Japonia, cz. 9. Spacerem przez Tokio (na lody!)

Pokazywałam Wam już fragmenty wspomnień ze stolicy, na przykład czas spędzony w ulubionej dzielnicy Nakameguro czy wyprawę na niesamowity targ rybny Tsukiji… Później wróciłam jednak do relacjonowania innych momentów podróży, bo ogrom materiału z Tokio wydawał mi się przytłaczający. Dziś uznałam, że najlepiej zrobić to raz, a dobrze – z 30 GB zdjęć wybrałam te co ciekawsze i zabieram Was na spacer po miejscach, które najbardziej zapadły mi w pamięć w tym pięknym mieście. Ważnym kryterium był oczywiście temat jedzenia. Znaczna większość z nich jest z nim więc blisko związana, a na końcu czeka na Was przepis na lody z czarnego sezamu, którymi te spacery wielokrotnie sobie umilałam.

Minęło już wiele miesięcy od mojej podróży, przed rozpoczęciem pisania zajrzałam więc do swoich notatek i wiadomości wysyłanych do Polski w tamtym czasie. Wspomnienia są teraz jak żywe, mimo tęsknoty uśmiech nie schodzi mi z buzi. Przypomniały mi się zapachy pokoi, w których spałam, śniadania (w jedne dni wielodaniowe uczty, w inne onigiri ze sklepu, każde cudowne), zakwasy w łydkach od wędrówek z Montse, ale przede wszystkim to, o czym zupełnie zapomniałam teraz zimą, w domu – zrywanie się rano z podekscytowania, nieraz po kilku krótkich godzinach snu, nie mogąc się doczekać tego, jakie nowości i zdziwienia przyniesie kolejny dzień. Zdaję sobie sprawę z tego jak oklepanie to brzmi, ale mam szczerą nadzieję, że każdy z Was kiedyś doświadczył (lub/i doświadczy!) tego uczucia – wówczas na pewno będziecie wiedzieć, o czym mówię!

Do Tokio przyjechałam przed szóstą rano, jakimś cudem otworzywszy oczy dokładnie kiedy mój nocny autobus z Osaki zatrzymał się na właściwym przystanku. Ulica była pusta, wstawał świt i padał ciepły deszcz. Wiedziałam, że to nie jest właściwa pora na wyciąganie wniosków, ale pierwszego wrażenia nikt mi nie odbierze – Tokio było piękne, spokojne i wcale nie tak odmienne od tego, co już w Japonii widziałam. Nawet metro, wbrew przestrogom, okazało się proste w obsłudze! Nie sposób się tam zgubić, zresztą wszystkie informacje i tabliczki były w języku angielskim. Po zostawieniu w domu bagaży, kiedy koło południa wyszliśmy na pierwszy lunch, ludzi było oczywiście więcej, ale ani przez chwilę mi to nie przeszkadzało. Nie do końca wiem dlaczego – jestem na tym punkcie dosyć wrażliwa, czuję się przytłoczona nawet w Londynie, a na temat chaosu w o połowę większym Tokio krążą przecież gorsze legendy. Tymczasem na ulicach jakoś go nie widziałam. Tłumy były prawie nieodczuwalne, urbanistyka i architektura przestrzenne i oddychające, i wszędzie ten estetyczny porządek mimo braku koszy na śmieci. Dodam, że nasz pierwszy lunch miał miejsce kilka ulic od słynnego skrzyżowania Shibuya, na które z chwilą zapalenia się zielonego światła wkraczają dziesiątki (jak nie setki) ludzi, i choć każdy idzie po swojej własnej przekątnej a linie przecinają się na każdym centymetrze, kolizje i przepychanki się nie zdarzają. Jak działa to miasto – wciąż do końca nie wiem, ale przez cały pobyt czułam, że działa w rytmie zgodnym ze mną.

Pierwszym posiłkiem w Tokio był ramen. Każdy wybrał inny, ja – miso ramen, który okazał się jednym z najlepszych, jakie jadłam. To mój ulubiony rodzaj, pasta miso w połączeniu z tłustym wywarem tworzy gęste, kremowe, słodko-słone marzenie. Bardzo żałuję, ale nie mam pojęcia jak nazywał się ten konkretny lokal – wybraliśmy go spontanicznie, bo był nieduży, schowany i przepełniony Japończykami „z sąsiedztwa”. Zdziwiło mnie tam, że ramen dostępny jest w trzech rozmiarach, ale w jednej, niezależnej od wielkości cenie. Później spotkałam się z tym Japonii jeszcze wielokrotnie. Cóż rzec, okazja kusząca, ale pamiętajcie by mierzyć siły na zamiary. Ja jestem twardym graczem, a ramen standardowych rozmiarów często mnie przerastał. Ta gigantyczna miska ze zdjęcia to najmniejszy wariant! Nie ma jednak mowy o niedojadaniu – to w Japonii jeden z grzechów głównych dobrych manier.

Wyszliśmy i rozpoczęliśmy wędrówkę po mieście, która na dobrą sprawę trwała nieprzerwanie kolejne osiem dni. Jeszcze tego nie wiedziałam, ale czekał mnie czas intensywnej nauki, zarówno w sensie przyswajania wiedzy, jak i poznawania z nowej perspektywy spraw już mi nieobcych. Z jednej strony niesamowicie dużo dowiedziałam się o sobie, o tym w jakim trybie chcę i potrafię najlepiej funkcjonować, i które kierunki powinnam brać pod uwagę na nadchodzącym życiowym rozstaju dróg. Dzięki temu dziś odliczam dni do kolejnej podróży! Z drugiej strony był to czas wielkich zdziwień, rosnącej ciekawości kulturą tego narodu, zaskakujących odpowiedzi na niekończące się pytania.

Skondensowaną na potrzeby dzisiejszego wpisu wędrówkę zaczynamy od tokijskiego królestwa kucharzy, szefów kuchni i miłośników gotowania. Kappabashi-dori to długa ulica, wzdłuż której ciągną się niezliczone sklepy i stoiska z kuchennymi przyborami. Jest tutaj wszystko, od podstawowych garnków i japońskich noży, przez specjalistyczne patelnie do robienia dorayaków, po dziwactwa takie jak plastikowe atrapy jedzenia znane z restauracyjnych witryn. Na Kappabashi można taką zrobić samemu - to dość kosztowna, ale na pewno przednia zabawa!

Ostrza santoku - ręcznie kute, sygnowane, piękne! Gdyby nie to, że już wówczas wiedziałam gdzie chcę kupić swój nóż (u pewnego dziadka-rzemieślnika w Kioto), na pewno zostawiłabym tam fortunę.

Mało któremu Japończykowi przydałaby się w domu maselniczka. Szkoda, jak widać byłaby też ładną ozdobą.

Sklep (a może już salon?) z pałeczkami. Prawie jak różdżki u Ollivandera!

Kappabashi ma swój początek w dzielnicy Asakusa. To stara okolica ze słynną świątynią Sensō-ji (powyżej). Jest to niestety miejsce przepełnione turystami, a na poprzedzającej wejście do świątyni ścieżce znajdziemy dziesiątki sklepików, w których nie kupimy nic, jeżeli nie interesują nas pamiątki "Made in China". Waszej uwadze polecam w tym rejonie coś innego. Pewien rdzenny asakusanin Hiro zabrał mnie tu na niezapomniany posiłek.

Komakata Dozeu to restauracja działająca w tym miejscu już ponad dwieście lat. Od końcówki epoki Edo przyjmuje się tu gości w tradycyjnych japońskich progach. Samo przebywanie w tym wnętrzu jest dla obcokrajowca ekscytujące - to duża sala z tatami (słomkowymi matami) przeplecionymi długimi deskami służącymi za stół siedzącym na podłodze gościom. Obsługa biega w kimonach, ale nie jest to show dla przyjezdnych - stołują się tu głównie lokalni. 

Specjalnością tego miejsca są dojo, które udało mi się przetłumaczyć jako piskorze, mam nadzieję że właściwie. To nieduże ryby przypominające węgorze. W Komakata Dozeu najpierw kąpią się one w sake, następnie układa się je na żeliwnych półmiskach umieszczonych nad rozżarzonym węglem. W tej postaci lądują na stole. Przez kilka minut duszą się w słodkim miso, a goście własnoręcznie podlewają je sosem sojowym. Na wierzchu układa się drobno poszatkowane małe pory.

Kiedy dojo są gotowe, każdy ze zgromadzonych częstuje się, nakładając sobie porcję na własną czarkę z ryżem. To prosty, ale zachwycający posiłek - wszystko w nim jest takie japońskie, od pieczołowitości własnoręcznego przygotowania, po eksplozję umami, którą zaskoczy Was smak.

Komakata Dozeu
(Asakusa Main Store)
1-7-12 Komagata, Taito 111-0043, Tokyo

Po jedzeniu najlepiej wybrać się na spacer po położonym niedaleko parku Ueno. To jedna z najładniejszych i najbardziej zielonych przestrzeni jakie widziałam w środku wielkiego miasta.

W środku parku znajduje się jezioro Shinobazu, które widzicie na powyższym (i poniższym) zdjęciu. Tak! Latem jego powierzchnia jest kompletnie niewidoczna spod rozrośniętych lotosów. Widok powala na kolana!

Po nielicznych odsłoniętych partiach stawu można przepłynąć się kolorowym łabędziem.

Innym ciekawym, ale zgoła innym zielonym terenem w Tokio są cesarskie ogrody. 

Jeśli odwiedzacie miasto latem, nie wybierajcie się tam raczej w samo południe. W tych rozległych, minimalistycznych parkach niewiele jest cienia. Widok na sam Pałac jest ograniczony – trudno się dziwić, rodzina cesarska też zasługuje na odrobinę prywatności! 

Ogrody przy Pałacu Cesarskim są ponad 300-hektarowym parkiem w środku metropolii. Rozległe trawniki z każdej strony otoczone są wieżowcami. Niemal całe Tokio jest przykładem udanego łączenia odmiennych światów. Tradycyjnego z nowoczesnym, japońskiego z zachodnim, zielonego ze szklanym i żelaznym...

Ginza jest przede wszystkim dzielnicą drapaczy chmur i luksusowych butików. Podróżujący smakosze kojarzą ją często dzięki Sukiyabashi Jiro - to tu mieści się słynna restauracja szefa kuchni znanego z pięknego dokumentu Jiro śni o sushi. Jest ukryta na pierwszym piętrze niepozornego biurowca nad stacją metra. Nawet jeśli nie wybieracie się tam na jedzenie (ze względu na brak rezerwacji czy wysokość tamtejszych cen), możecie pójść żeby tak jak ja stanąć pod drzwiami restauracji i posłuchać dźwięku patelni i noży w ruchu. Jest szansa, że zupełnym przypadkiem traficie na otwarte drzwi do kuchni i zobaczycie Jiro w granatowym kimonie, z namaszczeniem jedzącego staff meal z całym swoim zespołem. Kto nie eksplodowałby po tym z ekscytacji tak jak ja, ten trąba.

Widelec i łyżka zapraszają do środka - aż się prosi o przypozowanie w roli noża! Oczywiście to zrobiłam, ale nie pokażę Wam zdjęcia, bo limit kompromitujących zdjęć na posta wyczerpałam w poprzednim akapicie.

Jeśli podczas spaceru przez tę okolicę złapałby Was głód, nie wpadajcie w panikę – trzy gwiazdki Michelin nie są Waszą jedyną opcją. Nie pożałujecie dnia, w którym skręciliście w jedną z tamtejszych uliczek i dotarliście do małej knajpki serwującej… małżowy ramen. To bardzo rzadko spotykane oblicze tej zupy. Jako źródło umami małże wykorzystuje się czasem przy gotowaniu wywaru, zasadniczo nie grają jednak pierwszych skrzypiec. W Mugitooribu lądują dodatkowo w misce, zaraz obok makaronu, wieprzowiny i innych dodatków. Wybaczcie mi niedopatrzenie – nie mam niestety zdjęcia tego ramenu, uwierzcie jednak na słowo, że spróbowanie go to konieczność! Jego niezapomniany, złożony smak wisi na bardzo wysokiej pozycji w rankingu moich ramenowych doświadczeń.

Mugitooribu
東京都中央区銀座6-12-12
Tokyo, Chuo-ku, Ginza 6-12-12

Po drodze - podglądanie tradycyjnej ceremonii ślubnej w jednej ze świątyń.

Jeśli będziecie w tokijskim Korea Town, dobrym pomysłem jest zrobienie zapasów kimchi i maseczek do twarzy. Nienajlepszym zaś próbowanie słodyczy, które widzicie na zdjęciach. Ich struktura jest ciekawa, to paczuszki zwinięte z tysięcy cienkich niteczek. Problem w tym, że każda z nich obtoczona jest w surowej skrobi ziemniaczanej. Nie wiem jak uczucie bezsmakowej suchości po włożeniu ich do ust można uznać za przyjemne, ale jednego im nie odmówię - proces ręcznego przygotowania wygląda naprawdę imponująco!

Na kolejny punkt naszego spaceru w miarę możliwości wybierzcie jak najmniej pochmurny dzień.

Idziemy bowiem do Tokyo Metropolitan Government Building, a więc po prostu do urzędu miasta w dzielnicy Shinjuku. Jego siedziba do niedawna była najwyższym budynkiem w mieście. Na jednym z ostatnich pięter (w obu wieżach drapacza chmur!) znajdują się darmowe punkty widokowe, które warto odwiedzić jeśli ma się wątpliwości względem bezkresności stolicy Japonii. Ja na żywo widziałam tam więcej niż wydaje się na zdjęciach, ale mgła wciąż trochę mi przeszkadzała. Przy dobrej pogodzie widać tam ponoć nawet górę Fuji.

Obserwatoria oblegane są przez turystów, ale mało kto zna tajną kafeterię mieszczącą się kilka poziomów niżej (w wieży północnej). Na 32. piętrze znajduje się restauracja-stołówka, z której korzystają głównie pracownicy urzędu. Otwarta jest jednak dla każdego. Można tam zjeść pyszny posiłek z widokiem, w cenie trzykrotnie niższej niż te same specjały w barze na górze!

Tokyo Metropolitan Government Building
2 Chome-8-1 Nishishinjuku,
Shinjuku, Tokyo 163-8001

Na deser nie ma lepszego miejsca niż Harajuku. To dzielnica kolorów, fantazji i szaleństwa. Przede wszystkim modowego, ale na każdym kroku można zaopatrzyć się w dopełniające wizerunek wielobarwne naleśniki, zakręcone lody i tęczowe żelki. 

Estetyka to nie moja, ale ciekawe doświadczenie! Na szczęście radar dobrego jedzenia nie zawiódł mnie nawet omamiony tym tęczowym światem. W środku głośnego Harajuku odnalazłam skarb!

Zaku Zaku przy Takeshita-dori to królestwo migdałowego krokanta. Można zamówić go na eklerach wypełnionych prawdziwym domowym budyniem (chciałoby się je jeść bez końca – limit dwunastu sztuk na osobę mówi sam za siebie!) lub obtoczyć w nim rożek z kręconymi lodami. Całym sercem polecam Wam obie opcje, ale jeśli musicie wybierać, pójdźcie w lody. Ich smak śni mi się do dzisiaj! Zrobione były z samych naturalnych składników (z magicznym mlekiem z prefektury Hokkaido na czele) gęste, puszyste i prawdziwie śmietankowe. Obłęd!

W dalszej części Harajuku jest spokojniej. Wystarczy zagłębić się w mniejsze uliczki, by wylądować "na zapleczu" Omotesando, znaleźć trochę ciszy i hipsterskich (w pozytywnym tego słowa znaczeniu) miejsc, księgarnię Marca Jacobsa, studia kulinarne i wegańskie kawiarnie.

Na odpoczynek po intensywnym dniu warto wybrać się na Odaibę, nowoczesną wyspę na zatoce tokijskiej. Najlepiej urządzić tam sobie piknik i niespiesznie podziwiać zachodzące słońce na tle Rainbow Bridge. 

Mimo, że bardziej tęczowy niż sam most jest rząd łódek, które co wieczór do niego podpływają, widoki są miłe, a na brzegu panuje biesiadna nadmorska atmosfera.

Zauważyliście już pewnie, że najchętniej opowiadam Wam o Japonii klasycznej, o ludziach, jedzeniu, tradycjach i widokach. Nie mogę jednak udawać, że nie istnieje ta strona Japonii, o której najczęściej czyta się w internecie. Jeśli chcecie poznać szalone oblicze japońskiego narodu, świat perfum o zapachu cheeseburgera, ludzi z botoksowymi donutami na czołach, chodzące postaci z anime i maszyny sprzedające dziwaczne akcesoria erotyczne, wybierzcie się po zmroku do Akihabary. 

Inaczej zwana Elektrycznym Miastem, Akihabara jest wesołą, nadpobudliwą dzielnicą neonów, hazardu (pachinko), szemranego handlu i cosplay'u. Królują tam zafascynowani popkulturą otaku (fani mangi i gier komputerowych). Ci, którzy zdążą przed nocą przebierają się za swoich idoli ze świata anime, ale większość przyjeżdża tu prosto zza biurka, w białych koszulach i z aktówkami pod pachą.

Warto zobaczyć ten świat na własne oczy. To, co się tam dzieje jest szaleństwem w czystej postaci. Akihabara sprawia wrażenie miejsca, w którym Japończycy dają upust wszystkim swoim żądzom i frustracjom, aby w ciągu dnia prezentować wyłącznie dobre maniery i spokój ducha. Odreagowywać można tu na tysiąc sposobów, od gry na hałaśliwych automatach po relaks w jednej z kocich kawiarni.

Nie zatracajmy się w tym jednak na zbyt długo - a już na pewno nie na tym blogu! To już koniec tej długiej wyprawy po stolicy, w nagrodę za wytrwałość mam dla Was obiecany przepis. 

Wędrowanie po Japonii jest niepełne bez rożka z sofuto kurimu (‘soft cream’) w ręce! Ja szczególnie ukochałam sobie lody o smaku czarnego sezamu. Próbowałam bardzo różnych, od dziwacznych lodów z wieloryba na targu Tsukiji, po inne wymyślne smaki jak matcha, kinako (prażona soja), czerwona fasola, tofu, sakura (kwiat wiśni) czy makaron soba (!). W chwilach słabości (lub tęsknoty za domem) zdarzało mi się ulec zwykłym lodom czekoladowym, ale do żadnych nie wracałam tak chętnie jak do sezamowych. W pewnej chwili wydawało mi się, że zjadłam tam swój życiowy przydział, ale już kilka dni przed wyjazdem zaczęłam za nimi tęsknić, zrobiłam więc w Kioto zapas czarnego sezamu, a w domu przetestowałam trzy przepisy. Dzięki temu dziś przed Wami najprawdziwsze japońskie lody kuro-goma, smacznego!

IMG_1410.jpg

Lody z czarnego sezamu

ok. 2 litrów lodów
na podstawie tego przepisu

  • 100 g czarnego sezamu
  • 400 ml (200 ml + 200 ml) kremówki
  • 200 ml mleka
  • 3 żółtka (najlepiej zerówkowe)
  • 80 g cukru trzcinowego
  • 1 kopiasta łyżka miodu
  • szczypta soli
  • 1 łyżka ekstraktu waniliowego

Sezam wysypujemy na rozgrzaną suchą patelnię i prażymy na niedużym ogniu przez około 5 minut, często mieszając (nie może się przypalić, bo lody wyjdą gorzkie!). Kiedy zacznie uwalniać delikatny orzechowy zapach, zdejmujemy patelnię z ognia i odstawiamy do całkowitego wystudzenia. Następnie porcjami mielimy sezam w blenderze lub młynku do przypraw/kawy na jednolitą pastę (czarną, de facto, tahinę). Ja ostatnią porcję zamiast na gładko, zmieliłam na piasek – nadało to lodom świetną teksturę, którą tak czy inaczej podkreślałam dodatkowo posypując porcje całymi ziarnami sezamu. Jeśli wolicie lody, w których nic nie chrupie, śmiało zmiksujcie cały sezam jednakowo.

W garnku podgrzewamy mleko z 200 ml śmietanki. Kiedy będzie gorące, ściągamy z ognia. W międzyczasie mikserem ubijamy puszysty kogel mogel z żółtem i cukru. Dodajemy miód, pastę z czarnego sezamu i szczyptę soli. Całość wstawiamy na mały ogień, po chwili dolewając powoli ciepłą mieszankę mleka i śmietanki. Nieustannie mieszając podgrzewamy, aż wszystko się zagęści (będzie dość grubą warstwą pokrywać łyżkę). Nie doprowadzamy do zagotowania, bo zetną się żółtka!

Gęstą miksturę zdejmujemy z ognia, dodajemy ekstrakt waniliowy, mieszamy i odstawiamy do całkowitego przestudzenia. Na koniec ubijamy na sztywno pozostałe 200 ml śmietanki i delikatnymi ruchami mieszamy ją z resztą. Całą miksturę chowamy do lodówki na kilka godzin (minimum 5, najlepiej całą noc). Następnie przekładamy do maszyny do lodów i kręcimy według jej instrukcji. Jemy od razu, lub domrażamy jeszcze po ukręceniu, ale zawsze przed podaniem pozwalamy lodom zmięknąć – zbyt twarde nie uwalniają nawet w połowie potencjału swojego smaku! Oryginalnie to w końcu sofuto-kurimu (ソフトクリーム– ‘soft cream’)!  Smacznego :)

継続します (C.D.N.)