Zielono mi

Co roku na etapie wiosennego przesilenia mój żywot staje się straszliwie monochromatyczny. Ja bynajmniej nie o tym, że od jakichś dwóch tygodni wszystko za oknem jest szare (okazuje się, że narzekanie nijak tego nie zmienia)! Choć z upartą zimą nie jest łatwo – kończą mi się zapasy kakao, noszę na zmianę wszystkie swoje bure swetry, i mogłabym przysiąc, że nawet Luizjana jakoś ostatnio pociemniała – to dzisiaj, po tym przemyconym pomruku niezadowolenia, skupię się na tym, jak co roku na etapie wiosennego przesilenia łapię się na jedzeniu wyłącznie zielonych rzeczy.

Regularnie zdarza mi się popaść w skrajność. W tym roku jeszcze tego nie robiłam, ale czeka mnie tydzień detoksu sokowego, podczas którego w moim menu będą wyłącznie zielone koktajle. Póki co nie chcę wymagać od siebie za dużo. Wciąż potrzebuję comfort foodów, matchy z mlekiem, gęstego kremu z brokułów, zielonego curry, ziemniaków niewidocznych spod zielonego koperku, gorącego jarmużu, makaronu szpinakowego, słodkiego groszku i bazyliowego pesto. Jem normalnie i tak, jak czuję – wydaje się, że przemawia przeze mnie zapotrzebowanie na chlorofil. Może trochę udawane? Bo nawet lody pistacjowe, na których w niektóre dni opiera się ostatnio moja dieta, są w kolorze zielonym. Daję słowo, nie robię tego specjalnie; czuję jednak w kościach, że to nie przypadek. Strasznie chciałabym podśpiewywać już Osiecką (którą – to wiadomo), ale choć na niektórych gałązkach pojawiają się powoli nowe pączki, póki co ciągle jest mi zdecydowanie szaro. 

Żeby monochromatyzm nie kojarzył się z czernią i bielą, chętnie zarażę Was wszystkich moimi inklinacjami ku kolorowi natury. Zacznijmy od pełnoziarnistego szpinakowego makaronu z groszkiem i pesto, którego zjadłam 2,5 porcji za jednym zamachem. To propozycja obezwładniająca w swojej prostocie - jeśli będziecie chcieć więcej, z przyjemnością stworzę dożywotnie menu oparte wyłącznie na zieleni. Do czasu pojawienia się liści na drzewach i szczypiorków na straganach zawsze mamy przecież lody pistacjowe!

Zielony makaron z pesto i zielonym groszkiem

4 porcje

200 g tagliatelle ze szpinakiem*
200 g zielonego groszku
2 kopiaste łyżki pesto alla genovese**
skórka i sok z ½ cytryny
1 łyżka masła lub oliwy
2 ząbki czosnku
2/3 – 1 szklanka wody bulionu
parmezan lub grana padano do podania
świeżo mielony czarny pieprz
prażone pestki słonecznika lub orzeszki piniowe

Mimo lekkiej sprzeczności z tematem dzisiejszego wpisu, danie będzie równie udane w wariancie wielobarwnym. W smaku różnica między szpinakowym a zwykłym makaronem jest niewielka, możecie śmiało użyć rodzaju, który najbardziej lubicie.
** Możecie użyć domowego, również innego niż genueńskie (ciekawe jak smakowałoby tu szałwiowe!), ale pesto ze sklepu też sprawdzi się idealnie, jeśli jest dobrej jakości.

W woku – lub dużej, głębokiej patelni – rozgrzewamy masło (lub oliwę). Dodajemy posiekany czosnek i chwilę dusimy. Dorzucamy groszek (może być zamrożony) i na dużym ogniu smażymy przez kilka minut, często mieszając. Dodajemy skórkę z cytryny, sok i pesto, całość mieszamy i zalewamy bulionem. Dusimy około 15 minut, podczas mieszania rozcierając lekko ziarenka groszku. Kiedy prawie cały bulion odparuje, w osolonej wodzie gotujemy makaron. Gdy wciąż będzie twardawy, szczypcami lub łyżką cedzakową wyciągamy go i wrzucamy na patelnię z sosem. Dolewamy ok. ½ - 1 szklankę wody z gotowania. Na sporym ogniu podgrzewamy całość intensywnie mieszając, aby sos odparował i dokładnie pokrył makaron. Podajemy od razu, doprawiając porcje świeżo mielonym czarnym pieprzem, twardym serem startym na wiórki lub płatki i podprażonymi pestkami słonecznika lub orzeszkami piniowymi. Smacznego!