Wiele wiosen przy jednym stole

Wiosna to moja pora roku. Urodziłam się wiosną, wieczną wiosną chciałabym żyć, i coś mi mówi, że jak już przyjdzie mój czas, to wiosną również odejdę. Na wiosnę podjęłam wiele ważnych decyzji - cztery lata temu stworzyłam Coutellerie, trzy – obrałam życiowy kierunek: Wrocław, dwa – zorientowałam się, że pasja zaczęła dawać mi na chleb i nagle wiem, co chcę robić w życiu, a przed rokiem kupiłam bilet do Japonii, na odważną wyprawę, która zmieniła moje życie. Tej wiosny zamierzam skończyć kolejny etap edukacji, a następnie z wielkim zaciekawieniem popatrzeć, co mi przyniesie nowy dzień. 

Ale dziś nie o tym! Zmierzam do tego, że wiosna, co roku grając w moim życiu ważną rolę, stała mi się bliska i nie mogę pojąć, że przeżyłam ją ledwie kilkanaście razy w życiu (te pierwsze kilka się nie liczy, bo nie mam prawa ich pamiętać). Tak dobrze znam uczucie radości, które przynosi pierwsze słońce, przypływ piegów, wyjście z domu bez płaszcza, piknik, rzodkiewki, pierwsze truskawki, powoli nabierające smaku pomidory. Poczuwszy to szczęście w tym roku, dałabym sobie rękę uciąć, że doświadczałam go w życiu częściej; że znam je o wiele za dobrze jak na to, ile mogłam go mieć w tych „marnych” kilkunastu razach. 

Te wszystkie młode szpinaki, natki i marchewki wiosenny staż na polskich stołach mają dużo dłuższy. Właściwie, choć pojedynczo doświadczają tylko jednej, jako gatunek taką wiosnę w dużym stopniu tworzą. I z niezmiennym sukcesem ekscytują co roku, od kilkunastu, kilkudziesięciu, kilkuset pokoleń. A ile wiosen ma za sobą drewniany stół, który stoi w kuchni w moim rodzinnym domu? Ile zjedzono przy nim nowalijkowych obiadów, ile przewinęło się przez niego bukietów bzu? Tata nie wie, to nie będę zgadywać. Ale czy to pięćdziesiąt, sto, czy dwieście lat, z pewnością wystarczyło, by na jego blacie zapisało się dużo ważnych informacji. Informacji o tym szczęściu, które wyżej Wam opisywałam. Bo zadrapania to z noża, który omsknął się przy krojeniu marchewek, okrągły ślad po gorącym garnku ze świeżo ugotowanym Pięknym Jasiem, a te ciemniejsze plamki to (niezbędne w wiosennym zestawie) wino, które którędyś uciekło z kieliszka.

Wszyscy, których gusta i apetyty dojrzewają w rytmie zgodnym z kalendarzem – dla Was jest dzisiejszy przepis. Nie chodzi tylko o sezonowe składniki, ten obiad jest wiosenny w swojej istocie. Bo charakter ma prosty i polski, a do tego łatwo go przyrządzić, nie zatrzyma Was na długo przy kuchence. Sycący, ale lekki, najlepiej smakuje jedzony na słońcu, więc w miarę możliwości serwujcie na balkonie, w ogrodzie, na parapecie przy oknie… a to, co zostanie (i na drugi dzień będzie jeszcze smaczniejsze) zapakujcie na wynos i zabierzcie na piknik w parku. Dobrej wiosny, która by to dla Was nie była!

Fasola z patelni
ze szpinakiem, cytryną i orzechami

na podstawie przepisu Heidi Swanson

3-4 porcje

  • 2 łyżki oliwy
  • 170 g ugotowanej białej fasoli, dużej, np. Piękny Jaś*
  • 50 g orzechów włoskich (łuskanych)
  • 1 duży ząbek czosnku
  • 200 g listków młodego szpinaku
  • duża szczypta gałki muszkatołowej
  • 40 g rodzynek
  • skórka otarta z 1 cytryny (niewoskowanej)
  • 1 łyżka soku z cytryny
  • 1 łyżka listków świeżego tymianku
  • pieprz, sól (jeśli mamy, bardzo pasuje wędzona!)
  • parmezan, natka pietruszki, pieczywo, jajo sadzone, etc.

* W ostateczności można oczywiście użyć fasoli z puszki, ale zdecydowanie lepiej sprawdzi się ta ugotowana własnoręcznie. Lepiej trzyma kształt i jest większa, zresztą generalnie więcej w niej zdrowia i smaku! Ja gotuję za jednym razem większą ilość fasoli i trzymam ją w wodzie w lodówce, zużywając po trochu – spokojnie wytrzymuje do tygodnia.

Samo podsmażanie zajmie nam kilka minut, dlatego zaczynamy od przygotowania wszystkich składników. Fasolę płuczemy i dokładnie odsączamy na sitku, czosnek drobno siekamy, szpinak myjemy i suszymy. Ścieramy skórkę z cytryny, wyciskamy z niej sok. Obrywamy listki tymianku.

Na suchej patelni najpierw prażymy orzechy. Kiedy wydobędziemy z nich aromat, przekładamy do miseczki i rozgrzewamy na patelni oliwę. Wrzucamy fasolę i na średnim ogniu podsmażamy przez kilka minut, co jakiś czas poruszając patelnią. Kiedy z jednej strony się zbrązowi, intensywnie mieszamy, by przewrócić wszystkie fasolki na drugi bok (kilka pewnie trzeba będzie obrócić ręcznie). Dorzucamy na patelnię czosnek, a po kilku chwilach także szpinak oraz tymianek. Doprawiamy gałką, solą i pieprzem. Dusimy do zmięknięcia szpinaku. Na koniec dorzucamy rodzynki, skórkę i sok z cytryny. Całość podgrzewamy jeszcze przez minutę, po czym zdejmujemy z ognia. Na talerzu posypujemy płatkami parmezanu, a także posiekaną natką pietruszki, jeśli mamy ochotę.

Podajemy z czym dusza zapragnie, pod warunkiem, że są to dobra wiosenne. Na przykład takie, jak młode marchewki glazurowane w miodzie gryczanym (jeszcze zeszłorocznym, ale zapasy trzeba wykończyć). Do tego jajo sadzone (czy też na miękko lub w koszulce, wolna amerykanka), kromka dobrego chleba (u mnie oczywiście chleb maminy) i cześć!

Glazurowane młode marchewki
w miodzie gryczanym

2-4 porcje

  • 1 pęczek młodych marchewek
  • 2 łyżki oliwy
  • łyżka miodu gryczanego
  • szczypta soli

Obcinamy natki i dokładnie szorujemy marchewki. W całości (bez obierania) układamy je w naczyniu do gotowania na parze. Wyciągamy po 5-6 minutach (zależnie od wielkości) – mają lekko zmięknąć, ale nie rozpadać się. Marchewki można też ugotować w osolonej wodzie. Po przestudzeniu kroimy wzdłuż na połówki lub ćwiartki, jeśli są większe.

Na patelni rozgrzewamy oliwę. Dodajemy miód, a kiedy rozpuści się i wymiesza z oliwą, zwiększamy ogień i układamy na patelni marchewki. Doprawiamy solą. Podsmażamy marchewki na dużym ogniu aż do zezłocenia, poruszając patelnią, aby glazurowały się równomiernie. Po kilku minutach odwracamy je delikatnie na drugą stronę i trzymamy jeszcze kilka minut.

Smacznego!