Chef odnaleziony (i konkurs dla czekoladolubnych)

To niezręczna cisza czy raczej milczenie pełne grozy? Ostatni wpis pojawił się tutaj równe dwa tygodnie temu! Sam wynik nie byłby aż tak zatrważający, gdyby nie fakt, że kulinarnie w międzyczasie nie działo się u mnie prawie nic. Gotując w domu, robiłam niemal wyłącznie pieczone bataty – naprawdę je lubię, nie chodzi tylko o prędkość przygotowania (choć przyznam, że na pewnym etapie przestałam je nawet obierać, dodatkowe trzy minuty przy blacie stały się wyzwaniem). Ale to nie wypalenie, a pewien paradoks związany z wiosną. Na dłuższą metę dodaje ona weny i inspiruje, ale te pierwsze prawdziwe dni są tak wytęsknione, że chce się nimi cieszyć bez zbędnego kombinowania. Przecież polskie rzodkiewki tak dobrze smakują na kromce chleba z masłem i solą, że na szukanie im lepszego towarzystwa nie ma sensu tracić czasu. Lepiej ładować akumulatory na słońcu! Żeby, jak przyjdzie co do czego, nie wyskoczyć z kuchennym lenistwem w obliczu szparagów, truskawek i pierwszych pomidorów.

Korzystam więc z wiosny w najprostszy możliwy sposób, jedząc to co świeże, surowe, szybkie. Nie jestem pewna kiedy ostatnio powstał jakiś większy konkret w mojej kuchni. W domu pewnie w ogóle bym do niej nie wchodziła, gdyby nie to, że otwierają się na nią drzwi mojego mieszkania. No i gdyby nie spadło mi z nieba remedium w postaci czekolad Lindt – motywujących nie tylko do bezustannych wycieczek do kuchennej szuflady, ale i do przedsięwzięcia wreszcie bardziej złożonej działalności. No bo owszem, kuszą wiosenne pikniki, ale czy czekoladowe ciastka nie są najlepszym, co może im towarzyszyć?

Po sobie samej widzę doskonale, że to prawda – czekolada jest dobra na wszystko. No, może nie zgodziłaby się z tym moja talia, która przed wakacjami miała być połową obecnej siebie. Cała reszta jednak jest czekoladzie Lindt wdzięczna za odnalezienie mojego wewnętrznego chefa, który gdzieś ostatnio zagubił się lub przysnął. Z czekolady z dodatkiem soli morskiej Lindt Excellence zrobiłam ciastka, przepysznie czekoladowe, przełamane kawałkami karmelu. Czułam się w obowiązku wykorzystać jej potencjał – mimo, że sama w sobie zaspokoiłaby z górką wszystkie ówczesne potrzeby mojego brzucha, to jednak jej prestiż zadziałał mobilizująco i przywrócił mi na chwilę kuchenną biegłość. Ciastka wyszły najlepsze na świecie, poważnie! W sumie piekłam je trzy razy i mam ochotę kolejny, a i batatów przestaję już szukać w warzywniaku – żeby zardzewiała kreatywność musiała się ruszyć przy okazji następnego obiadu. Biegłość chyba na razie została! Na samą czekoladę mam kilka innych pomysłów, na szczęście zapasy od Lindt są pokaźne. Jeśli też chcielibyście trochę ich zdobyć, na końcu wpisu czeka konkurs! A teraz do przepisu...

Ciastka czekoladowe
z solą morską i karmelem

~ 2 blachy ciastek

120 g nierafinowanego cukru trzcinowego, drobno mielonego
120 g miękkiego masła
1 żółtko
1/2 łyżeczki ekstraktu waniliowego
120 g drobno mielonej pszennej mąki pełnoziarnistej (może być też jasna)
3 kopiaste łyżki gorzkiego kakao
1/3 łyżeczki sody oczyszczonej
100 g czekolady Lindt Touch of Sea Salt
50 g chrupiących cukierków karmelowych
ok. 1 łyżeczki soli morskiej najlepszej jakości*
+ odrobina mąki do oprószenia stolnicy

* najlepiej w płatkach, np. Maldon (dostępna w Kuchniach Świata i dobrze zaopatrzonych delikatesach)

Masło z cukrem ucieramy na puszystą masę (najprościej przy pomocy robota z końcówkami do ubijania). Dodajemy żółtko i wanilię,  miksujemy jeszcze minutę, aby wszystko dokładnie się wymieszało. Do drugiej miski przesiewamy kakao, sodę oraz mąkę (jeśli na sicie zostaną jakieś otręby, nie dodajemy ich). Czekoladę ścieramy na tarce, a cukierki siekamy na małe kawałki. Mieszamy suche składniki z ubitym masłem, następnie dodajemy czekoladę i pokrojone karmelki. Zagniatamy ciasto, owijamy w folię spożywczą i odkładamy do lodówki na pół godziny.

W międzyczasie rozgrzewamy piekarnik do 190 stopni. Schłodzone ciasto rozwałkowujemy na grubość 0,5 cm i wycinamy okrągłe ciastka o średnicy ok. 4-5 cm. Układamy na pergaminie w dużych odstępach – ciastka lekko się powiększą. Posypujemy delikatnie płatkami soli z wierzchu. Pieczemy 10 – 15 minut, krócej jeśli chcemy uzykać miękki środek przypominający brownie, dłużej – jeśli całkowicie kruche ciastka. Studzimy całkowicie przed zdjęciem z blachy, gorące są bardzo delikatne!

P.S. Dobra wiadomość! Dzisiejszy wpis nie skończy się, jak zazwyczaj, na apetycznym zdjęciu i luźnym „smacznego” – tym razem przybliżam te pyszności dużo bardziej. Mam dla Was bowiem konkurs, w którym możecie wygrać czekoladę potrzebną do upieczenia ciastek – Lindt Excellence Touch of Sea Salt. Prócz niej, w paczce znajdą się jeszcze dwie inne tabliczki (70% Cacao i Orange Intense), jak również dwa opakowania pralinek - Lindor Mix & Cocos Cornet 175g i Lindor Assorted Kanne 250g. Jednym słowem, porządny (o niemal trzycyfrowej wartości) zapas szczęścia dla czekoladolubnych. Aby wygrać, zostawcie w komentarzu odpowiedź na proste pytanie konkursowe:

Jeśli musiałbyś wybrać tylko jedną rzecz, którą jadłbyś do końca życia, co by to było (i dlaczego czekolada)?  c-:

Konkurs trwa tydzień, a więc do czwartku, 30 kwietnia. Zostawiajcie swoje adresy mailowe, żebym mogła w sprawie nagród skontaktować się z trzema autorami najciekawszych odpowiedzi!