Przy pierwszym Poznaniu

Ten wpis w ogóle nie miał powstawać.

I nie chodzi nawet o to, że nie miała odbyć się wyprawa; zaplanowana z mniej niż dwunastogodzinnym wyprzedzeniem była co prawda jedną z bardziej spontanicznych eskapad tego lata, ale to z innego względu nie planowałam dokumentować jej z myślą o relacji na Coutellerie. Wydawało mi się po prostu, że jeden dzień (czyli de facto siedem godzin) to za mało na zobaczenie wystarczająco wielu miejsc wartych opisania.

Gdyby tylko potrafił, wyczytawszy mi to w myślach Poznań prychnąłby lekko i ze zrezygnowanym uśmiechem pokręcił głową. Wyprowadził mnie z błędu już po kilkunastu minutach, co więcej zrobił to w najprzyjemniej zaskakujący sposób jaki mogłabym sobie wymarzyć. Zarówno w Warszawie jak i we Wrocławiu (skąd jechałyśmy Weronika i ja) z szarych chmur padał deszcz, a kiedy spotkałysmy się na dworcu w Poznaniu, obie musiałyśmy założyć na nos przeciwsłoneczne okulary. Magia! Przez cały dzień doświadczenia rzeczy pięknych, miłych i smacznych nie przestawały pojawiać się na trasie naszego wielogodzinnego (i wieloprzystankowego) spaceru. Nie zmienia to jednak faktu, że to co dziś Wam pokażę jest małym kawałkiem, zaledwie początkiem mojej znajomości z tym fantastycznym miastem.

Chodźcie na przechadzkę po Poznaniu, moją pierwszą i – póki co, hehe – najlepszą. Jak to mówią, apetyt rośnie w miarę jedzenia – i mój, po zasmakowaniu części miasta, nie mógłby być większy na kolejne przygody!

Pierwszy przystanek miał być niezawodny – od niego w dużej mierze zależały przecież nasze nastroje na cały dzień. La Ruina na Śródce była miejscem wymienionym niemal przez każdą osobę pytaną o poznańskie rekomendacje. Siłą rzeczy powstało w mojej głowie mnóstwo wyobrażeń dotyczących kawiarni i jej rzekomo wyjątkowej atmosfery. Kilka z nich okazało się nieprawdą, jak na przykład to wielkość lokalu (dwa razy mniejszy, niż się spodziewałam) czy świetność słynnego sernika (dwa razy lepszy, niż śmiałam przypuszczać). La Ruina urzekła nas totalnie i niewykluczone, że to jej - bez żartów - zawdzięczamy szampańskie humory, które uczyniły nasz dzień w Poznaniu tak miłym.

Wnętrze jest bardzo klimatyczne, ale ewidentnie niewyreżyserowane. Przyjemna muzyka, wokół mnóstwo kolorów, na ścianach zdjęcia i pocztówki. W tańczącej od kolorowych dyskotekowych świateł toalecie suszy się pranie, dolary i laski wanilii. W całej kawiarni najróżniejsze piękne przedmioty piętrzą się na sobie we wszystkich możliwych zakamarkach. Z jednej strony wiele z nich wydaje się być elementami urwanymi z kosmosu, z drugiej – wszystko tworzy spójną, niesamowicie przytulną przestrzęń. W środku tego wszystkiego coś dobrego jest w powietrzu, siedzi się tak miło, że ani trochę nie chce się wstawać! Żółte markizy dają ciepłe światło nawet jeśli na dworze chłodny wiatr, między stolikami biega dziewczynka z buzią wymalowaną wszystkimi kolorami tęczy, a za barem rudowłosa Pani o elfiej urodzie parzy pachnącą kawę i kroi kolejne kawałki sernika, w każdy jeden wbijając na sztorc metalowy widelczyk.

Nie mam nic przeciwko pięknym miejscom, miłym ludziom i pysznym drugim śniadaniom, jest więc duża szansa, że La Ruina rozpocznie również mój kolejny (i kolejny; i jeszcze nastepny) pobyt w Poznaniu.

Wyżej pusty już talerzyk po wspaniałym serniku z mleczkiem kokosowym i polewą cytrynową. Żadna ze mnie kulinarna krytyczka - nie przywykłam do wyciągania aparatu jedząc na mieście. Szczególnie jeśli mówimy o miejscu tak kameralnym jak La Ruina. Z biegiem czasu odwiedzając kolejne poznańskie przybytki trochę się ośmieliłam, ale choć wiedziałam jak bardzo będę chciała wszystkim się z Wami podzielić, wciąż pozostaję zwolenniczką oddawania się chwilom w czasie im właściwym, nie rozpraszania siebie i swoich towarzyszy dyskomfortem strzelania fotek. Coś za coś!

Jako że gonił nas czas, zmotywowałyśmy się do ruszenia dalej. Idąc spacerem w kierunku centrum miasta zerkałyśmy na przygotowaną wcześniej mapkę pyszności.

To dzięki niej wiedziałyśmy gdzie skręcić, by w pewnym momencie wyrosła przed nami La Bottega, sklep z włoskimi specjałami. Zajrzałyśmy do środka, gdzie czekało nas starcie z niebezpieczną pokusą kupienia wszystkiego, co znajdowało się w zasięgu wzroku. Dzięki pomocy miłej pani za ladą wyszłyśmy w końcu z kawałkiem pysznego dojrzewającego sera (na prezent, ale spróbowałyśmy go i smakował wspaniale z konfiturą z winogron!).

W śpiewających nastrojach kontynuowałyśmy nasz spacer. O czym byśmy w danym momencie nie rozmawiały, nieustannie przerywałyśmy sobie nawzajem celem wyrażenia podziwu nad mijanymi budynkami.

W następnej kolejności odwiedziłyśmy dostrzeżoną przypadkiem Wytwórnię Lodów Tradycyjnych. Była już w końcu najwyższa pora na deser po serniku! Wypróbowałyśmy bounty w połączeniu z sorbetem z mango oraz słonawe lody dyniowe z czekoladowymi.

IMG_9310.jpg

Wreszcie dotarłyśmy na Jeżyce. Przeskakując z chodnika na chodnik by łapać resztki słońca, przy brzmiących znajomo ulicach wspominałyśmy miejsca, z którymi zapoznała nas w dzieciństwie Małgorzata Musierowicz. W międzyczase nasze nogi zaczęły powoli dopraszać się o odpoczynek. Zrobiwszy małe zakupy w WYPASIE, wegańskiej mekce poznaniaków, którą przy innej okazji mam nadzieję przetestować także obiadowo, ruszyłyśmy na wyczekiwaną ulicę Augustyna Szamarzewskiego.

O Kuchni Yeżyce nasłuchałam się wiele, na długo przed rozpoczęciem konkretnego poznańskiego researchu. Narożny lokal widać z daleka dzięki sznurom okrągłych lampek i wielkim przeszklonym ścianom. Cały wystrój Yeżyc jest ucieleśnieniem mojej wizji wnętrza bliskiego ideałowi. Nie ma w tym nic na siłę odkrywczego, ale połączenie bieli, drewna i ciemnozielonych roślin jest najzwyczajniej w świecie bardzo piękne i działa na mnie inspirująco. Już robię rozeznanie co najlepiej hodować w doniczkach, bo moje mieszkanie, w którym z uwagi na wielki ogród nie potrzebowałam nigdy roślinności, wydaje się teraz jakby niekompletne.

Menu Yeżyczan zmienia się bez przerwy (dosłownie – zanim zdążyłyśmy zjeść swoje dania, na tablicy pojawiły się dwie czy trzy nowe pozycje). Nie jest ono proste, powiedziałabym wręcz, że dość wymyślne. W najlepszym tego słowa znaczeniu – bowiem kuchnia, jak fancy by nie była, pozostaje prawdziwa i  d o m o w a, dzięki dwóm podstawom, na których się opiera. Przede wszystkim jest to gotowanie sezonowe, gwarantujące, że to co dostaniemy na swojskim emaliowanym talerzu w Yeżycach jest tak naturalne, lokalne i świeże jak to tylko możliwe. Po drugie, to filozofia nieuznająca zbyt licznych półproduktów, w imię której m.in. pieczywo, frytki, ciasta czy napoje wytwarzane są przez załogę własnoręcznie na miejscu.

Zaskakująco pyszna zupa dyniowo-pomidorowa z gruszkami.

Kanapka ze stekiem z łopatki i ogórkiem kiszonym, na domowym chlebie. Przykład pozycji w menu, która z kolei zaskakiwać nie powinna niczym, a wprawiła nas w zachwyt po prostu ze względu na wysoką jakość składających się na nią elementów. Mięso było przepyszne, ogór i wzorowy chleb na zakwasie również.

Pieczony bakłażan z fasolką bułgarską, hummusem i granatem. Vegan i delicious.

Z opuszczeniem Yeżyc też ociągałyśmy się odrobinę, ale tym razem wiedziałyśmy, że kolejny punkt na naszej liście znajduje się zaledwie kilkanaście metrów za rogiem.  

Zwykłe kwiaciarnie nie należą raczej do miejsc zyskujących ogólnopolską, bez mała, sławę. I w gruncie rzeczy wszystko się zgadza, bo superpopularne Kwiaty i Miut zwykłą kwiaciarnią na pewno nie są. To najpiękniej pachnące miejsce w Poznaniu jest niewielkim pomieszczeniem po sufit wypełnionym bukietami kolorowych płatków, długich łodyg i zielonych liści. To Kwiaty; z kolei Miut – Meble, Inspiracje, Upominki, Tekstylia – piętrzą się na wysokim regale zajmującym inną ścianę. Jest tam prosta, ładna, ręcznie produkowana ceramika (której trochę przywiozłam ze sobą do domu), i dużo różnej maści pudełeczek, słoiczków i innych drobiazgów. Gdzieniegdzie, na uchowanych jakimś cudem kawałkach odkrytej ściany, wiszą rogi, świeczniki i obrazki w prostych ramkach.

Oprócz sprzedawania w sklepie kwiatów i pięknych przedmiotów, Kwiaciarnia słynie ze zjawiskowych bukietów komponowanych na zamówienie. Serio, to niby po prostu kwiatki, ale prawie każde zdjęcie na bieżąco oglądane przeze mnie na facebooku, zapiera mi dech w piersiach i sprawia, że chce mi się brać ślub, tu i teraz! Stojący za tym wszystkim ludzie, mnie (i tysiące innych wielbicieli) mają w kieszeni, totalnie zaczarowaną, gotową wsiąść w pociąg jak tylko ogłoszona zostanie data kolejnych warsztatów florystycznych (tak, je też organizują!). Ach!

Zaopatrzywszy się w trochę kwiaciarnianych dóbr, poszłyśmy przed siebie, wykorzystać ostanią godzinę przed odjazdem. Wróciłyśmy się zobaczyć Rynek, zjadłyśmy jeszcze jedne lody (gelato 100% gorzka czekolada – niesamowite!), popodglądałyśmy barany za płotem ZOO i białe tygrysy za szybą lumpeksu, a potem odjechałyśmy, zadowolone i satysfakcjonująco padnięte.  

Do zobaczenia następnym razem w Poznaniu!