japan

A za parę chwil ukaże się kontynuacja tej części relacji - będzie kilka słów o sake i kilka przepisów także!

継続します (C.D.N.)