Ça ne m'ennuie pas

Wpisów o matchy było już sporo. Ten obszerny, w którym opowiadałam czym właściwie jest matcha i jak dużo jest jej w obecnej japońskiej rzeczywistości. Dowiedzieliście się z niego jak parzyć najbardziej tradycyjną (i moim zdaniem najlepszą!) formę matchy do picia. Kiedy indziej piekliśmy sernik, który był absolutnym przebojem - to chyba przepis, który zebrał najwięcej komplementów w całej mojej karierze. Piekę go bardzo często i Wam też polecam, jeśli jeszcze nie próbowaliście. Był też przepis na rozpływające się w ustach praliny z matchą, a także na lody (i to wegańskie, na kokosowym mleku), podane w towarzystwie zdjęć i historii z zielonego lasu bambusowego w Arashiyamie pod Kioto.

Można by pomyśleć, że matchy powinnam już mieć po uszy. Dużo jej na blogu, jeszcze więcej w mojej kuchni na co dzień. Ale krzyczę prędko, ani trochę mi się nie nudzi, ça ne m’ennuie pas du tout! Poznaję nowe oblicza zielonej herbaty, znajduję nietypowe zastosowania, we własnej głowie odkrywam kolejne pomysły na jej wykorzystanie. Lubimy się, i będziemy się lubić coraz bardziej - dopóty, dopóki zdenerwowani WY nie porzucicie mojego bloga za monotematyczną obsesyjność. A na poważnie, mam nadzieję, że jest wśród Was wielu fanów matchy, których nadciągające przepisy będą cieszyć. A może ktoś z Was jeszcze jej nie próbował i uda mi się go zachęcić?

Tymczasem dla tych z Was, którzy chcieliby zostać zapoznani też z innymi japońskimi składnikami, niedługo będę mieć bardzo, bardzo dobrą wiadomość.

Na razie jednak dalej gramy w zielone. Mam dla Was dziś domowe tabliczki czekolady z matchą i dodatkami. Robię takie często, od czasu do czasu pojawiają się więc na moim instagramie, a tam zawsze słychać zachwyty i pytania o przepis. Dziś przekonacie się, jak łatwo zrobić je samemu. Będą świetne jako jadalne prezenty świąteczne, można dorzucić do nich dokładnie to, co najbardziej lubi ukochana osoba. 

Jeśli podoba Wam się robienie domowych tabliczek czekolady, zajrzyjcie do posta o temperowaniu czekolady - po nim zostaniecie prawdziwymi specjalistami. W dzisiejszym przepisie temperowania nie uwzględniałam - nie będzie niezbędne, szczególnie, że czekolada zniknie pewnie w ekspresowym tempie.

Tej tabliczce trafiło się wygodne miejsce w japońskim worku Akiko z kolekcji Faces autorstwa Natalii Siebuły, Anny Ławskiej i Pauliny Dereckiej. 

Domowa tabliczka czekolady matcha

1 duża tabliczka

  • 200 g białej czekolady*
  • 1-2 płaskie łyżeczki matchy (lub więcej, jeśli lubicie jej wyraźny smak; używam "codziennej", stąd)
  • 50-100 g solonych pistacji (waga po wyłuskaniu)
  • lub inne wybrane dodatki

* Jak najlepszej - dobra jakość i smak czekolady mają kluczowe znaczenie dla tego przepisu. Wybierając czekoladę upewniamy się, że w składzie ma tłuszcz kakaowy, a nie roślinne zamienniki.

Przygotowujemy foremkę, w której czekolada będzie zastygać - coś trochę większego niż standardowa tabliczka. Ja najczęściej używam keksówki lub plastikowego pudełka. Wykładamy formę papierem do pieczenia.

W kąpieli wodnej rozpuszczamy czekoladę. Kiedy będzie płynna, zdejmujemy z garnka, studzimy minutę, a następnie mieszając trzepaczką, przesiewamy do niej matchę - ilość zależna od preferencji - ja lubię intensywny smak, ale oswajałam się z nim stopniowo. Zależy też od gorzkości matchy, niektóre są znacznie delikatniejsze niż inne. Warto dodać na początku mniej, potem spróbować i ewentualnie domieszać więcej, jeśli smak będzie zbyt subtelny.

Kiedy masa będzie jednolita, przelewamy czekoladę do przygotowanej foremki. Równiomiernie obsypujemy jej powierzchnię posiekanymi pistacjami (znów - ilość zależna od własnych upodobań). Częściowo mieszamy je z czekoladą, aby dokładnie się zatopiły. Na zdjęciach widzicie też drugą wersję czekolady, z suszoną żurawiną, pestkami dyni i pyłkiem kwiatowym. Robiłam też wersję z jagodami goji, z podprażonymi płatkami migdałów i solą Maldon i z chipsami z kokosa. Dodajcie co tylko Wam w duszy gra! Możecie też nie dodawać nic, czekolada z matchą sama w sobie jest pyszna.

Udekorowaną czekoladę odstawiamy do zastygnięcia na min. 4-5 godzin, ale nie do lodówki (za duża różnica temperatur może sprawić, że na czekoladzie zrobi się nalot, albo wręcz się zwarzy). Gotowe, smacznego!