Nie ma ucieczki

Dużą część swojego czasu poświęcam ostatnio na tworzenie coraz to obszerniejszych planów działania. Piję herbatę za herbatą, rozpisuję wszystkie zadania, za każdym razem jeszcze bardziej szczegółowo – ostatnio zaczęłam je nawet ilustrować. Zbieram materiały, tworzę na komputerze idealnie zorganizowane foldery i zakładki, myślę też nad jakimś systemem nagród i kar za spełnione (lub nie) obowiązki. Gdyby zobaczył to ktoś z zewnątrz, pewnie klaskałby w dłonie. Tak długo, aż by się zorientował, że na etapie planowania student ze mnie wzorowy, ale dalej jest już tylko pusty wzrok utkwiony w ścianie. Oszukuję sama siebie, że chęć idealnego przygotowania to w żadnym wypadku nie bezczelne odwlekanie wzięcia się do roboty, a wtórowanie śpiewającemu w głośnikach Morisseyowi ani trochę nie rozprasza moich skupionych na polskim renesansie myśli.

IMG_1100-2.jpg

Luizjana spędza cały ten czas pół metra ode mnie, na parapecie, wytrzeszczając oczy na ptaki harcujące w ogrodzie. Jest skupiona, napięta jak struna i szaleńczo wymachuje ogonem; słowem, wygląda jakby w każdej chwili mogła eksplodować, niezdolna do pomieszczenia w swoim kocim ciele tylu silnych emocji naraz. Nie wiem czy to tak do końca pozytywny stan, ale z pewnością bawi się lepiej niż ja.

Ta część mnie, której udaje się od jeszcze co jakiś czas przebić z poczuciem obowiązku i wyrzutami sumienia, dba o to by jeszcze przez jakiś czas nic nie odciągało mnie od książek na zbyt długo. Nie istnieją dla niej wymówki w postaci rzeczy, które przecież trzeba – pracy (jak na złość wszyscy aż zbyt wyrozumiali), snu (wystarczy ogromna ilość kawy, którą przecież tak uwielbiam), odpowiedniego jedzenia (dobry obiad naprawdę można zrobić w piętnaście minut). To ostatnie łatwiej byłoby skwitować, że najlepiej jeść na mieście – tyle wspaniałości odkrytych ostatnio we Wrocławiu! – ale wówczas nie zostałaby wyeliminowana też moja ulubiona wymówka od nauki, tj. bezwzględna konieczność gotowania. W ten sposób po prostu nie mam już ucieczki.

Przy stir-fry, moim naczelnym piętnastominutowym obiedzie, niewielka jest szansa na zepsucie czegokolwiek.  Najważniejsze to przygotować wszystkie składniki zanim odpalicie kuchenkę – potem wystarczy w odpowiedniej kolejności wrzucać je na ogień i nieustannie mieszać. Najwygodniej w woku, ale każda zwykła patelnia też da radę, ważne tylko by była maksymalnie rozgrzana. Po pierwszym razie będziecie robić to danie z zamkniętymi oczami, doprawiając zupełnie na oko i podmieniając składniki w zależności od nastroju. Nie mam wątpliwości, że za każdym razem będzie udane. Tylko nie przyzwyczajajcie się zanadto do tej prostoty – z własnego doświadcznia wiem, że kiedy wchodzi do programu za często, traci swój urok godny koła ratunkowego i działa rozleniwiająco.

Szybkie i proste stir-fry
z makaronem soba i boczniakami

2 porcje

150-200 g makaronu soba (wychodzi bure, ale pyszne - można użyć też ryżowego lub pszennych nudli)
200 g boczniaków
1 duża marchewka
1 cukinia
1 czerwona cebula

ok. ½ świeżej papryczki chili, wydrążonej (lub więcej/mniej, wedle uznania)
kawałek imbiru wielkości kciuka
garść niesolonych orzeszków ziemnych

2 łyżki oleju z wysoką temperaturą dymienia – arachidowego, kokosowego, rzepakowego
2 łyżki sosu rybnego lub ostrygowego
2-3 łyżki sosu tamari (lub jasnego sojowego)
finisz: świeża rzodkiewka, kiełki fasoli mung, szczypior, kolendra, po ćwiartce limonki

 Rozpocząć należy od ugotowania makaronu. Wrzucić go do gotującej się na dużym ogniu wody (bez soli), kiedy zawrze zmniejszyć ogień i trzymać przez 5-8 minut. Kiedy będzie dobry (trzeba spróbować), przelać na sito i od razu wrzucić makaron do miski z bardzo zimną wodą. Płukać dłońmi mieszając przez minutę, następnie przełożyć znów na sito i odcedzić dokładnie. Pozbywamy się w ten sposób nadmiaru skrobii, dzięki czemu makaron nie będzie sklejał nam się na talerzach. Kiedy makaron się gotuje, pokroić wszystkie składniki – cukinię i marchewkę w spore słupki, cebulę w grube pióra, papryczkę chili w małą kostkę. Boczniaki porwać w paski ręcznie, a imbir zetrzeć na drobnej tarce.

 Rozgrzać bardzo mocno wok (lub wysoką patelnię) z 2 łyżkami oleju. Wrzucić orzeszki, następnie marchewkę. Smażyć na największym ogniu, nieustannie mieszając. Dorzucić chili. Minutę później pora na cukinię, cebulę i boczniaki. Wszystko razem smażyć i podrzucać w woku. Jeśli coś by się przypalało, można dodać łyżkę wody z gotowania makaronu. Kiedy składniki będą podsmażone, ale wciąż pełne koloru i sprężystości, dodać starty imbir, tamari i sos rybny. Wymieszać wszystko razem (tym samym ruchem – całą patelnią), następnie dodać odsączony makaron i jeszcze ewentualnie kilka łyżek wody z gotowania (jeśli na patelni będzie za sucho). Smażyć całość razem przez kilkanaście sekund, aż smaki dokładnie się połączą i danie będzie gorące. Podzielić na pół i przełożyć na talerze. Górę hojnie obsypać wybranymi dodatkami – szczypiorem, kolendrą, kiełkami, cienko pokrojoną rzodkiewką... Można posypać dodatkowymi orzeszkami. Obok każdej porcji podać ćwiartkę limonki. Na koniec warto skropić gotową potrawę olejem sezamowym, a także trzymać w zanadrzu tamari, gdyby było potrzebne doprawienie. Smacznego!

 P.S. Jeśli macie ochotę na wersję z mięsem, dorzućcie cienko pokrojoną wołowinę lub kurczaka zaraz przed cukinią, cebulą i boczniakami.