Though this be madness...

Uwaga, dziś będę nakłaniać Was do szaleństwa.

Ale spokojnie - nie dość, że tylko pozornie nie będzie w nim sensu (w istocie opiera się bowiem na czystej nauce), to proponowane przeze mnie szaleństwo jest z gatunku pożytecznych, a więc pozostawi po sobie pamiątkę. Skarbem tym będzie masło migdałowe - tak fenomenalne, że gdyby nie znikało niewiadomokiedy wyjadane dosłownie łyżkami, z pewnością uznanoby je za dzieło wiekopomne.

Mimo wspaniałości rezultatu, działania koniecznie do jego osiągnięcia mogą budzić ambiwalentne odczucia. Będę od Was wymagać ponad półgodzinnego stania nad mikserem, ba!, ryzykowania jego życia w imię mało prawdopodobnie brzmiącego sukcesu. Bowiem temu, kto nigdy sam nie robił masła orzechowego, pomysł przetwarzania chrupiących bakalii na płynną pastę może wydać się syzyfową pracą... Ale wierzcie mi, jak krzyczę dziś za szekspirowskim Poloniuszem: Though this be madness, yet there's method in't !  To może się udać, jest w tym metoda.

Kiedy ostrze pójdzie w ruch, w pierwszej kolejności otrzymamy mąkę, następnie jakby mokry piasek. Nie poddajemy się i kręcimy dalej, aż migdałowa masa zacznie robić się mazista. Wciąż uporczywie miksując, obserwujemy jak wytłacza się coraz więcej oleju, a to co powoli możemy zacząć nazywać migdałowym masłem nabiera gładkiej, półpłynnej konsystencji. Niewykluczone, że w międzyczasie Wasze miksery będą gorączkowo krzyczeć o chwilę przerwy - i należy im ją wówczas podarować. Plotki głoszą bowiem, iż żywot niejednego kuchennego robota dobiegł w podobnych okolicznościach końca z powodu przegrzania - migdał to, proszę państwa, twardy orzech do zgryzienia (a my tu o mieleniu na masło!).

Tak czy inaczej, jeśli ktokolwiek - choćby i był to Wasz własny głos rozsądku - spróbuje powstrzymać Was przed pozornie szaloną próbą katowania kuchennego robota miksowaniem chrupiących migdałów, wykrzyczcie mu w twarz te same słowa, którymi Poloniusz przemawiał do Hamleta. Przeforsujcie ten pomysł, i forsując swoje miksery do granic ich wytrzymałości, ukręćcie sobie w domu niebiańskie migdałowe masło z syropem klonowym. W słuszność tego przedsięwzięcia uwierzycie już na etapie podpiekania migdałów, pachną obezwładniająco! A to dopiero zapowiedź tego, co czeka Was po zmieleniu. Efekt końcowy przekona każdego sceptyka: w tym szaleństwie jest metoda; metoda na coś bardzo, bardzo pysznego.

Masło migdałowe
z syropem klonowym

(1 słoik)

2,5 szklanki migdałów
1/3 - 1/2 łyżeczki soli (do smaku)
2 łyżki syropu klonowego

Piekarnik rozgrzać do 200 stopni. Migdały (całe, niełuskane) rozłożyć równomiernie na blaszce i podpiec przez około 7-8 minut. Mają zacząć pięknie pachnieć, nie należy prażyć ich zbyt długo, aby nie były gorzkie. Przestudzić.

Teraz pozostaje już tylko rozpocząć szaleństwo. Migdały wsypać do robota kuchennego i zacząć miksowanie. Powinno trwać około 10 - 15 minut, w razie potrzeby należy robić przerwy, by nie spalił się silnik robota. Pod koniec dodać sól i syrop klonowy. Spróbować, ewentualnie doprawić. Przełożyć do słoiczka i przechowywać w lodówce (lepiej chuchać na zimne), do jednego tygodnia (bez obaw - idę o zakład, że i tak tyle nie wytrzyma). Smacznego!