Lipcowy savoir-faire

Uważam za całkiem zrozumiałe, że niektórzy nie do końca potrafią odnaleźć się w letnim trybie funkcjonowania.

Właściwie może być tak, że piszę o tym niejako podświadomie w odniesieniu do siebie samej. Bo paradoksalnie choć funkcjonuję znacznie lepiej, to nieustannie towarzyszy mi poczucie, że tyle było przecież rzeczy jakie planowałam na ten czas, a które teraz pojedynczo wpadają mi raz po raz do głowy i za chwilę na powrót z niej wylatują. To trochę niewygodna mania, która zamiast pozwolić mi cieszyć się codziennym słońcem przysparza wrażenia, że zapomniałam co najmniej o kilku wielkich letnich projektach (a także kilkudziesięciu małych postanowionkach) – i że będę tego bardzo żałować, kiedy po czasie mi się o nich przypomni. Kolejnej zimy obiecuję sobie spisywać wszystko za czym mi tęskno, aby kiedy znów nadejdą ciepłe dni dokładnie wiedzieć dlaczego tak bardzo się z tego cieszę.

Wśród owych rzeczy – obok wielkich wakacyjnych wojaży, dużych przedsięwzięć i życiowych zmian – są też drobnostki, jak np. przepisy na przetwory do wypróbowania, wycieczka do Poznania czy kolor sukienki jaką koniecznie chcę zdobyć w tym sezonie. Ale mimo rozpiętości tego zakresu, co do jednego wątpliwości nie mam. Wiem doskonale co należy zrobić, kiedy na straganach pojawiają się pierwsze leśne owoce. Po kilku dniach poświęconych na zjedzenie co najmniej kilograma każdego rodzaju, lipcowym savoir-faire jest ciasto.

Ciast najróżniejszych jest bez liku, ale bez naciągania oświadczam, że nie ma tu opcji złego wyboru. Puchate drożdżowe (koniecznie z kruszonką) z zatopionymi jagodami w niczym nie ustępuje lekkiemu biszkoptowi przełożonemu kremem i świeżymi truskawkami. Może być też ucierane (smak mojego dzieciństwa), jogurtowe (najszybsze z możliwych), a przecież są jeszcze tarty, chlebki, no i serniki - tradycyjne pieczone (szczególnie z wiśniami!) oraz na zimno, przykryte - najlepiej domową - galaretką.  O cudownych wypiekowych opcjach mogę gadać bez końca, przejdę więc lepiej do swojej ulubionej: bardzo maślanego ciasta kruchego ze słodko-kwaśnym nadzieniem z porzeczkowego dżemu i owoców. Wspaniałość znana pod nazwą pleśniak, do której mam dość ambiwalentny stosunek, wolę więc sięgać po bardziej deskryptywne opisy tego ciasta. To jeden z nielicznych klasyków kuchni polskiej, za jakimi przepadam. Jeśli macie więcej niż 20 lat, na bank pamiętacie ten smak z dzieciństwa - nawet jeśli nie zdajecie sobie z tego sprawy.

To ciasto zniknęło całe w jeden wieczór za sprawą TRZECH brzuchów (i kilku dodatkowych poczęstowanych osób, ale mimo wszystko przewidywałam dojadanie go w kolejnych dniach). Niech to przemawia samo za siebie.

Kruche ciasto z letnimi owocami
znane jako pleśniak

Źródło przepisu: W kuchni babci i wnuczki, B. Mellerowa i B. Adamczewska

2 szklanki mąki
250 g zimnego masła
4 jajka (żółtka i białka oddzielnie)
½  szklanki cukru pudru + 2 płaskie łyżki (zastąpiłam ksylitolem)
2 łyżki kakao
1 łyżeczka proszku do pieczenia
1 łyżeczka ekstraktu waniliowego
szczypta soli
słoik dżemu z czarnej porzeczki (lub innego kwaśnego)*
garść jagód i czereśni (lub dowolnych letnich owoców)

* ja użyłam domowego, który dostałam w prezencie (merci ) – mało słodkiego a mocno kwaśnego, jeśli Wasz taki nie jest to polecam zmniejszyć ilość cukru w przepisie do 1/3 szklanki!

Mąkę wymieszać z dwiema łyżkami cukru, szczyptą soli i proszkiem do pieczenia. Dodać cztery żółtka i pokrojone na małe kawałki masło. Zagnieść ciasto (ręcznie zajmie to kilka minut, ale można użyć robota kuchennego), ulepić kulę i schować do lodówki na minimum godzinę.

Po tym czasie kulę podzielić na trzy części. Dwie włożyć z powrotem do lodówki, do jednej z nich dodając wcześniej kakao i ekstrakt waniliowy. Trzecią częścią wykleić spód oraz boki tortownicy lub prodiża – w obu przypadkach powierzchnię uprzednio natłuścić tudzież wyłożyć papierem do pieczenia. Ciasto pokryć dżemem i ułożyć owoce. Na nie zetrzeć na tarce kakaową część ciasta. Następnie cztery białka jajek ubić z cukrem na sztywną, bezową masę. Wyłożyć ją na ciasto i przykryć ostanią częścią ciasta, również startą na tarce. Piec 35 – 45 minut (w prodiżu z grzaniem góra-dół, a w piekarniku w temperaturze 180 stopni).

To jest dokładnie ten rodzaj ciasta, które wygrywa wszystko jedzone jeszcze ciepłe, z gałką lodów śmietankowych. Ale jeśli nie macie możliwści takiego serwowania (ja np. przygotowałam je „na wynos” z okazji urodzin pewnej pięknej pani) nie martwcie się – i bez nich jest wspaniałe!