Dla Mamy

Ostatnio w rozmowie o 26 maja usłyszałam od rozbawionego kolegi, że mój entuzjazm sugeruje posiadanie co najmniej gromady dzieci, od której spodziewam się prezentów i królewskiego traktowania w tym szczególnym dniu. Jest w tym sporo prawdy - co więcej, tyczy się to stu innych świąt i wydarzeń w moim kalendarzu, które wcale bezpośrednio mnie nie dotyczą. Nie dostaję życzeń kiedy moi przyjaciele się starzeją, ale zawsze wyczekuję ich urodzin z niecierpliwością godną jubilata. Sprawa jest prosta. Każda okazja do zapewnienia kogoś o swojej miłości (najlepiej przy pomocy czegoś smacznego) budzi we mnie niepohamowaną ekscytację.

Jadalne prezenty - ciastka, cukierki, czekolady, przetwory - uwielbiam, ale to już wiecie. Lepsze od ich wręczania jest moim zdaniem jedynie przygotowywanie dla kogoś posiłku z prawdziwego zdarzenia. W to wlicza się bowiem aranżowanie całego nastroju, zadbanie o odpowiednią scenerię, okoliczności, towarzystwo i akompaniament. Mam to szczęście, że wspólne posiłki stanowią u mnie niejako tradycję - od pozornie zwyczajnych rodzinnych śniadań weekendowych w dzieciństwie, po rozpustne i dopracowane uczty, którymi od zawsze świętujemy każde urodziny w towarzystwie nabliższych przyjaciół. Na pikniki nie chodzę bez przygotowanego prowiantu i butelki wina, a od dwóch lat, czyli odkąd wyjechałam z Warszawy, powroty do niej niemal zawsze inaugurują utęsknione powitalne spotkania przy stole.

I choć wspólne ucztowanie nie potrzebuje pretekstów, nabiera jeszcze bardziej specjalnego wymiaru w obliczu szczególnej okazji do świętowania. Dziś jest Dzień Mamy i ci z Was, którzy mają taką możliwość, powinni poruszyć dziś niebo i ziemię aby dołączyć do swoich mam, wyściskać je i nakarmić ich ulubionymi smakołykami!

Ja chciałabym to zrobić tak bardzo, że mimo iż tej możliwości nie mam, i tak przygotowałam coś wyjątkowego na dzisiejszy dzień. Moja mama odkąd pamiętam ma słabość do chałwy. Nie pozostawiło mi to żadnych wątpliwości co do tego czym uczcić jej święto. Lody chałwowe, przyozdobione dodatkowo suszoną różą z naszego ogrodu, i jesteśmy w domu! Te lody (na które recepturę wymyśliłam ja! sama!) są najlepszymi jakie do tej pory zrobiłam – zarówno „jakościowo” (konsystencja, mrożenie, itp.), jak i smakowo. Nic bym w nich nie zmieniła. Wybaczcie przechwałki, ale przebijają w moim rankingu nawet czekoladowe Davida Lebovitza, które zebrały trochę pochwał (przepis też będzie).

Tak jak pisałam, niestety bardziej niż dla mojej mamy, zrobiłam te lody na jej cześć – dzieli nas na codzień kilkaset kilometrów, które skutecznie uniemożliwią mi dziś zaserwowanie jej dużej porcji prosto pod nos. A może podświadomie (i dość sugestywnie) wybrałam na tę okazję smakołyk, który długo się przechowuje i może wytrzymać, na wypadek gdyby mama postanowiła wskoczyć lada moment w pociąg, uznawszy że taka pyszność nie może jej ominąć? (Mamo, czekam z nadzieją, tatę i siostrę wpakuj do walizki (druga też mogłaby się kopsnąć, choć ma trochę dalej), tymczasem ja z tej okazji poświęcę się i pobiję rekord – pierwszych lodów w moim domu o żywocie dłuższym niż jeden dzień).

Lody chałwowe

bezmleczne i bezcukrowe (ale całkiem mimochodem)
porcja ponad 0,5 l lodów

1 puszka (400 ml) mleka kokosowego
80 ml jasnej tahiny
60 ml płynnego miodu
2 żółtka
1 płaska łyżeczka skrobii*
1 łyżka ekstraktu waniliowego lub innego alkoholu
spora szczypta soli morskiej
50 g chałwy
+ pistacje, suszone płatki róży

* ziemniaczanej / kukurydzianej, lub proszku budyniowego (śmietankowego lub waniliowego)

Jajka wyszorować i sparzyć, oddzielić białka (nie będą potrzebne), a żółtka ubić mikserem na puszysty kogel mogel. Pod koniec dodać skrobię (lub proszek budyniowy) i chwilę ubijać, aby dobrze wymieszać. Mleko kokosowe podgrzewać w garnuszku. Kiedy będzie ciepłe, dodać żółtka i cały czas mieszając podgrzewać na małym ogniu przez chwilę (nie doprowadzić do zagotowania, momentalnie się zwarzy!). Masa powinna lekko zgęstnieć, minimalnie bardziej niż samo mleczko kokosowe. Przestudzić.

W międzyczasie zblendować tahinę z miodem, ekstraktem waniliowym i solą. Uwaga, przed odmierzaniem tahiny należy dokładnie wymieszać zawartość słoika (pasta rozwarstwia się i często na górze jest znacznie rzadsza). Dodać ostudzoną zawartość garnuszka, zblendować wszystko razem i spróbować. Na tym etapie masa powinna być za słodka (po zamrożeniu próg słodkości się obniży), więc jeśli taka nie jest, można dodać jeszcze trochę miodu. Schłodzić do temperatury lodówkowej.

Zimną masę przełożyć do maszyny do lodów i postępować zgodnie z instrukcjami. Pod koniec do masy dodać pokruszoną na małe kawałki chałwę. Bezpośrednio po ukręceniu lody będą miękkie, najlepiej włożyć je na kilka dodatkowych godzin do zamrażarki. Serwować z pistacjami i płatkami róży. Smacznego!

(Lody można przygotować też bez maszyny, wówczas masę mrozić w pojemniku i mniej więcej co pół godziny miksować. Ale efekt nigdy nie będzie tak kremowy i puszysty jak w przypadku lodów z maszyny. Namawiałam Was już przy okazji mrożonego jogurtu waniliowo-klonowego z awokado, i namawiam wciąż – kto nie ma maszyny do lodów powninen jak najprędzej ją nabyć. To wynalazek bogów)