Na pocieszenie

Pamiętacie jak przy okazji tarty tatin z pomidorami obiecałam Wam mnóstwo przepisów z Eat Nigela Slatera? Pewnie nikt się nawet nie zorientował, ale nie doczekaliście się ani jednego. Jeśli macie wątpliwości dlaczego – wróćcie do tamtego posta i przeczytajcie wstęp do książki, który jest tam przytoczony.

Z mojego egzemplarza Eat wystaje tyle karteczek i zakładek, że są one już w swoim ogromie właściwie bezużyteczne. Kiedy zaczęłam orientować się, że gubię się w ich tłumie, wprowadziłam podział na kolory (doceńcie – do tak zaawansowanych technik nie uciekałam się nawet przy egzaminie ze średniowiecza powszechnego). Później wkroczyły jeszcze rogi kartek o różnych stopniach zagięcia. Te zarezerwowane są dla przepisów, które wypróbowałam i po prostu muszę już zawsze mieć pod ręką.

Widzicie chyba, że nie milczę na temat Eat gdyż nie znajduję w niej niczego ciekawego; tym bardziej nie dlatego, że w ogóle tam nie zaglądam. To moja kucharska książka nie tyle o najmocniej przetartej okładce (wiele oglądam, głaszczę, noszę w torbie i pożyczam znajomym), ale o najbardziej umorusanych kartkach – bo to z niej gotuję najwięcej, na stałe już trzymając ją w kuchni pod moździerzem, nie na żadnym regale. Na blogu nie pojawia się żaden przepis, bo sięgam po Eat w sytuacjach, na potrzeby których książka została stworzona - kiedy chcę zjeść lub nakarmić po prostu czymś dobrym i szybkim, ale nie nudnym. Podchwycam pomysły Nigela, gotuję intuicyjnie według jego luźnych wskazówek, nie zapisuję dokładnych proporcji i przede wszystkim nie robię zdjęć.

Dziś dzień przełomowy, bo wędruje do was pierwsza receptura. Nie słowo w słowo za Nigelem, bo ulepszona przeze mnie na przestrzeni czasu i dziesiątek podejść, które do niej robiłam. Rzecz super prosta i pyszna w wyjątkowy, kojący sposób. Comfort food, na śniadanie do łóżka lub przeciwnie, na teraz – kiedy jest wieczór w niedzielę, i to styczniową, a to coroczne chwilowe przygrzanie w środku zimy chyba mamy właśnie za sobą. Przy okazji, patrzcie jak fajnie było rok temu i przypomnijcie sobie przepyszną cytrusową soczewicę. Mój kończący się teraz weekend pełen był słońca i dobrego jedzenia. Co do planów i prognóz na najbliższe pięć dni – na razie udaję, że temat nie istnieje. Pocieszam się kanapkami à la Nigel. Jak pisze: Sweet, warm. Feel-good. Zaufajcie!

Kanapki podnoszące na duchu
z mascarpone, balsamicznymi rodzynkami i oliwą

inspirowane przepisem z Eat Nigela Slatera

2 porcje

150 g mascarpone
50 g serka typu philadelphia

3 łyżki rodzynek lub sułtanek
2 łyżki octu balsamicznego
2 łyżki gorącej wody
oliwa z pierwszego tłoczenia
4 pajdy dobrego chleba na zakwasie (lub inne pieczywo, w oryginalne bajgle)

Rodzynki namoczyć przez min. 30 minut w occie balsamicznym i ciepłej wodzie. Mascarpone dokładnie wymieszać trzepaczką z serkiem i dodać odsączone rodzynki (nie wylewać octu!). Na suchej patelni zgrillować kromki pieczywa (na dużym ogniu – aby z wierzchu się przypiekły, a w środku były miękkie). Każdą pajdę posmarować delikatnie mieszanką, w której moczyły się rodzynki (najlepiej przy pomocy pędzla). Nałożyć serek, skropić najlepszej jakości oliwą i jeść. Smacznego!