Japonia, cz. 8. Imabari, Ehime

Ostatnio było tu bardzo cicho. Egzaminy mam już za sobą, ale nie przestaje mnie zadziwiać ilość czasu, którą musiałam im ostatnio poświęcić. W spędzaniu tygodnia z nosem w jednej książce najcięższa była świadomość, że nie tak dawno temu – ale za to dosyć daleko – w ciągu półtora dnia odwiedziłam trzy wyspy (chyba wszystkie bezludne!), wspięłam się na dwa szczyty, zażyłam kąpieli w najstarszym japońskim onsenie (wkraczając tym samym na chwilę w świat Miyazakiego) i nauczyłam się przyrządzać prawdziwy bulion dashi – a na jego bazie, autorską zupę pana, który mi w tym wszystkim towarzyszył. Żeby oderwać się od rozmyślań o względności potencjału czasu, trochę Wam o tym poopowiadam!

Takafumi był najstarszym i zarazem najbardziej hiperaktywnym z moich japońskich gospodarzy. Był też zdecydowanie najciemniejszy – każdy przewędrowany w słońcu kilometr widoczny był w już nie złotej, a wręcz czekoladowej barwie jego skóry (tak niespotykanej w Japonii, gdzie blada cera wciąż jest uznawana za wizytówkę wyższych sfer). Nie wiem ile naprawdę miał lat, ale krzepy w nim było więcej niż w niejednym dwudziestolatku! Przyjechałam wieczorem, wykończona, a pobudkę udało mi się wytargować na 7:30 – Takafumi swoje eskapady zazwyczaj rozpoczynał przed świtem. Rano ugotowaliśmy jego popisowe yudofu, czyli tofu w bulionie dashi z grzybami enoki, białą kapustą i sezamem. To śniadanie miało być sekretem jego niekończącej się energii - nie mogłam więc wyjechać bez przepisu.

Odwiedziłam go, żeby zobaczyć Ehime, prefekturę na południowej wyspie Shikoku. To region słynący z najlepszych cytrusów – szczególnie mikanów, „japońskich mandarynek”, które mnie najbardziej urzekły w kwaśnej, zielonej postaci. Takafumi jest lokalnym ekspertem – urodził się tu i mieszkał całe życie. Z jego rodzinnego miasta, Imabari, startuje niesamowita trasa rowerowa Shimanami Kaido – wiodąca przez sześć wysepek aż do głównej japońskiej wyspy, Honshu. Tylko na to spójrzcie! Następnym razem nie daruję sobie, jeśli jej nie pokonam.

Na wyspie Shikoku znajduje się też popularna wśród wędrowców trasa pielgrzymki 88 świątyń (Takafumi zna ją oczywiście na pamięć!). Wszędzie wzdłuż dróg Na całej wyspie porozmieszczane są przystanki dla pielgrzymów, w których ci mogą przysiąść, schronić się i posilić. Czasami czekają tam na nich niespodzianki – takie jak te wytwarzane przez lokalną społeczność amulety na dobrą podróż. Na pierwszym zdjęciu widać wnętrze tej budki – z boku wiszą nawet ręcznie szyte woreczki, w które każdy wędrowiec może zapakować swoją figurkę. Takafumi dał mi żabę – po japońsku to kaeru (蛙), co znaczy jednocześnie „wracać”. Żaba zapewniła mi więc bezpieczną drogę do Polski, choć ja wolę myśleć, że dzięki jej mocy prędzej wrócę na Shikoku.

Rano, po doładowaniu specjalnym śniadaniem, którego przyrządzanie było niemałą atrakcją (jak widać na zdjęciu, gotowaliśmy dashi na stole, przy pomocy przenośnego palnika – są w Japonii bardzo popularne, to w końcu ojczyzna shabu shabu), wyruszyliśmy w góry. Wspięliśmy się na dwa szczyty, a z tras (czy raczej ich braku) można było wywnioskować, że są kompletnie nieuczęszczane. Zupełnie nie wiem dlaczego, może lokalni przyzwyczaili się już do urody swojego regionu; z zarośniętych pajęczyną wież widokowych zobaczyłam tam chyba jedne z najpiękniejszych kadrów w całym swoim życiu. 

Żeby trochę odprężyć się po tym treningu, pojechaliśmy do Matsuyamy, stolicy prefektury. Jak kochać to księcia, wiadomo – w poszukiwaniu relaksu udaliśmy się do Dōgo Onsenu. Znacie Spirited Away: W krainie bogów Hayao Miyazakiego? Jeśli tak, jest szansa, że rozpoznacie to miejsce. Onseny to publiczne łaźnie z wodą z gorących źródeł. Ten, nie dość że jest najstarszym takim miejscem w całej Japonii, to jeszcze odwzorowany został we wspomnianym filmie produkcji Studia Ghibli. Żałuję, że nie mogę pokazać Wam go od środka, łaźnie są przepiękne, szczególnie ceramiczne kafle na ścianach.

Zdjęcie Yushinden, prywatnej sali rodziny cesarskiej w onsenie.

Chill w yukatach po kąpieli, przy zielonej herbacie i sembe - chrupiących ciasteczkach.

Mnóstwo ciekawego jedzenia jest też w pasażu przed onsenem. Ktoś kiedyś powiedział mi, że w każdym japońskim mieście jest przynajmniej jedna kryta ulica w tym stylu - w mojej podróży się to potwierdziło.

Najbardziej zachwycił mnie sklep całkowicie skupiony na dumie tego regionu, mikanach. 10 - "TEN", czyli fabryka mikanowych specjałów, od soków i przecierów, przez syropy, suszone owoce i konfitury, aż po lody, galaretki, a nawet aromatyzowaną mikanem kawę. Wszystko tworzone stuprocentowo przy użyciu owoców z prefektury Ehime, a na dodatek ubrane w przepiękną oprawę graficzną

Suszone mikany to był kosmos!

Zajrzeliśmy też na degustację do sklepu z "fasolkami wszystkich smaków" - w edycji japońskiej są to chrupiące prażone strączki (soja, ciecierzyca, czarna fasola i inne) w różnych przyprawach, polewach i skorupkach. 

Wśród innych sklepów w pasażu były m.in. małe manufaktury lokalnej ceramiki, ale też sklepy z pałeczkami, tekstyliami i turystycznymi suwenirami.

Potem uznaliśmy, że mamy dosyć stąpania po ziemi i z lądu uciekliśmy na rejs po okolicznych wodach. 

Opłynęliśmy łodzią całą okolicę, podziwiając skały i małe wyspy. Większość była bezludna, a na największej, podobnie jak w Narze, żyły stada danieli. To była wyspa Kashima, park narodowy, z wieloma trasami do wędrówek i plażami do grillowania (siebie na słońcu, obiadu na ruszcie)! Jest tam nawet ryokan, tradycyjny japoński hotel, a więc na pustkowiu można zatrzymać się na noc.

Zawsze jestem tą z tyłu, bo zatrzymuję się bez przerwy na zdjęcia. Ale za Takafumim nie nadążałam wyjątkowo!

Ale wróćmy już do jedzenia! Mam dla Was przepis na autorskie yudofu od tego osobliwego starszego Japończyka. To naprawdę prosta potrawa, a punktem wyjścia jest tu bulion dashi. Aby dopilnować, że będzie bazą tak dobrą, jak to tylko możliwe, najlepiej jeśli zrobimy go sami! Jeśli nie gotujecie za często po japońsku, egzotyczne składniki mogą Was odstraszyć, nie dajcie się! Wystarczą szybkie zakupy w Kuchniach Świata lub jednym z azjatyckich sklepów internetowych - zapasy wystarczą na długo, to bardzo wydajne produkty.

Katsuobushi to suszony i wędzony tuńczyk utarty na płatki cieńsze niż papier. Razem z wodorostami kombu stanowi duet niezbędny do przygotowania bulionu dashi.

IMG_0617 copy.jpg

Ichiban dashi *

litr bulionu japońskiego

1 L wody źródlanej
5 x 10 cm kawałek kombu
2 garści płatków katsuobushi

* Z jednej porcji kombu i katsuobushi przygotowuje się dwa wywary. Ichiban dashi to "pierwszy" dashi, czyli ten, na który przepis znajduje się powyżej. Niban dashi otrzymamy powtarzając czynność po raz drugi - możemy wykorzystywać go w daniach, gdzie jest bazą, ale nie gra pierwszych skrzypiec. Ma mniej intensywny smak.

Wodę w temperaturze pokojowej wlewamy do garnka i wkładamy do niej wodorosty kombu. Zostawiamy na 20 minut. Po tym czasie umieszczamy na małym ogniu i powoli podgrzewamy. Kiedy woda zacznie delikatnie bąbelkować, wyciągamy kombu i doprowadzamy do wrzenia. Jeśli na powierzchni pojawią się jakieś szumy, zbieramy je. Po zagotowaniu zestawiamy garnek z ognia i studzimy do temperatury ok. 80 stopni (jeśli nie mamy termometru, zostawiamy po prostu na 7-10 minut, a jeśli goni nas czas, to dolewamy kilka łyżek zimnej wody i gotowe).

Następnie do wywaru wrzucamy dwie garści płatków katsuobushi. Nie mieszamy, możemy przycisnąć delikatnie pałeczkami, aby wszystko równo się zanurzyło. Odstawiamy na 5 minut, a następnie odcedzamy. Zrobione!

Yudofu
czyli tofu na gorąco w bulionie dashi

2 porcje

350 g silken tofu*
500-700 ml bulionu dashi
2 arkusze wodorostów nori
2 łyżki ciemnego sosu sojowego
1/2 łyżki oleju z prażonych nasion sezamu
sezam do posypania
opcjonalnie: warzywa (brokuły, kapusta, dynia...), noodle (soba, udon...), co nam przyjdzie do głowy

* Najlepiej sprawdzi się "firm" silken tofu, np. TO, dostępne w Polsce. "Soft" silken tofu będzie się rozpadać. 

Bulion zagotowujemy z sosem sojowym i olejem sezamowym. Ostrożnie wrzucamy pokrojoną na dwie części kostkę tofu. Podgrzewamy przez kilka minut, w międzyczasie przygotowując dodatki. Sezam prażymy na suchej patelni, a arkusze nori najpierw lekko prażymy nad włączonym palnikiem (tak jak na tym filmie, a jeśli nie mamy palników, możemy zrobić to po prostu na patelni). Tofu przekładamy do dwóch misek, zalewamy bulionem i posypujemy dodatkami. Smacznego!

継続します (C.D.N.)