22

Całe życie do tej pory zafascynowana byłam Francją. Dwudzieste urodziny przypieczętowałam nawet migawką z mojego ulubionego miejsca na Ziemi, Paryża. W międzyczasie zrobiłam w sercu miejsce jeszcze na Japonię. Kraj, z którego nie mogę (ale i nie chcę) się otrząsnąć, choć mija właśnie pół roku odkąd opuściłam jego granice. Tego miejsca mam dlań w sercu bardzo dużo, ale Japonia nie kokosi się w nim kosztem uczuć będących tam przedtem. Panna Francja jest mi droga nie mniej niż w urodziny przed dwoma laty, nie mniej niż cztery (gdy tam mieszkałam), ani niż dziewięć lat temu (bo wtedy mniej więcej zaczęła się moja obsesja).

Z połączenia tych dwóch miłości rodzą mi się w sercu same wspaniałości. Japonia i Francja mają zadziwiająco wiele wspólnego – muszą, bo dwie zbyt odmienne rzeczy nie mogłyby do tego stopnia rozkochać w sobie jednej osoby. Również w ich kuchniach, choć na pozór oddalonych od siebie co najmniej tak bardzo, jak kraje na mapie, widać liczne podobieństwa. Nie zawsze w potrawach i składnikach, ale w filozofii, estetyce i perfekcjonizmie jak najbardziej.

Kończę dziś 22 lata. Nie chcę pisać tym razem o upływie czasu, choć urodziny jak zwykle przysparzają mi trochę niewygodnych refleksji. W tym roku, aby wybić je sobie z głowy, świętowanie rozciągnęłam prawie na cały tydzień. To jedna z nielicznych zalet życia trochę pomiędzy dwoma miastami – skoro przysłowiowego szampana trzeba pić dwa razy, można równie dobrze zrobić z tego pięć. Pod ich pretekstem mija mi właśnie tydzień pysznych kolacji, pachnących kwiatów i dużej ilości czekolady. 

Z tego ostatniego zrobiła się oficjalna tradycja – 9 kwietnia już zawsze oznaczać będzie wielki przypływ czekolady. Ciekawe, czy z wiekiem będę aplikować jej sobie coraz więcej (taką póki co dostrzegam tendencję)! Dzisiejszy przepis, mus czekoladowy na bazie solonego karmelu, mieści jej znacznie więcej niż zeszłoroczne blondies. Mousse zrobiłam z miłości do Francji, ale włożyłam też do środka gorące uczucie, które żywię do Japonii. Uczucie, które w pakiecie wniosło dużo umami (a to, jak wiadomo, nie mogłoby nie wyjść mu na dobre).

Jeśli uważacie, że solony karmel to smak idealny, tak jak ja żyliście w błędzie – jest coś, co może sprawić, że będzie jeszcze pyszniejszy. Tym czymś jest pasta miso, która uczyniła moje życie lepszym w wielu kwestiach, ale nie podejrzewałam, że uda się jej to nawet w departamencie deserów.

Francja, Japonia, karmel, miso, czekolada... Myślę, że mogłam przekroczyć ilość dobroci dozwoloną na jednego posta. Zostawiam Was z przepisem i idę dalej świętować swoją starość! Obiecuję też trochę się nią pomartwić, żeby wyrównać odrobinę balans w obliczu wszystkich tych cudowności. Dobrego dnia!

Mus czekoladowy
na solonym karmelu z miso

w oparciu o przepis na mousse au chocolat, „Moja kuchnia w Paryżu”, David Lebovitz

karmel z miso:
200 g cukru
100 g masła
360 ml śmietany kremówki
2 łyżki jasnej pasty miso
odrobina wody

dodatkowo:
170 g dobrej jakości czekolady deserowej (60-70% kakao)
4 duże jajka, białka i żółtka osobno
szczypta soli do ubicia białek
bita śmietana do podania

Do garnka o szerokim, grubym dnie wsypujemy cukier i dodajemy odrobinę wody – tylko tyle, by cały był zwilżony. Podgrzewamy na średnim ogniu bez mieszania. Najpierw cukier rozpuści się, a później zacznie bąbelkować – wówczas zmniejszamy ogień i obserwujemy, bo od momentu kiedy zacznie nabierać żółtawej barwy musimy pilnować, by się nie przypalił. Zależy nam na ciemnozłotym kolorze i karmelowym aromacie, odrobinę dymnym, ale nie spalonym! Zdejmujemy karmel z ognia, mieszamy trzepaczką i dodajemy pokrojone na kawałki masło. Szybko ubijamy – powstanie lśniące toffi. Dodajemy pastę miso i odrobinę kremówki. Wszystko razem mieszamy, powoli dolewając resztę śmietanki. Karmel powinien być gładki, jeśli zrobiły się grudki, możemy rozpuścić je lekko go podgrzewając, a następnie na wszelki wypadek przetrzeć przez sito.

Otrzymany karmel dzielimy na dwie jednakowe porcje. Jedną przelewamy do słoika, zakręcamy i odstawiamy do wystudzenia. Do drugiej (np. w tym samym garnku) dorzucamy połamaną na kawałki czekoladę. Mieszamy do jej rozpuszczenia. Następnie dorzucamy żółtka. Odstawiamy całość do całkowitego ostudzenia. W międzyczasie ubijamy białka ze szczyptą soli na sztywną pianę. Szerokimi, powolnymi ruchami mieszamy 1/3 piany z masą czekoladową. Dodajemy kolejne porcje białek i delikatnie łączymy, starając się nie ugniatać masy, by nie pozbywać się powietrza. To kluczowy krok, od tego zależy puszystość naszego musu! Przestajemy mieszać kiedy tylko będzie jednolity, tj. znikną białe smugi. Przekładamy do szklanek, kieliszków lub kokilek i odstawiamy do lodówki na minimum 5 godzin (a najlepiej 8-10). Serwujemy z bitą śmietaną i dodatkowym karmelem (najlepiej podgrzanym). Smacznego!