Japonia, cz. 5. Nakameguro, Tokio

Nie żeby wpływało to szczególnie na jakość moich raportów, ale kolejne japońskie przystanki do publikacji wybieram na podstawie przypadkowych impulsów. Porzuciłam już próby zachowania chronologii. Tokio było na długo przed tym, jak dotarłam pod Okayamę, a żeby jeszcze mocniej zagmatwać ten porządek, zacznę relację od ostatniego, pożegnalnego wieczoru w stolicy Japonii. Podobnie jak przy wprowadzeniu do Nary, pokażę Wam kolację – o zgoła innym charakterze, ale jednakowo niezapomnianą.

Zacznijmy od podstaw, czyli definicji.

Izakaya (居酒屋) – a type of informal Japanese drinking establishment that serves food to accompany the drinks.

Zasadniczo definicja wikipedii jest kompletna, ale znalazłam w internecie jeszcze tę:

Essentially an izakaya is a Japanese tavern. But it’s also Japanese tapas. And it’s a Japanese gastropub. (…) Don’t plan on having a 45 minute meal before a movie. Don’t plan on going and having a starter, a main, and a dessert. Go planning on having a long, lingering meal over good drinks and better conversation with a group of great friends. Make an evening of it.

Zdecydowanie pełniejsza, ale dodać trzeba, że przekąski serwowane w izakayach to nie orzeszki z puszki, a wysokiej jakości interesujące potrawy. Przez cały swój pobyt w Japonii odwiedziłam wiele izakayi, za każdym razem będąc pod wrażeniem ich absorbującej energii. Od wielopiętrowych lokali po kameralne klitki z barem i dwoma stolikami, wszystkie te miejsca jak szalone emanowały ciepłem – trudnym do zidentyfikowania, ale jeszcze trudniejszym do odparcia. Ciepłem płyt grillowych teppan i frytownic do tempury, ciepłem sake rozgrzewającej od środka wszystkich stłoczonych gości, ciepłem przygaszonych świateł, muzyki, głośnych śmiechów i przyjaznej atmosfery. Nie muszę więc chyba pisać, że wszystkie wieczory spędzone w izakayach zaliczam do udanych, każdy był też niekwestionowaną ucztą! Jest jednak wspomnienie, które wygrywa moje osobiste rankingi i to nim się dziś z Wami podzielę – pożegnanie z Tokio, w Nakameguro, mojej ulubionej jego dzielnicy, czyli sierpniowy wieczór w Mahakali.

IMG_5480.jpg

Ale przedtem pokażę Wam kilka zdjęć samej okolicy, bo innej niż ten wpis okazji raczej już mieć nie będę. Z Tokio przywiozłam dokumentację tak obszerną, że poważnie rozważam narzucenie sobie limitu zdjęć i znaków na jednego posta. Elaboraty jak dzisiejszy są słabym potwierdzeniem takich słów, ale uwierzcie – staram się pisać bardzo selektywnie!

IMG_5466.jpg

W nazwie, tak jak i w samej dzielnicy, kluczem jest Meguro – płynąca przez środek rzeka, wokół której kręci się tu życie. Z wysokimi betonowymi ścianami porośniętymi bluszczem przypomina ona miejski kanał, a po obu stronach rosną okazałe drzewa wiśniowe (sakura). Pod koniec sierpnia były tylko zieloną dżunglą, w tej chwili wyglądają pewnie jak złotoczerwony ogień, ale nic chyba nie przebije ich wiosną, w porze kwitnienia... Zabudowania na obu brzegach rzeki to ciągi witryn miłych kawiarni, sklepików i galerii, a cały schemat łudząco przypomina mój ukochany Canal St.Martin w Paryżu.

Paletas, czyli pyszne, ręcznie robione lody na patyku.

Cukiernia wyłącznie ze słodkościami z warzyw!

Dróżka prowadząca do Aoyi, idealnie obrazująca to, o czym cały czas napomykam - nieodzowność lokalnego przewodnika! Jakim cudem ktoś z zewnątrz mógłby domyślić się, że to właśnie w ten wąski przesmyk należy skręcić, by trafić na drzwi do pozornie prywatnego domu, w którym tak naprawdę kryje się uwielbiane przez localsów bistro? Szanse są małe, a stawka nie bylejaka - serwowany tam obłędny sernik z matchą!

Mam tylko jedno zdjęcie środka, ale było tam wyjątkowo pięknie i przytulnie.

IMG_5493.jpg

W tej knajpce jedliśmy najlepsze japońskie curry przygotowywane ponoć według zasady pięciu przemian.

Kilka minut spacerem od Nakameguro położona jest Daikanyama - okolica ciut bardziej szykowna, wciąż hipsterska, ale mocniej nastawiona na luksusowe zakupy. Pełno tam showroomów, do których chciałoby się wejść i w nich zamieszkać!

Na patio Tenoha, designerskiego kompleksu sklepów, restauracji, biur i tym podobnych, można napić się wina, wypróbować siedem rodzajów nauralnych mydełek wyrabianych na rozstawionym tam wózku i poprzeglądać szalenie stylowe i horrendalnie drogie magazyny.

Kawałek dalej znajduje się wielopiętrowa księgarnia Tsutaya - tak wielka, że aż w środku otworzyli Starbucksa.

Dział ksiąg i magazynów kulinarnych jest tam imponujący, lekką ręką można stracić tam pół dnia przeglądając tytuły i wertując kolejne pozycje. Polskę na ich półkach reprezentuje Magazyn Usta i wydane przez niego książki Liski z White Plate. Super było zobaczyć ich na drugim końcu świata!

IMG_5159.jpg

Zrobiło się późno, więc wracamy do Nakameguro!

Do izakayi Mahakala zabrał mnie Taro, urodzony w USA Japończyk, który od lat mieszka w Tokio. Czas, który z nim spędziłam był prawdziwym luksusem – na wagę złota było towarzystwo osoby biegłej zarówno w angielskim jak i japońskim! Wszystko umiał mi wytłumaczyć, wyjaśnił setki dylematów, a czasem przekazywał moje pytania dalej, uzyskując zrozumiałe dla siebie odpowiedzi, które następnie przybliżał mi po angielsku. Taro przygarnął mnie pod swój dach kiedy nie mając żadnego planu postanowiłam o kilka dni przedłużyć swój pobyt w Tokio. Co począć – nie przewidziałam, że tak mi się tam spodoba! Ostatniego dnia ogłosiłam więc na couchsurfingu, że szukam spania na już, nie mając wątpliwości, że los, tak dla mnie łaskawy od pierwszego dnia podróży po Japonii, nie zawiedzie i tym razem. Nie przeceniłam go – zdesperowana zadowoliłabym się każdym noclegiem, a trafiłam do jednego z najciekawszych Japończyków, jakich przyszło mi poznać.

Kiedy podekscytowana opowiedziałam mu, że dzień wcześniej pojechałam na Ginzę i przez uchylone drzwi kuchenne zobaczyłam Jiro Ono z załogą jedzących staff meal, on zaskoczył mnie historią o swoim znajomym, który kiedyś pracował w Sukiyabashi Jiro. Jeśli widzieliście film Jiro śni o sushi*, możecie pamiętać go jako kucharza uparcie doskonalącego technikę przyrządzania tamago (ponad 200 prób nim Jiro zaaprobował). Teraz na sushi do niego chodzi się w Nowym Jorku! Taro miał w zanadrzu mnóstwo ciekawych historii, wiele było też związanych z jego zawodem. Pracuje w branży filmowej, obecnie ze Studiem Ghibli, którego jestem oddaną fanką. Niesamowicie było posłuchać o Miyazakim od kuchni! Ma też na koncie zagraniczne produkcje dokumentalne o Japonii, jej dziwactwach, wynalazkach i współczesnych legendach. Nie będę się rozpisywać, wiele z nich to nie materiał na miłą stronkę o jedzeniu... ale wierzcie mi na słowo, że były pasjonujące!

*Jeśli nie widzieliście – zobaczcie!

IMG_5494.jpg

Mahakala to minimalnych rozmiarów lokalik, do którego (dla odmiany!) bez mieszkającego po sąsiedzku przewodnika nigdy bym nie trafiła. Chyba, że bardzo bym się postarała – oglądając uważnie mogłabym zorientować się, że miejsce to odwiedza Anthony Bourdain w tokijskim odcinku Parts Unknown (można go obejrzeć pod tym linkiem! Mahakala zaczyna się około 37:47. Swoją drogą, pamiętacie jak pisałam o bezgranicznej miłości do jeżowców (uni)? Posłuchajcie co mówi o nich Bourdain – od dawna wiedziałam, że jesteśmy sobie przeznaczeni).

Szef kuchni Mahakali, biegający w charakterystycznych okrągłych okularach, tak bardzo tryska szczęśliwą energią, że z pewnością tańczyłby i skakał, gdyby w lokalu było choć trochę więcej miejsca. Toaleta w Japonii to strefa sacrum, dopracowana w każdym szczególe, klimatyczna i najczęściej z osobną parą toaletowych kapciuszków dla odwiedzających. Tutaj jest jeszcze fajniejsza, bo żeby się do niej dostać, trzeba zajrzeć do kuchni, tj. wejść za stanowisko gotujące (mniejszy „bar” widoczny z prawej na powyższym zdjęciu) gdzie szef kuchni uwija się, jakby miał cztery ręce. A teraz patrzcie jakie cuda spod nich wychodzą! Oczywiście jako pierwsze na stół docierają kubki z kilkoma rodzajami regionalnych sake, zaraz potem po kolei pojawiają się zamawiane przez Taro potrawy.

Sashimi z perliczki. Z początku nie mieściło mi się to w mojej wychowanej na strachu przed salmonellą głowie... Ale przyrzekłam sobie, że w Japonii spróbuję wszystkiego, zresztą nie mogłam siedzieć bezczynnie kiedy zajadający się Taro wyglądał, jakby naprawdę mu smakowało. Okazało się, że surowy ptak jest pyszny!

Czarny czosnek, tygodniami lekko podgrzewany i poddawany procesowi fermentacji. O miękkiej, mazistej strukturze i słodkim, balsamicznym smaku. Ale to było dobre! Mimo zestawienia z mascarpone, oliwą i świeżym tymiankiem, smakował zadziwiająco japońsko. Jeśli chcielibyście spróbować, jakiś czas temu zauważyłam, że czarny czosnek można kupić w sklepie Vegepack (okazuje się, że na dodatek jest bardzo zdrowy!).

Okonomiyaki. To niezwykle popularne danie z rodziny japońskiego fast foodu i zjeść je można niemal wszędzie. A że w zazwyczaj w pierwszym lepszym barze smakuje naprawdę przyzwoicie, zamawianie go w tej wyjątkowej miejscówce wydawałoby się głupotą (czyt. marnotrastwem miejsca w brzuchu). Nic bardziej mylnego! W Mahakali stanowi must-eat. Odbiega trochę od klasycznego ulicznego okonomiyaki, to bardziej omlet, pełen owoców morza i kulek mochi. Najlepszy, jaki jadłam w życiu!

Kushiyage, czyli wszystko czego dusza zapragnie nabite na drewniany patyk i usmażone w cieście. Próbowaliśmy różnych rzeczy - ryby, boczku, papryki, piklowanych kukurydz, korzenia lotosu i marynowanych w sosie sojowym jajek przepiórczych (to te okrągłe na zdjęciu z prawej). One właśnie zdecydowanie wygrały!

Na koniec Taro zamówił jeszcze ryż z jajkiem (surowym) i sosem sojowym. Mówił, że to smak jego dzieciństwa – odpowiednik naszej kaszki manny czy innego typowo maminego specjału. Spróbowałam –  proste, ale przepyszne. Mahakala używa najwyższej jakości jajek z prefektury Hyōgo, to pewnie klucz do sukcesu (nie bez znaczenia także dla fenomenu okonomiyaki!).

Jeśli wybieracie się do Tokio, daję Wam przyzwolenie na spędzenie pierwszego dnia w miejscach osławionych największą turystyczną renomą. Zaraz potem jednak dobrze radzę - marsz do Nakameguro! Nie zostawiajcie sobie tego na koniec, bo jeszcze tak jak mi zabraknie Wam dni, by tutaj wracać.

継続します (C.D.N.)