Trois jours à Marseille

Niewiele ponad tydzień temu przerwałam moją najdłuższą od sześciu lat rozłąkę z Francją.

Po raz pierwszy odwiedziłam ją nie stawiając nawet nogi w ukochanej stolicy, ale by przesadnie nad tym nie ubolewać, skupiłam się na wyciągnięciu z tej wyprawy jak najwięcej de toute façon. Do Marsylii pojechałam z konkretną misją i choć nie znam jeszcze jej rezultatów, to widzę teraz że cały ten pobyt, choć ekspresowy, był odpowiednim - i bardzo mi potrzebnym - elementem na właściwym miejscu i we właściwym czasie.

marseille-6410-2.jpg

Ilekroć jestem na terenie Francji, już pierwszy krok po wyjściu z samolotu uruchamia we mnie jakieś lokalne alter ego. Z trybu „dzień dobry” przełączam się na „bonjour”, przestaję zważać na czerwone przy przechodzeniu przez ulicę, a każdy posiłek mogłabym zastępować świeżą tradition i winem. Mieszkając w Paryżu właściwie często sobie na to ostatnie pozwalałam, ale Marsylia – wraz z perspektywą rychłego końca krótkiego w niej pobytu – miała w ofercie za dużo dobroci, które trzeba było gdzieś zmieścić. Pieczywo ograniczone do minimum (tylko tyle by było czym wytrzeć talerz z kolejnych dolewek oliwy), a na pierwszym planie ryby, sery, oliwki i świeże owoce. Najbardziej na świecie żałuję, że nie spróbowałam prawdziwej bouillabaisse (zupy rybnej będącej dumą tego regionu), ale ilekroć miałam tę możliwość, było zwyczajnie zbyt gorąco i wizja miski parującej zupy skutecznie mnie zniechęcała. Pocieszam się myśleniem, że coś przecież musiało zostać pretekstem do kolejnej wizyty.

Marsylia to jedno z najbardziej górzystych miast jakie odwiedziłam. Planując trasy na mapie trzeba pamiętać, że prosty kilometrowy odcinek może okazać się długą wspinaczką w palącym słońcu. Dla mnie jednak to raczej plus, poza tym wiąże się to z pięknymi widokami. No i nie potrzeba pieszej wycieczki na koniec miasta, żeby porządnie się zmęczyć i zejść na rybę do portu!

W przypadku mniejszego głodu, na ratunek przychodzą boulangeries et pâtisseries, czyli piekarnio-cukiernie znajdujące się (naturalnie) na każdym rogu. Warto spróbować navettes, czyli kultowych marsylskich ciasteczek aromatyzowanych wodą z kwiatów pomarańczy. Są mało słodkie i dość twarde, coś pomiędzy sucharkiem a biszkoptem. Bardzo smaczne, ale raczej w towarzystwie kawy, w której można by je umoczyć.

Targi jedzeniowe, czyli moja oficjalna największa słabość, były w Marsylii wyjątkowo bezlitosne. Z połączenia wielu czynników - od pory roku, przez śródziemnomorski klimat aż po francuską "bazarową" tradycję - wynikały kolorowe, głośne, ciągnące się wzdłuż długich ulic pasaże pełne pysznych cudowności. Przechadzając się między nimi marzyłam o dodatkowym żołądku, a teraz, oglądając zdjęcia, mam sobie za złe, że nie jadłam jeszcze więcej, że może ekstremalny przesyt sprawiłby, że nie tęskniłabym teraz do tego tak bardzo!

marseille-6309.jpg

Świeże migdały, które widziałam po raz pierwszy. Były już bardzo dojrzałe, przez co smakiem przypominały cierpkie blanszowane migdały namoczone przez noc w wodzie. Podobno naprawdę młode mają żelkowatą konsystencję winogron i można jeść je razem z zieloną skorupką.

marseille-6314.jpg

Dzielnca Noailles to królestwo egzotycznych specjałów i prawdziwy raj dla każdego smakosza. Zamieszkują ją przede wszystkim społeczności afrykańskie i arabskie, jest więc gwarnie i bardzo aromatycznie, bo na każdym kroku stoją otworem niesamowite sklepy z przyprawami, ziołami, bakaliami i wszystkim innym, co może przydać się w kuchni amatorom dobrego jedzenia. W sklepach jest mało światła i dużo kręcących w nosie zapachów. Nie da się wyjść stamtąd z pustymi rękami, a ja jednocześnie przeklinam i błogosławię ograniczenia bagażowe, które nie pozwoliły mi wydać w Noailles prawdziwej fortuny.

marseille-6312.jpg

Kupiłam jednak chałwę z pistacjami, która okazała się jedną z lepszych jakie jadłam i zniknęła niestety w ciągu jednej chwili po powrocie do domu. Oprócz tego woreczek świeżych, wściekle zielonych pistacji, zapas suszonych pomidorów, tonkę na którą polowałam chyba od dwóch lat, suszone ananasy, ziarna czerwonego pieprzu i chrupki z prażonej ciecierzycy w pudrze.

Inną (lokalną już) delicją były pewne niezwykłe czekoladki, również pozostające już jedynie wspomnieniem. L'Espérantine to połączenie kakaowca z prawdziwą oliwą z pierwszego tłoczenia. Kto mnie zna ten wie, że gorzka czekolada i dobra oliwa to w moim przekonaniu dwie najsmaczniejsze rzeczy na świecie, dlatego ich połączenie śniło mi się po nocach na długo przed dotarciem do Marsylii. Spróbowanie tego cuda było na pierwszym miejscu moich kulinarnych postanowień tego wyjazdu.

marseille-6368.jpg

Z dala od ścisłego centrum, starego miasta i okolic portu.

marseille-6419.jpg
marseille-6458.jpg

Niespodzianka w dzielnicy Le Panier.

Lody-kwiaty w porcie: czekolada sans lait i śmietanka // jogurt i mango-marakuja. Pyszne!

Obowiązkowymi upominkami z podróży były tradycyjne marsylskie mydła, produkowane chyba we wszystkich zapachach świata. Kąpiel w mydlinach bakłażanowych (poważnie) nie jest może najlepszym pomysłem, ja dla koleżanek przywiozłam na szczęście same słodkie aromaty.

Między stronami szkicownika przyjechała też ze mną marsylska lawenda. Ciężko uwierzyć jak mocny ma aromat. Cały zeszyt intensywnie pachnie nią już z metrowej odległości.

To były trzy bardzo dobre dni.