Apéritif...

Pamiętacie mnie jeszcze? Wracam do was właśnie po kilku nieciekawych dniach - z tych, w których (nawet gdyby stres przestał blokować apetyt) szkoda byłoby marnować czas na jedzenie. Żołądki uciszane były czereśniami, czekoladą i mieszanką studencką, zdarzało się też akcentowanie późnej nocy pizzą czy wczesnego ranka najlepszymi lodami (!). Ale choć jeszcze nie po wszystkim, to kawałek najgorszego mamy już za sobą, a ja wracam nieśmiało do swojej kuchni, obrażonej trochę, że dałam jej się tak zakurzyć.

Zanim zaprezentuję wam jakiś przepis z prawdziwego zdarzenia, serwuję apéritif na przeczekanie. Tylko (mimo odpowiedniej zawartości alkoholu w przepisie) nie potraktujcie tego tytułu dosłownie! Przeczekiwaczem jest bowiem ekstrakt waniliowy, jeden z czołowych must-have'ów każdego kuchennego działacza. To cichy bohater, którego jedna łyżeczka wystarczy aby działać cuda. Sama siebie, jako osobę dość luźno podchodzącą do gotowania i nie zawsze zważającą na dokładne proporcje, nie podejrzewałabym o przywiązywanie tak dużej wagi do składnika występującego w niemal mikroskopijnych ilościach. Ciasto ma mieć tylko lekki aromat wanilii, jaka więc różnica czy nadamy mu go łyżką ekstraktu, czy kroplą sklepowego olejku? Otóż myślenie błędne, bo różnica jest ogromna. Owszem, z natury nie przejmuję się przesadnie szczegółowymi wytycznymi (może z wyjątkiem receptur na chleby). Ale kiedy w grę wchodzi jakość wykorzystywanych produktów, sprawa ma się zupełnie inaczej. Kwestia jest oczywista w przypadku kluczowych elementów w przepisach (nie ma sensu zabierać się w lutym za truskawkową tartę z hiszpańskimi mutantami, a spaghetti quatro fromaggi raczej nie zachwyci z seropodobnym produktem z marketowej lodówki), ale zapewniam, że ta sama zasada obowiązuje w przypadku tych składników bardziej na uboczu. Każdy, kto zrobił w domu ekstrakt waniliowy, przekonał się o tym po raz pierwszy skosztowawszy upieczonego z nim ciasta. Każdego, kto zaś tego nie uczynił - gorąco do tego namawiam!

Ekstrakt z wanilii będzie wam służył przez lata. Jest wspaniały nie tylko w wypiekach, dodaję go do lodów (wpływa i na aromat, i na najlepszą, miękką konsystencję), do domowego budyniu, a nawet do kawy i drinków (bardzo ostrożnie, tu zdarzyło mi się przesadzić :) ).  W planach mam też zastosowania wytrawne.

Domowy ekstrakt z wanilii

(wg tych instrukcji)

0,5-litrowa butelka wódki
7-8 dużych lasek wanilii dobrej jakości

Laski wanilii porozcinać wzdłuż na pół i zanurzyć w butelce wódki. Odstawić do kuchennej szafki aż dojrzeje, co jakiś czas mieszając energicznie. Ekstrakt osiąga odpowiednio intensywny aromat po około dwóch miesiącach. Powinien mieć barwę mocnej herbaty (moje zdjęcie jest zrobione pod światło!).

Kiedy ekstraktu ubywa, uzupełniam go nową wódką, na bieżąco dodaję też kolejne laski wanilii (również takie opróżnione z ziarenek - wykorzystywanych w innych przepisach).