Paris au printemps

Moja ciągnąca się w nieskończoność relacja z Japonii jest mało rzeczowa. Przybrała raczej formę osobistej opowieści, choć staram się przemycać w niej pojedyncze konkrety w postaci przepisów, rekomendacji i ciekawostek. Ta podróż była dla mnie zbyt rewolucyjna, nie jestem w stanie zatrzymać w sobie wrażeń i emocji. Czysto informacyjna treść przydatna dla podróżujących tonie więc w ich nadmiarze (choć nie tracę nadziei, że sam mój bogato zilustrowany, subiektywny punkt widzenia zainteresuje kogoś planującego odwiedzić Japonię!).

Paryż zrewolucjonizował mnie już dawno temu. Zaczął jeszcze zanim odwiedziłam go po raz pierwszy, zachwycając w książkach, filmach i na fotografiach. Później była wyczekana wycieczka, podczas której idealnie sprostał oczekiwaniom zrodzonym w mojej ledwie nastoletniej głowie. Od tamtej pory odwiedzałam go prawie co roku, a po skończeniu szkoły spakowałam manatki i wreszcie pojechałam tam na dłużej. Niespiesznie zapoznając się z nim od podszewki, moja szczenięca fascynacja tym miastem przekształciła się w prawdziwą, dojrzałą miłość. Dlatego dziś, dożywszy dnia, w którym przyjeżdżając do Paryża czuję się jakbym wracała do domu, chcę przydać Wam się trochę bardziej niż zazwyczaj. Zamiast tylko rozwodzić się nad tym co i dlaczego utkwiło mi w pamięci, postaram się przekazać Wam konkrety w postaci kilku najsmaczniejszych adresów w stolicy Francji.

To zaczynamy! Postaram się trzymać schematu opartego na kompromisie między trasą na mapie, a porą dnia (i tym, co w zależności od niej powinniśmy konsumować)!

Paryż to miasto, w którym nietrudno o dobre pieczywo. Na jednego mieszkańca przypada tu około pięciu piekarni i większość z nich trzyma bardzo wysoki poziom. Ciężko spośród nadmiaru dobrego wyłonić najlepsze. Ale jeśli miałabym wybrać, za najlepszą piekarnię uznałabym Du Pain et des Idées

Przepiękne wnętrze i stosy worków z ekologiczną mąką, której do wypieku chleba używa Christophe Vasseur, tutejszy szef. Piekarnia sięgnęła po nią dopiero parę lat temu, w obawie przed chemią wykorzystywaną przy uprawie pszenicy. Vasseur mówi, że od czasu zmiany, chleb (prócz tego, że zyskał na smaku) przestał szkodzić tym, którzy nie mogli go wcześniej spożywać. A dam sobie rękę uciąć, że winili gluten :)

Jeśli nie możecie się zdecydować czego tu spróbować, najlepiej wybrać to, co na waszych oczach wyjdzie z pieca! Wiadomo, że wypieki smakują najlepiej kiedy są wciąż gorące. Niezależnie od tego, w Du Pain polecam Wam przetestowanie klasyków – to miejsce, w którym dowiecie się jak rzeczy POWINNY smakować, wyrobicie sobie odpowiedni standard. Po pierwsze – "chleb przyjaciół" (Pain des amis – na zdjęciu), z najgrubszą i najbardziej chrupiącą skórą jakiej w życiu próbowałam. Czuć w nim organiczną mąkę i powolną fermentację zakwasu, to najlepszy chleb na Ziemi! Wygrywa wiele rankingów i podbija liczne serca krytyków, recenzentów i zwykłych śmiertelników, zarówno lokalnych jak i przyjezdnych. Po drugie, tradycyjne croissanty. U nas popularność rogali pociągnęła za sobą spadek ich jakości – wiele miejsc wypieka je z mrożonek, dając nam niewłaściwe wyobrażenie o tym, jak powinny smakować. Spróbujcie minimum jednego, aby raz a dobrze poznać smak i fakturę odpowiednio wyrobionego ciasta francuskiego. Z mniej oczywistych wyborów, namawiam Was na ślimaki z pastą pistacjową i czekoladą, oraz na niesamowity chleb kakaowy z orzechami i borówką.

Du Pain et des Idées
34 Rue Yves Toudic
75010, Paris

Całe szczęście, że piekarnia znajduje się w bliskim sąsiedztwie jednego z moich ulubionych miejsc w Paryżu – kanału Saint-Martin. Po zrobieniu zapasów warto udać się tam prosto na piknik! Pobliskie sklepy są idealnie przygotowane, dostaniecie w nich oliwki, winogrona, przegryzki, hummusy, sto rodzajów serów i wino w pakiecie z plastikowymi kieliszkami.

Po drugiej stronie kanału kryje się (dosłownie!) miejsce, które przy każdej wizycie wciąga mnie bez reszty. Nie sposób trafić tam przypadkiem. Szyldu brak, a i tak niepozorne wejście znajduje się za rogiem po skręcie w wąską bramę. Dość długo chciałam zatrzymać to miejsce dla siebie, ostatecznie jednak miałabym chyba wyrzuty sumienia. Zresztą aż cztery osoby pisały do mnie z pytaniami po tym, jak poniższe zdjęcie pojawiło się na instagramie:

Mowa o Le Comptoir Général, czyli pięknie i organicznie urządzonej przestrzeni pełniącej liczne funkcje. To miejsce do tańca i do różańca, dobre na kawę rano i na piwo wieczorem, na warsztaty dla dzieci i dorosłych, na pogaduchy na wielkiej kanapie pod palmą, na kolorowe drinki, śpiewy i tańce do granej na żywo muzyki, na pokazy filmów, spotkania, dyskusje, i wiele innych inicjatyw. Na najwyższym piętrze znajduje się sklep z ręcznie robionymi oraz używanymi przedmiotami, a w sali obok jest jadłodajnia, gdzie można zjeść pyszny posiłek rodem z odległych krajów.

O sobie mówią „świątynia egzotyki”, bo ponad wszystko inne cenią wielokulturowość i to, co możemy z niej czerpać. Niedoceniane, słabo znane społeczeństwa, ich tradycje, historie i dziedzictwa – wszystko to dostaje należytą uwagę w tej przepięknej paryskiej przestrzeni. Odwiedźcie to miejsce koniecznie, będziecie zachwyceni. Sprawdźcie wcześniej w kalendarzu czy dzieje się tam coś ciekawego, lub po prostu wpadnijcie naładować tam akumulatory od pozytywnego nastawienia, jakie ma tamtejsze towarzystwo.

Le Comptoir Général
80 Quai de Jemmapes
75010, Paris

Jeśli z powrotem przejdziemy na drugi brzeg kanału Saint-Martin, znajdziemy miłą knajpkę, w której jako francuska studentka lubiłam umawiać się ze szkolnymi znajomymi na bajgle, plotki i wspólną naukę. Sésame jest tym komentarzem dość całościowo zobrazowane – zjemy tu domowo, prosto i nowocześnie, poza bajglami są quiche, zupy, sałatki, lunche. Z przyjemnym widokiem na kanał można zasiedzieć się tu pisząc, czytając, gaworząc czy sącząc herbatę. Wpadnijcie jeśli macie ochotę poczuć się jak współcześni młodzi Francuzi – to jedno z tych codziennych, „sąsiedzkich” miejsc, gdzie nie ma żadnej atrakcji przyciągającej turystów.

Le Sésame
51 Quai de Valmy
75010, Paris

Po późnym śniadaniu, tudzież wczesnym lunchu, konieczna jest dobra kawa! Jeszcze jakiś czas temu w Paryżu było o nią dosyć trudno. Dziś kawowa scena imponująco się rozrasta. Na początek zabieram Was pod mój absolutnie ulubiony adres.

Ten Belles było jednym z pierwszych miejsc odpowiedzialnych za kawową rewolucję w Paryżu. To zaskakujące, ale w stolicy Francji zaczęła się ona później niż u nas. Miejsce to otwarte zostało przez dwóch Australijczyków, obecnie jeden z nich dowodzi w kawiarni Fondation, a drugi w palarni Belleville Brûlerie. Nie jestem pewna kiedy dokładnie wypuścili Ten Belles spod swoich skrzydeł, wiem natomiast, że poziom parzonej tu kawy się nie obniżył, podobnie jak narodowości pracowników (choć ostatnio poznany barista był z Nowej Zelandii) i dobra, beztroska atmosfera wisząca tu w powietrzu.

Określenie coffee snob i stereotyp niemiłego baristy nie wzięły się znikąd. Pasja do kawy często idzie w parze z pretensjonalną postawą, brakiem litości dla americano i tendencją do wyrażania swoich poglądów w sposób skrajny i niesympatyczny. Ja, choć jako fanka kaw przelewowych nie powinnam obawiać się krytyki, nie lubię nadętych ludzi i odwiedzam tylko miejsca, w których czuję się dobrze i swobodnie. Ten Belles jest pierwsze na liście tych miejsc w Paryżu. Tutaj wszechobecne jest słońce, uśmiech i pogawędki z miłymi (nie)znajomymi. Przychodzę tu od początku i przychodzić będę zawsze przy wizycie w Paryżu.

W ciepły dzień można wygrzewać się na zewnątrz z kawą przelewową na lodzie; w zimny, z parującą filiżanką schowajcie się w małym, przytulnym wnętrzu kawiarni. Aha, koniecznie spróbujcie domowych wypieków i przekąsek, cztery lata temu jadłyśmy tu kanapkę z cheddarem, która śni nam się do dziś!

Ten Belles
10 Rue de la Grange aux Belles
75010, Paris

Jeśli tak jak my jesteście wielbicielami przelewów, wybierzcie się też do Télescope. W Ten Belles café filtre dostępna jest tylko z ekspresu – jest bardzo dobra, ale jeśli macie ochotę na dripa, chemex lub aeropress, zamówcie je w Télescope i uważnie patrzcie, jak bariście wyrastają cztery ręce i parzy kilkanaście kaw naraz. Wszystkie w punkt!

W podziemiu tej małej kawiarenki znajduje się imponujących rozmiarów restauracyjna kuchnia, w której w soboty przygotowuje się pyszne brunche. Przetestujcie je dla mnie!

Télescope
5 Rue Villedo
75001, Paris

Innym miejscem, które warto odwiedzić jest kawiarnia Fragments. Za moich paryskich czasów znałam ich i wielbiłam pod inną nazwą (Black Market Café na Montmartre). Ja przeprowadziłam się do Polski, a oni – do trzeciej dzielnicy. Wróciłam z otwartym sercem, ale dla mnie to już nie to samo. Coś się po drodze zgubiło, nie wiem dokładnie co to było, ale odpowiadało za pozytywną energię i dobre samopoczucie w tym miejscu. A może po prostu tym razem źle trafiłam? Niezależnie od nastrojów baristów kawa wciąż pierwsza klasa, więc polecam. Tutaj wybierzcie się na espresso albo kawy mleczne!

Fragments
76 Rue des Tournelles
75003, Pari

Najwyższa pora zacząć już myśleć o czymś do jedzenia, prawda? Obiadowych propozycji mam dla Was kilka, z pewnością każdy znajdzie coś dla siebie. Bardzo ciekawym wyborem będzie posiłek na Marché des Enfants Rouges (fr. bazarku „czerwonych dzieci”, nazwanym na cześć sierocińca, który mieścił się tu w XVI wieku). To niesamowite miejsce, gdzie na kilkunastu stoiskach w kilku alejkach zmieścił się spory kawał świata. Można zaopatrzyć się tu w przeróżne produkty – rzemieślnicze sery, kolorowe warzywa i owoce, świeże ryby i owoce morza, przyprawy, wina, cydry i wiele, wiele innych.

Ale najfajniejsze jest to, co można zjeść tu na miejscu. Z różnych stron świata zjechali się tu smakosze chcący karmić Paryżan swoimi rodzimymi specjałami.  Nie dajcie się zniechęcić długim kolejkom do wszystkich stoisk. Odczekanie swojego wzmaga apetyt, zresztą czas spędzony na obserwowaniu targowego życia, podziwianiu uwijających się kucharzy i, przede wszystkim, decydowaniu co wyląduje na Waszym talerzu, mija w mgnieniu oka. 

Włosi mają tu królestwo świeżych makaronów. Prowadzą też sprzedaż najwyższej jakości produktów ze swojej ojczyzny - m.in. serów, konserw, octów, oliw, czy pomidorów pod każdą możliwą postacią.

Reprezentacja Libanu karmi ogromnymi falafelami, na talerzach lub w ręcznie wypiekanych arabskich chlebkach. Świeżo ukręcony hummus, baba ghanoush, zielony tabbouleh, sałatka z okry i kolorowe pikle to mała część z tego, co tu serwują (a także sprzedają na wagę).

Stoisko z kanapkami i naleśnikami należy do moich ulubionych. Alain, pan którego widzicie na zdjęciach wyżej, to prawdziwy czarodziej. Pracuje sam (druga osoba pomaga mu przy detalicznej sprzedaży pieczywa i półproduktów), od ponad dziesięciu lat zwinnie smażąc crêpy, krojąc wielkie ciabatty i wypełniając wszystko pysznymi nadzieniami w różnych konfiguracjach. Alain porusza się bardzo płynnie, zagaduje czekających w kolejce gości, co jakiś czas dyskretnie pozuje do zdjęcia; widać, że taniec przed tłumem obserwatorów sprawia mu prawdziwą przyjemność. Porcje, które serwuje są naprawdę gigantyczne, ale jedzenie jest tak smaczne, że wcale nie będziecie mieć ochoty oddawać nikomu drugiej połowy.

Corossol i tajemnicze słoiki na barze stoiska z kuchnią karaibską. Specjalnością tego miejsca są kreolskie acras de morue, czyli smażone kulki z dorsza w cieście. I oczywiście kolorowe drinki!

Każdy, kto przekroczy bramę Marcheé des Enfants Rouges, stanie się bezsilny w obliczu intensywnych aromatów wirujących tu w powietrzu. Nie wiadomo gdzie patrzeć, z każdej strony dolatuje inny apetyczny zapach! Ale jest taki jeden, co to zdaje się delikatnie górować ponad całą resztą. Jest to charakterny zapach kuchni marokańskiej.

Na wypadek, gdyby zapach nie podniecał głodnych gości wystarczająco, gigantyczne tadżiny z najróżniejszymi daniami kuszą wyeksponowane za długą witryną, wzdłuż której ciągnie się kolejka. Królują tu jagnięcina, kurczak i ryby, jest mnóstwo warzyw, wielkie oliwki, kiszone cytryny i kuskus. Podjęcie decyzji o tym co jemy nie będzie tu najprostszym zadaniem, ale nie przejmujcie się tym za bardzo – zaryzykuję stwierdzenie, że na cokolwiek nie traficie, będziecie zadowoleni.

 Jest tutaj też pokaźna gablota z deserami! Łakocie z tego regionu są najczęściej bardzo słodkie, kleiste i sycące. Większość za bazę ma orzechy, daktyle, słodkie kruche ciasto i syropy. Ja je uwielbiam! Jeśli nie macie miejsca na żadne ciastka, napijcie się przynajmniej tamtejszej prawdziwej „pustynnej herbaty” ze świeżej mięty i dużej ilości cukru.

Apetyty rozbudzone? A i tak nie pokazałam Wam tu wszystkiego! Na bazarku są też stoiska z japońskim bento, jest bistro z ekologicznymi quichami i świeże, robione na miejscu zupy. Narzuca się myśl, że brakuje tylko jednego… Polski! Przyznam, że osiedlenie się w Paryżu i otwarcie tam stoiska z pierogami jest właściwie wszystkim, czego na dzień dzisiejszy chciałabym od życia.

Marché des Enfants Rouges
38 Rue de Bretagne
75003, Paris

A jak już jesteśmy przy marchés – nie będę zamęczać Was już zdjęciami, ale na chwilę znów odwiedziłam targ ekologiczny przy Boulevard Raspail! Pokazywałam Wam go już parę ładnych lat temu. Od tamtej pory tylko się przedłużył i wzbogacił o kilka ciekawych stoisk. 

A na witrynie ekskluzywnego sklepu z przyprawami czarny czosnek, który pokazywałam Wam w poście z Tokio! W butiku Thiercelin znajdują się prawdopodobnie wszystkie przyprawy świata, odwiedźcie go jeśli chcecie wzbogacić swoje zapasy o specjały takie jak aromatyzowane francuskie sole czy najwyższej jakości szafran. Ja osobiście wolę swojskie sklepy z przyprawami, gdzie wszystko stoi w wielkich worach, a powietrze kręci w nosie od nadmiaru aromatów (taki sklep odwiedziłam np. w dzielnicy Noailles w Marsylii), ale tutaj też lubię od czasu do czasu zajrzeć. 

Thiercelin
3 Rue Charles-François Dupuis
75003, Paris

Jeśli wolicie ciut bardziej, ale wciąż nie całkowicie klasyczne rozwiązanie obiadowe, wypróbujcie La REcyclerie, miejsce, które karmi cudownie w imię wspaniałej idei. Recykling jest tu wielowymiarowy i działa na licznych poziomach – restauracja to tylko część tej inspirującej inicjatywy. Odbywają się tu warsztaty, spotkania, akcje społeczne i targi, ludzie uczą się rzemiosła, sztuki DIY, chcą rezygnować ze zbędnej technologii i uprawiać swoje grządki w miejskim ogrodzie.

O filozofii tego miejsca można by pisać w nieskończoność, ale jednocześnie nietrudno ująć jej istotę w kilku krótkich wyrazach. Dosłownie! Za przykazania służą les trois „R” (Réduire – Réutiliser – Recycler), czyli ograniczanie użytku/produkcji, ponowne wykorzystywanie i recykling. W imię tego, La Recyclerie funkcjonuje ekologicznie – segreguje odpady, po tym jak wyselekcjonuje z nich wszystko, co może mieć jeszcze jakieś praktyczne zastosowanie, używa wyłącznie LEDowych żarówek i stuprocentowo odnawialnej energii, prowadzi warsztat złotej rączki René –pana, który naprawia zamiast wyrzucać, a w razie potrzeby wypożycza swoje narzędzia do samodzielnych akcji ratunkowych. Kuchnia też funkcjonuje przykładnie! Kawowe fusy idą na nawóz dla roślin, na dachu budynku jest bowiem ogród i ferma, gdzie hodowane są kury. Karmi się je resztkami jedzenia z restauracji, i voilà, życie zatacza wspaniały krąg :) 

IMG_2136.jpg

Miejsce działa od niecałych dwóch lat, w budynku dworca Ornano, który nomen omen zrecyklingowało, gdyż od ponad pół wieku stał nieużywany. W środku jest pięknie, surowo i przestrzennie, każdy przedmiot jest z innej bajki, każde krzesło – z innego kompletu, i wszędzie rosną bluszcze, drzewa i kwiaty… A widzieliście ich łazienkę?!