Le Val de Loire, dla oka (première partie)

Stawianie czoła relacjom z wyjazdów zawsze wymaga ode mnie co najmniej kilku dni odpoczynku po powrocie. Im wakacje lepsze, tym mniej chętnie zabieram się za porządkowanie zdjęć, bo choć ich oglądanie jest super, zawsze zostawia taki mały, przekorny żal, że podróż dobiegła już końca.  

Z Doliny Loary zdjęć nadających się do upublicznienia zrobiło się tyle, że gdybym uparła się zmieścić je wszystkie w jednym wpisie, strona ładowałaby się wystarczająco długo by każdego zniechęcić do oglądania. Relacja będzie więc dwuczęściowa, a zgodnie z zasadą najlepsze na koniec (jedyną słuszną zarówno dla talerza z jedzeniem, jak i raportów z podróży, najwidoczniej), dziś widoki i słowo wstępu, a najlepsze kąski (i to, hm, dosłownie) pojawią się jutro, w kontynuacji.

Ciężko mi zdefiniować się samą jako dziewczę wiejskie lub miastowe. Jestem raczej miszmaszem obu, raz bardziej w jedną stronę, raz w drugą, nigdy jednak nie na jednoznacznym stanowisku. Wychowałam się w stolicy, ale za moich nastoletnich czasów rodzice przenieśli się na wieś, gdzie przez jakiś (niezbyt długi, ale jednak) czas mieszkałam na stałe razem z nimi. To nie była jednak bezkompromisowa wyprowadzka, moje warszawskie życie (szkolne, codzienne, zawodowe, towarzyskie) trwało sobie w najlepsze, urozmaicone tylko dosyć czasochłonnymi dojazdami. W owym czasie je przeklinałam, dziś uważam za element poświęcenia, którego, mimo niewygód, posiadanie rodzinnego domu na pięknym odludziu jest totalnie warte.

Mam ogromnie dużo pozytywnych uczuć dla wsi, choć nigdy nie chciałabym trwale się tam osadzać. Na codzień stoję murem za miastem – i mimo iż ciągle mam potrzebę mieć je pod ręką, pojedyncze elementy mojego życia w nim demaskują sentyment do miejsc bardzo oddalonych. Jajka od rolnika, pieczenie chleba, zioła, kwiaty, kiełki, i mieszkanie w starym domu z wielkim ogrodem, pod warunkiem, że w dwadzieścia minut dojadę rowerem do centrum.. teraz szukam swoich złotych środków, a niewykluczone, że któregoś dnia rzeczy z których dziś nie potrafię zrezygnować staną się zbędne i tyle mnie będzie widzieć każdy Wrocław, Warszawa czy Paryż.

Póki się na to nie zanosi, najlepszym co mogę zrobić jest spędzanie na prowincji wakacji. Odwiedzanie domu rodzinnego siłą rzeczy jest przyjemne, ale w kierunkach obranych dobrowolnie też przejawiam często tendencję do upajania się czarem słabiej przetartych szlaków. W granicach rozsądku, oczywiście – francuska wieś najlepiej smakuje na optymalne ciut-ponad-tydzień, w odpowiednim towarzystwie oraz, bien sûr, z jednodniowym przystankiem na ukochaną stolicę po drodze.

Paryż wziął sobie do serca komplementy o tym jakoby najpiękniej wyglądać miał właśnie w deszczu, i przywitał nas burymi chmurami i ulewą. Warunki te były naprawdę najgorszym co mogło przeszkodzić nam w zaplanowanym na te kilka cennych godzin radosnym bieganiu po mieście. Mimo wszystko, mnie moja klasyczna paryska euforia nie opuściła, i czułam się jakbym wróciła po tygodniu, nie roku nieobecności.

Francuska wieś była dla mnie z kolei tajemniczą nowością. To zupełnie inna bajka niż polskie peryferie. Każda z nich ma jednak swoje atuty i przywary. We Francj trzeba wspinać się na drzewa po brzoskwinie i figi, podczas gdy w Polsce kuca się raczej do krzaczków z maliną czy borówką. Turenii, z tymi jej zamkami i uroczą kamienną zabudową, daleko do polisz arkitekczer, ale nie mają tam na przykład naszych pięknych drewnianych stodoł i domów z bali. Francuzi mogą robić najwspanialsze sery kozie, owcze, pleśniowe i dojrzewające, a mimo to wciąż nie ma szans na twaróg tak dobry jak w Polsce.

Posiedzenie trochę na francuskiej prowincji było takim odpoczynkiem z prawdziwego zdarzenia. Przyjęliśmy miejscowy zwyczaj niekończącej się siesty, śmigaliśmy przez pola słoneczników i kukurydzy od jednej do kolejnej ślicznej (i niczym się nie różniącej) wioski, czasem gdzieś dalej, do Tours czy Chartres. Zamki, kościółki, winiarnie, brocanty, gotowanie, śpiewanie, gry, tańce i kury na tarasie. Kilka imion przyjemności prostego życia w środkowej Francji, których, zapewniam, ma ona w zanadrzu znacznie więcej.

Jutro wypatrujcie kolejnej porcji zdjęć, tym razem przechwałek o tym jak dużo, wspaniale, prawdziwie i pięknie jedliśmy we Francji.

Będzie smacznie.