Japonia, cz. 1. Nara

Pierwszy raport z Japonii? Wypiłam życiowy przydział zielonej herbaty, nabrałam ogromnej wiary w bezinteresowne ludzkie dobro, a pewnego wieczora poszłam na sake tylko po to, by przeczekać noc w mieście i przed czwartą rano pobiec na licytację tuńczyków na najfajniejszym rybnym targu świata. Wrażeń jest mnóstwo i choć minął już niemal dokładnie miesiąc, dopiero teraz udało mi się przysiąść i porządnie się odezwać. 

Przed wyjazdem długo planowałam jak będzie wyglądała moja aktywność na Coutellerie. Na początku chciałam pisać chronologicznie (a więc na bieżąco...), później wymyśliłam projekt, w którym przedstawiam każdego poznanego człowieka wraz z przepisem na to, co razem ugotowaliśmy. W międzyczasie okazało się jednak, że wiele osób nauczyło mnie więcej niż zmieści się w jednym wpisie, inni nie ugotowali nic, ale za to zabrali na najlepsze posiłki gdzieś w swoim sąsiedztwie (bliższym lub dalszym - na kolację z dzisiejszego posta pojechaliśmy do odległej o 30 km miejscowości, ale było warto!). Nie wiem czy znajdę jakiś schemat dla wszystkich tych opowieści, ale wiem jedno - będzie ich całe mnóstwo.

Wstęp do japońskich opowieści inauguruję kolacją, na którą miałam szczęście trafić lekko ponad tydzień po przyjeździe. Moja podróż była w miarę konkretnie zaplanowana, ale chwilę po przyjeździe poprzewracało mi się w głowie i postanowiłam zrobić co w mojej mocy, by zobaczyć i doświadczyć trochę więcej. Bardzo spontanicznie ruszyłam w drogę i mogę bez wątpienia powiedzieć, że była to jedna z najlepszych decyzji jakie podjęłam w swoim życiu.

Ilekroć zaczynam rozmyślać o tym jak wyglądał miniony miesiąc, mimowolnie cieszę się sama do siebie i z ekscytacją wiercę na krześle wiedząc, że jeszcze trochę przede mną. Poznałam wielu niesamowitych ludzi, doświadczyłam ich gościnności, dobroci i otwartości, usłyszałam setki ciekawych historii i tysiące przydatnych rad. Zobaczyłam miejsca, które nieraz dosłownie odebrały mi mowę, sprawiając, że gdyby nie ograniczenia wizowe, zostałabym w Japonii do końca moich dni. Nie wiem na ile interesuje Was techniczno-podróżniczy aspekt mojej wyprawy, skupię się więc raczej na opowieściach o jedzeniu; ale o wszystko śmiało pytajcie - nawijać mogę naprawdę w nieskończoność.

Do Nary trafiłam dzięki Yoshiemu, japończykowi z Osaki, który prawdopodobnie był swego rodzaju sekretnym aniołem, superbohaterem czy innym dobrym duszkiem. Ciężko mi było uwierzyć w jego bezinteresowność, ale po jakimś czasie nauczyłam się przetwarzać dobrą energię, którą wysyłał w świat i sama stałam się trochę bardziej wspaniała, haha. Te kilka dni, które razem spędziliśmy wypełnione było śmiechem, genialnym jedzeniem i ciągłym przyswajaniem kolejnych japońskich zwyczajów i faktów. O Yoshim więcej opowiem Wam w przyszłości - teraz czas na kolację, na którą zabrał nas do restauracji swojego przyjaciela, Okiny, w Narze. 

Nara większości osób kojarzy się z dwiema rzeczami - z jelonkami i ze świątyniami. Odwiedzając miasto trzeba obowiązkowo nakarmić stado zwierząt przynajmniej jednym opakowaniem jelonkowych wafli, a zaraz później udać się do świątyni Tōdai-ji i przeczołgać przez dziurę w słupie po prawicy piętnastometrowego Buddy (zwana jest jego nozdrzem, i ma zapewnić szczęście w przyszłym życiu). Mnie dodatkowo Nara na zawsze kojarzyć się będzie ze łzami szczęścia, które miałam w oczach, kiedy jadłam kolejne specjały szefa kuchni tamtego wieczora. Ten posiłek był idealnym wstępem do japońskiej przygody kulinarnej - a wspomnienie tego jak był niebiański jest jedynym wytłumaczeniem jak to możliwe, że wszyscy zmieściliśmy w brzuchach prawie piętnaście różnych dań.

Zobaczcie sami.

Oto Okina - sprawca całego zamieszania. Dziś będę prezentować Wam jego dzieła, ale to nie ostatnie spotkanie - za kilka dni znów się z nim zobaczę, i tym razem sama chwycę za nóż i pałeczki!

Yoshi bywa tutaj często, dlatego wiedział czego się spodziewać, ale ja i towarzysząca nam Caroline z Francji nie przeczywałyśmy jeszcze jak wiekopomne będzie to doświadczenie. Zaczęliśmy od herbaty oolong i pogawędek, ale chef szybko zmył się do kuchni i po chwili się zaczęło.

クラゲの梅肉和え (chutney ze śliwek umeboshi)
玉蜀黍の焼き浸し (marynowana grillowana kukurydza)
バイ貝 (ślimak)
枝豆 (edamame)
サツマイモの甘煮 (karmelizowany słodki ziemniak)
鰯柔らか煮 (sardynka na parze)
アナゴの八幡巻 (zawijas z węgorza z łopianem)

お刺身 (sashimi - tuńczyk, łosoś, seriola, krewetka)
鱧の小鍋 (bulion z hamo (rodzaj węgorza), tofu, grzybami shiitake, enoki i japońską pietruszką seri)

Zupa była szczególnie interesująca, gdyż na stół wjechała surowa - trudno się nie zgodzić, że gotowana własnoręcznie na prywatnym palniku smakuje sto razy lepiej!

鯛のあら焚き (pieczona głowa dorady w słodkim sosie). Widok tego dania początkowo zbił nas z tropu, ale okazało się obłędnie przepyszne. Poza tym, każdy szanujący się szef kuchni wie, że składniki należy szanować, wykorzystując absolutne maksimum tego, co w nich jadalne. Szczególnie tyczy się to tych, które aby mogły trafić na stół, muszą zostać zabite.

鱧チリ 梅肉 (hamo na lodzie z sosem z umeboshi)
かんぱちの味噌漬け (seriola pieczona w miso, marynowany młody pęd imbiru)

スダチ素麺 (somen (rodzaj cieniutkich pszennych nudli) w zimnym bulionie z jajkiem, bakłażanem, pomidorem i szczypiorem). To był mój pierwszy pomidor odkąd postawiłam stopę w Japonii, smakował jak marzenie (polskie!).

胡麻豆腐 (sezamowe tofu ze świeżymi jeżowcami i wasabi). To był moment, w którym chciałam się rozpłakać, tak strasznie mi smakowało. Jeżowce to odkrycie mojego życia.

けん烏賊のげそ塩焼き (macki ośmiornicy z limonką). Wielu japończyków nie przepada za tako, o jakoby gumowej teksturze - ja uwielbiam!

鱧の天ぷら (tempura z hamo, korzenia lotosu i papryki). Nie przepadam zazwyczaj za tempurą i innymi panierowanymi i smażonymi rzeczami, ale ta była przyrządzona po mistrzowsku i strasznie nie chciałam, żeby się kończyła.

蟹酢 (piklowany krab z sałatką z glonów wakame i ogórka). Niesamowity świeży smak!

シラス うにご飯 (ryż ze świeżymi baby sardynkami, jeżowcami i nori)
味噌汁 (zupa miso)
日本の漬物 (japońskie pikle z rzodkwii, ogórka, kapusty)
To było danie-niespodzianka - miało pojawić się coś innego, ale przy okazji sezamowego tofu z jeżowcami około tysiąca razy powtórzyłam kucharzowi, że to najlepsza rzecz jakiej próbowałam od dawna. Specjalnie dla mnie wcisnął więc jeżowce do menu jeszcze raz, a ja znów zamęczałam go okrzykami oishii!)

アイスクリーム, 桃のシャーベット, 茜とうふ, シャインマスカット (domowe lody waniliowe, sorbet z brzoskwinii z wielkimi kawałkami przepysznych owoców, galaretka i zmrożone winogrona)

お薄 (herbata matcha, spieniona). Idealne zwieńczenie posiłku.

Chef w swoim królestwie!

I przed wejściem do restauracji. Drzwi znajdują się na końcu widocznego po lewej stronie zaułka - nie ma szans, by przechodząca obok osoba nie znająca japońskiego w ogóle zauważyła, że warto tam zajrzeć. Nie wybierajcie się raczej do Japonii licząc na to, że na najlepsze jedzenie traficie przypadkiem, tutaj mistrzowie często gotują w ukryciu! Ale więcej na ten temat w kolejnych wpisach.

Przeszliśmy (tudzież przetoczyliśmy) się później po Narze po zmroku - oświetlonej tysiącem świeczek, pięknej i pachnącej. Byłam przepełniona szczęściem i najlepszym, dobrym jakościowo, świetnie przyrządzonym i naprawdę zdrowym jedzeniem. Jeszcze tego nie wiedziałam, ale uczucie to miało towarzyszyć mi później w niemal wszystich odwiedzanych miejscach w Japonii.

継続します (C.D.N.)