Czym czarował miesiąc trzeci

Ok, to zdjęcie musiało pojawić się jako pierwsze, żeby narobić Wam apetytu na najpyszniejszą szakszukę świata. Jest piękna, pyszna, zdrowa, szybka w przygotowaniu, i jedyną jej wadą jest możliwość porysowania patelni widelcem, kiedy będziecie wyskrobywać z niej ostatki (prosta rada - zróbcie to przy pomocy kawałka chleba). Przepis czeka na końcu wpisu, więc możecie już szykować patelnie.

Przedtem opowiem Wam jeszcze o kilku rzeczach, które znalazłam na swoich zdjęciach z marca. O tym, co dobrego działo się w czasie tego (minionego w mgnieniu oka) miesiąca. Myślę, że będę takie zestawienia tworzyć dość regularnie, chcę zacząć zwracać jeszcze większą uwagę na małe przyjemności codziennego dnia. Co o tym myślicie? Oto kilka rzeczy, którymi czarował mnie marzec.

1. A więc szakszuka. Po pierwsze jarmuż, i to że właśnie w marcu powrócił na chwilę na półki mojego warzywniaka. Po sałatce i siedemnastu tysiącach zielonych koktajli czułam, że pożegnałam się z nim godnie. Kiedy z ostatniej porcji powstała szakszuka, wiedziałam, że dopiero teraz nasza wspólna przygoda uczczona została z należytą pompą. Przepis, tak jak pisałam, czeka na końcu. Zróbcie. Mówię Wam, kiedy przełkniecie ostatniego kęsa, poczujecie, że można już umierać w spokoju.

2. Nowe ścieżki wrocławskie. Zimą niechętnie eksplorowałam swoje bądź co bądź wciąż przecież niepoznane miasto.  Słońce, które wyciąga mnie teraz na spacery i rowerowe wycieczki, motywuje do skręcania w nowe ulice i zaułki. Mam pokaźną listę miejsc "zasłyszanych" lub poleconych, których odwiedzenie skrupulatnie zaplanowałam na najbliższe ciepłe dni. Na pełnym etacie mam też naprawdę świetnych wrocławskich przewodników, którym za atrakcje odpłacam się pożyczając książki kulinarne i piekąc cynamonowe brioszki z kruszonką.

3. Pikniki. Marzec był w tym roku wyjątkowo hojny w kwestii słońca, a wiadomo że to właśnie te pierwsze ciepłe dni wprawiają nas zawsze w największą euforię. Kiedy piknik rozkładamy na ziemi, z której kiełkuje dopiero gdzieniegdzie zielona trawa, a jednak wydaje nam się, że piękniej by już być nie mogło. Kawa smakuje wówczas idealnie z plastikowego kubka, a w kostki przyjemnie łaskoczą spacerujące po nich mrówki.

4. Wizyta u babci - spontaniczne jednodniowe wczasy z siostrą. Spotkanie na dworcu (jeździmy teraz w końcu z dwóch różnych stron Polski), a kilka godzin później na nim rozstanie. W międzyczasie babciny obiad, spacery, rozmowy, dużo śmiechu, słońca i lodów.

5. Powrót na pchle targi, kiedyś znacznie częściej przeze mnie odwiedzane. Zapomniałam już jak łatwo jest przynieść do domu prawdziwe skarby, pozbywszy się z portfela zaledwie kilku złotych. Staram się nie kolekcjonować gratów, które zachwycają mnie tam na każdym kroku, żeby nie zarastać później ogromem mało przydatnych staroci. Choć to trudne, pozwalam sobie tylko na rzeczy, których wiem, że będę używać - kosmetyczka, puszka na kawę czy akcesoria kuchenne na pewno długo mi posłużą! (Błękitna ceramiczna rączka to mały wyjątek, nie mogłam odmówić sobie takiego skarbu. Ale i dla niej z pewnością znajdę jakieś szalenie użyteczne zastosowanie).

6. Szeroko pojęta aktywność fizyczna, najnowszy nałóg w mojej kolekcji! Nie wiem dlaczego tak bardzo (i tak nagle) mnie uzależniła. Czy to zaspokajanie zapotrzebowania na endorfiny (dużymi ilościami czekolady przyzwyczaiłam swój organizm do dość wysokiego ich poziomu)? Uleganie przedwiosennej modzie na bycie fit? Słusznie usprawiedliwione "I really like running because I really really really like food"? Piękny śliwkowy kolor moich sportowych butów, który sprawia, że mam ochotę wskoczyć w nie ilekroć spojrzę w ich stronę? Nie wiem, ale odpowiedź wcale nie jest mi potrzebna. Cieszę się tym, jak wiele przyjemności mam z porannego biegu czy zmordowania się raz na jakiś czas na siłowni. Od czasu okazjonalnego tenisa w podstawówce i chwilowej fazy na taniec nowoczesny we wczesnych latach nastoletnich, nie ruszałam się praktycznie wcale (rower jako środek transportu nie jest w moim wykonaniu sportem wyczynowym). Zakwasy bolą, ale w dobrym tego słowa znaczeniu. Fajnie jest odkryć, że ma się mięśnie, o których istnieniu nie miało się pojęcia!

No, a teraz łapcie za patelnie. Do przepisu!

Szakszuka z jarmużem i serem kozim

2 porcje

Przepis z magazynu Kinfolk

duża garść jarmużu (można spróbować też wersji ze szpinakiem)
1 ząbek czosnku
1 mała cebula (np. dymka)
2 puszki całych pomidorów pelati
1 łyżeczka zmielonego kuminu
1 łyżeczka słodkiej papryki (można dodać pół na pół z wędzoną, jeśli lubicie)
duża szczypta pieprzu kajeńskiego
4 jajka
ser kozi, półtwardy
świeża bazylia i natka pietruszki (duuużo)
pieprz czarny
+ ulubione pieczywo

Jarmuż wymyć i osuszyć. Wyciąć liście i posiekać je drobno. Na dużej (!) patelni rozgrzać odrobinę oleju dobrego do smażenia (np. rzepakowego) i zeszklić posiekaną cebulę. Dodać czosnek i jarmuż i wszystko razem podsmażać do zmięknięcia. Następnie dodać przyprawy – kumin, paprykę i pieprz cayenne. Całość przemieszać i zalać pomidorami (dodajemy całą zawartość puszki, razem z sokiem). Można je lekko rozdrobnić szpatułką. Zmniejszyć ogień i dusić około 10 – 15 minut, aby nadmiar wody odparował. Kiedy pomidorowa pulpa zgęstnieje, posolić ją, przemieszać i zrobić cztery wgłębienia. Wbić jajka, każde z nich osobno lekko posolić. Przykryć patelnię i trzymać na małym ogniu jeszcze kilka minut, do momentu gdy jajka będą ścięte w stopniu, jaki sobie wymarzycie (żółtka powinny jednak pozostać płynne).

Szakszukę posypać kozim serem i dużą ilością świeżej bazylii oraz pietruszki. Doprawić czarnym pieprzem i podawać z ulubionym pieczywem (zgrillowanym, i z masłem jeśli lubicie). Najlepiej jeść prosto z patelni! Ale z talerza też smakuje dobrze (wygodniej będzie sięgnąć po raczej głębokie naczynia).

Smacznego!