Japonia, cz. 6. Tsukiji, Tokio

Każdy, kto podróżuje do Tokio przynajmniej po części gastroturystycznie ma na swojej liście Tsukiji – światowej sławy targ rybny, gdzie dzień w dzień od bladego świtu toczą się walki o najlepsze towary z japońskich mórz i oceanów. Z prezentowanych tam kąsków kapie jeszcze słona woda, a wywalczone przez szefów kuchni kawałki od szóstej rano przerabiane są na najświeższe śniadaniowe sushi, jakie można sobie wyobrazić.

Targu Tsukiji wyczekiwałam bardziej niż wszystkich innych tokijskich atrakcji razem wziętych, ale o dziwo nie zachwycił mnie od pierwszego wejrzenia. Znajoma musiała namawiać mnie na ponowne odwiedziny. Całe szczęście, że jej się udało – przy drugim podejściu zostałam przez niego bezpardonowo wessana, wciągnięta, porwana.

Targ podzielony jest na część wewnętrzną i zewnętrzną. Niechętnie to przyznaję, ale ciekawsza jest ta druga – organizowana w dużej mierze pod kątem odwiedzających ją turystów. Zewnętrznej części Tsukiji dużo bliżej do wyobrażenia, jakie większość z nas ma na temat lokalnego targu, jeśli traktujemy go jako element poznawania kultury miejsca naszego pobytu. Tłumy cudzoziemców nie zmieniają faktu, że zakupy robią tutaj także rdzenni Japończycy, miejscowe babcie, ciocie i rodziny z dziećmi.

W środku, Tsukiji jest targiem rybnym z prawdziwego zdarzenia – mokrym, głośnym i bardzo śmierdzącym. Odbywa się tam sprzedaż hurtowa, serious business, ścigają się handlarze i wysłannicy restauracji. Ludzie z zewnątrz wpuszczani są dopiero po 9 rano, ale i tak nie przychodzi ich tutaj zbyt wielu. Wyjątkiem są szaleńcy chcący zobaczyć słynną licytację tuńczyków, która odbywa się tu bladym świtem każdego dnia. Możecie się domyślić, że ja byłam pierwsza w kolejce. Po kolei więc!

Przebieg takiej wizyty jest następujący. Około 22 poprzedniego dnia wychodzi się do izakayi i zaczyna spokojne popijanie wina, na przemian z nieustannym domawianiem dobrego jedzenia. Kluczem do sukcesu jest wypracowanie takiego tempa wieczoru, żeby nie zmęczyć się, ale też nie przysypiać. Izakaya powinna znajdować się w bliskim sąsiedztwie Tsukiji i być otwarta co najmniej do 4 nad ranem. To mniej więcej o tej godzinie należy ruszyć w stronę targu, gdzie zbierający się powoli tłumek zaczyna tworzyć kolejkę chętnych do obejrzenia aukcji tuńczyków. Każdego ranka wpuszczane są na nią dwie 60-osobowe grupy. Jeśli uda się załapać, dostaje się odblaskową kamizelkę, mapę targu i dokładny spis zasad, których trzeba przestrzegać na jego terenie. Z tą gwarancją uczestnictwa w wycieczce trzeba przeczekać mniej więcej godzinę w poczekalni, ale choć ucięcie sobie wówczas drzemki wydaje się świetnym pomysłem, zdecydowanie to odradzam. Wizyta na licytacji jest wystarczająco pełna presji, a zdezorientowanego, wyrwanego ze snu człowieka może zdecydowanie przerosnąć jej surrealizm.

IMG_4887.jpg

Mario i Luigi czekający na aukcję tuńczyków.

Targ Tsukiji był jedynym miejscem w całej mojej podróży, gdzie spotkałam niemiłych Japończyków. Nie miałam z nimi bardzo bezpośredniego kontaktu, ale zdałam tam sobie sprawę jak to dziwnie, że nikt nie cieszy się od ucha do ucha na nasz widok i gorliwie nie wita nas w swoich progach. Pracownicy targu zasuwali na swoich rydwanach w ogóle się nie rozglądając, czasem miałam wręcz wrażenie, że specjalnie w nas celują (i to bynajmniej nie po to, by nas straszyć albo się z nas podśmiewać – raczej faktycznie chcąc rozsmarować nas na jakiejś ścianie). Trudno im się dziwić, ja też pewnie patrzyłabym krzywo na grupę podekscytowanych ludzi przeszkadzających mi w pracy... Niemniej chwilami naprawdę bałam się, że nie wyjdę stamtąd w jednym kawałku.

Tym bardziej niezapomniane jest to jednak doświadczenie. Stresująca atmosfera, strażnicy głośno kierujący ruchem przebranych w odblaskowe kamizelki turystów (biegających na dany sygnał, tylko po wyznaczonych liniach), jakieś niezrozumiałe japońskie okrzyki – wszystko to sprawia, że człowiek sam już nie wie, czy te dreszcze to ma ze strachu, ze szczęścia czy z niewyspania.

Aha! Tak naprawdę, dreszcze są prawdopodobnie sprawką zimna – hala, w której odbywa się aukcja to jedna wielka chłodnia, w której po kilku minutach zaczną drętwieć Wam koniuszki palców i nosów.

Tak wygląda inspekcja tuńczyków. Każdy w pośpiechu bada jak tylko potrafi i zapisuje numery ryb, które zamierza później licytować. Ceny dochodzą tutaj do milionów jenów (w styczniu jedna sztuka sprzedana została za równowartość prawie 40 tysięcy dolarów).

Zaraz po zakończeniu tej krótkiej wycieczki turyści zostają wykopani na zewnątrz, by zrobić miejsce dla drugiej tury. Wtedy właśnie większość z nich udaje się na śniadanie. Warto też jeszcze chwilę pozwiedzać okolice wewnętrznej części Tsukiji, zorientować w stoiskach i popodglądać przygotowujących się do nowego dnia sprzedawców.

Poranne ostrzenie noży.

Śniadanie w jednej z restauracji na terenie targu Tsukiji. Przyjmowane na wpół przytomnie, chwilę po świcie, było wymarzonym zwieńczeniem tego ciut absurdalnego poranka. Sushi bar był pełny, ale tylko w środku. O ludzkiej porze, koło 9 rano, zaczynają powstawać przed wejściem długie kolejki.

Te zdjęcia były zrobione koło południa, widzicie na nich co najmniej godzinę czekania! To było kiedy wróciliśmy na targ po kilku dniach - zrelaksowani i przez nikogo nie popędzani.

„Turystyczność” zewnętrznej części Tsukiji nie ma nic wspólnego z tą najczęściej spotykaną, gdzie chęć zarobienia na przyjezdnych boleśnie odbija się na jakości podsuwanych im towarów. Przy obleganych świątyniach i słynnych zatłoczonych skrzyżowaniach wciska się im badziewne wachlarze i magnesy w kształcie sushi, ale na targu Tsukiji – nieważne ilu nieznających się na rzeczy gaijinów nie spacerowałoby jego alejkami – nieodmiennie serwowane są najlepsze rybki w mieście.

Zewnętrzna część targu otwiera się po 9 rano i trwa mniej więcej do 13. Wycieczka tam jest więc idealnym pomysłem na późne japońskie śniadanie w terenie. Jak się uprzeć, można skompletować je nie wydając ani jena – z każdej strony atakują sprzedawcy częstujący darmowymi próbkami swoich specjałów. Jeśli jesteście ciekawscy tak jak ja, najecie się po uszy chcąc po prostu poznać jak najwięcej nowych smaków! (Pieniądze weźcie ze sobą tak czy inaczej. Zapragniecie pokaźnych zapasów wielu tamtejszych rarytasów).

Grillowane przegrzebki brûlée

Pan sprzedający mój ukochany japoński przysmak, suszoną kałamarnicę.

Wielorybie stoisko wzbudziło we mnie ambiwalentne uczucia, ale tak jak już pisałam, obiecałam sobie w Japonii próbować absolutnie wszystkiego. Jadłam przecież surową perliczkę czy pieczoną głowę dorady (tak, z okiem) – nie mogłam przejść obojętnie obok lodów o smaku wieloryba, bo do końca życia zastanawiałabym się czy nie ominęło mnie coś spektakularnego.

Odpowiedź brzmi: nie, konieczne było później zabicie ich smaku tymi z dodatkiem zielonej herbaty matcha. Ale jeśli będziecie mieć okazję, to i tak polecam spróbować – przeżyj to sam, wiadomo. Nie wiem co to za niedopatrzenie, że wielorybich lodów nie ma na zdjęciu, ale załapał się na pocieszenie wielorybi bekon (z lewej poniżej):

Pyszne rzemieślnicze lody w kolejnych szalonych smakach. Było wasabi, krewetki, mąka z czarnej soi... Nas wieloryby trochę stemperowały i skusiliśmy się na nudne lody ze zwykłych owoców.

Pani Tamago!

Dziadek Baozi!

Pan Ampang!

Elementy doszkalające :)

Koreański akcencik - królestwo kimchi.

Na ramen u tego pana zatrzymaliśmy się po tym, jak rozpoznałam go ze wpisu Uli. Tak czy inaczej by nas zainteresował (kolejka wiernych klientów uruchomiła czujnik dobrego jedzenia) – ale kiedy przedstawiłam wszyskim legendę, jak to dzień w dzień pan ten z zamkniętymi oczami przygotowuje swój ramen w milczeniu powtarzając cyklicznie te same ruchy, zaczęliśmy obserwować go jak zahipnotyzowani. Był jak maszyna, która zacięła się w pełen klasy, płynny sposób. A jego ramen, słynny z czterech zamiast dwóch kawałków wieprzowiny (od nakładania mających specjalnie zatrudnionego mięśniaka!), bardzo nam smakował.

Widok na Tsukiji z pobliskiego mostu.

継続します (C.D.N.)