Przywilej starowinki

Jako mały berbeć z niepokojem odkryłam, że nie da się dobrowolnie wyłączyć myślenia. Że samo w sobie postanowienie o wyrzuceniu czegoś z głowy uczyni to jedynym tematem chwilowo interesującym dla mojego umysłu. Że na własne życzenie nigdy nie od-zapomnę ani tabliczki mnożenia, ani żadnej niechcianej przeze mnie w głowie informacji, twarzy czy przekonania.  Na moment wykształciła się u mnie wówczas tendencja do bezcelowego zamartwiania się tym stanem rzeczy, szybko jednak znalazłam i antidotum. Balans. Próby równoważenia nieszczęścia, którego przysparzało mi moje odkrycie trwały dosłownie chwilę, rozwiązanie okazało się bowiem dziecinnie proste. Jeśli myślenie o czymś wpływa źle na samopoczucie, trzeba zadbać o dostatek rzeczy, która wyrówna balans działając na nie dobrze. Metoda sprawdza się niezależnie od okoliczności i, co ważniejsze, również i od rangi spraw na każdej szali. Nawet jeśli jedną z nich są egzystencjonalne dylematy, a drugą – czekolada.

Nic nie poradzę na to, że tydzień czy dwa przed urodzinami co roku z przerażeniem przypominam sobie o fakcie bezlitosnego upływu czasu. Jestem zdecydowanie za młoda na zamartwianie się wiekiem, nie wystaję też raczej dużo ponad normę w temacie niespełnionych ambicji i postanowień. I choć nawet sam dzień urodzin za każdym razem spędzam miło i wspaniale, nie wiedzieć czemu z początku towarzyszy mi lekka melancholia i niechęć na myśl o kolejnym roku na karku.

Być może kiedyś faktycznie się zamartwiająca, dziś, mam wrażenie, wykorzystuję stary schemat by z automatu rozpoczynać swój dzień od czekolady. To ona jest bowiem moim remedium na smutki starzenia. Poprzednio też od niej zaczynałam! Musiałam być jednak ciut mniej załamana, bo było nawet zdrowo. Dziś nie ma o tym mowy. Na śniadanie wyszukuję w półmisku z blondies te kwadraty, w których ukryło się najwięcej czekolady. Bez dwóch zdań podobnie jak ostatnio zapewni mi to dzień pełen dobrej energii i miłych wrażeń. Ale do śniadania jeszcze trochę ponarzekam - na zmarszczki, PITy i inne trudy dorosłości. Tak dla urodzinowej zasady.. i dodatkowego kawałka.

Blondies na brązowym maśle
z czekoladą i orzechami laskowymi

~ 10 kwadratów / blaszka 15x15 cm

150 g drobno mielonej mąki pełnoziarnistej
130 g nierafinowanego cukru trzcinowego
110 g masła
1 jajko + 1 żółtko
1/2 łyżeczki dobrej soli morskiej
płaska łyżka ekstraktu waniliowego
1/3 łyżeczki sody oczyszczonej
1/3 łyżeczki proszku do pieczenia
1 tabliczka (200 g) czekolady deserowej z orzechami laskowymi*

* Lub innej ulubionej, ale element chrupiący wysoce wskazany!

W garnuszku z grubszym dnem rozpuszczamy masło. Płynne wciąż podgrzewamy na niewielkim ogniu, aż zacznie orzechowo pachnieć i się pienić. Nie spuszczamy go z oka i mieszając co kilka chwil garnkiem, pozwalamy mu zbrązowieć. Łatwo przesadzić, więc bądźcie uważni. Ma mieć rudą barwę i pachnieć jak niebo. Odstawiamy do przestudzenia. Następnie mieszamy z cukrem i wanilią.

Piekarnik rozgrzewamy do 180 stopni. Do dużej miski przesiewamy mąkę (pozbywając się wszystkiego, co zostanie na sicie). Dodajemy sól, sodę i proszek. Dorzucamy też posiekaną czekoladę. Następnie wbijamy jedno jajko, drugie samo żółtko, a także mieszankę masła i cukru. Zagniatamy szybko ciasto (jest lepkie, wystarczy kilka ruchów łyżką) i przekładamy je do wyłożonej papierem (lub wysmarowanej masłem i wysypanej mąką lub bułką) formy. Pieczemy 20-30 minut – aż ciasto podrośnie i się zrumieni, ale w środku pozostanie mokre, wręcz płynne. Do studzenia wybieramy jak najchłodniejsze miejsce – balkon, lodówkę, idealnie zamrażarkę – które prędko zatrzyma proces pieczenia i pozwoli osiągnąć idealny efekt chrupiącej skórki i miękkiego, ciągnącego wnętrza.

Blondies są pyszne jedzone na ciepło, z gorącymi, płynnymi kawałkami czekolady (dodajcie na talerzu gałkę lodów śmietankowych – poezja), ale ja osobiście wolę je na drugi dzień – porządnie ostudzone i bardziej zwarte. W zamkniętym pojemniku (najlepiej w lodówce) wytrzymają co najmniej 2, 3 dni - hipotetycznie. Smacznego!