Na opak

Gdzieś ostatnio mignął mi artykuł, w którego tytule Polska okrzyknięta była przyszłą wegańską stolicą Europy. Jeśli utrzyma się tempo rozwoju tego trendu w naszym kraju, w istocie może to nastąpić! Moda na proroślinny tryb życia u nas szaleje, propaguje go coraz więcej restauracji, organizacji, sklepów, inicjatyw (bazarowych, na przykład), a także różnorakie osobistości, książki, blogi, magazyny... Przede wszystkim jednak, coraz więcej zwykłych śmiertelników daje się namówić do przejścia na wegańską dietę. To rewolucja, jako że ludzie często mają opory przed porzuceniem produktów zwierzęcych – są do nich bardzo przyzwyczajeni. Gotowanie z samych roślin jest wyzwaniem, na podjęcie którego nie każdy czuje się na siłach.

A ja to zawsze muszę w jakiś sposób podchodzić do rzeczy na opak.

Na pierwszy rzut oka wcale tak nie jest, przeciwnie, wydaje się że trochę tej modzie ulegam. Zdałam sobie właśnie sprawę, że gdyby nie wczorajszy omlet na śniadanie, to z czystym sumieniem mogłabym powiedzieć, że od prawie tygodnia jadłam niemal wyłącznie wegańsko! Nie biorę tu pod uwagę jajek wchodzących w skład majonezu czy piernika od koleżanki, w którym prawdopodobnie było masło – detali tego rzędu ciężko byłoby uniknąć bez poświęcenia im należytej uwagi. Chodzi mi o zarys moich głównych posiłków, o ich bazy w postaci warzyw, roślin strączkowych, zbóż, kaszy, orzechów i nasion.

Ten ostatni tydzień był dla mnie bardzo wymagający – ogrom pracy i nauki, ciągłe kursowanie między dwoma końcami miasta, zero snu, kot uskarżający się na niedobór miłości... Jednym słowem zupełny brak czasu, naturalnie widoczny również na talerzu – pod postacią jedzenia łatwego, szybkiego i w prosty sposób satysfakcjonującego. A że jedzenie to okazało się przy okazji prawie w pełni wegańskie... wniosek jest prosty. Dla mnie zrobienie dobrego kotleta to wyzwanie większe niż skomponowanie obiadu bez niego. Dieta roślinna jest bardziej intuicyjna i łatwiejsza.

Owszem, uwielbiam dobre mięso, i nie ma chyba na świecie sera, o którym nie zdarzyło mi się jeszcze śnić w nocy. Ale zawsze czuję, że gotowanie z tymi składnikami wymaga ciut więcej inwencji i wysiłku. W odróżnieniu do większości ludzi, których do roślin trzeba przekonywać, dla mnie ograniczenie się do nich byłoby pójściem na łatwiznę!

Ale nie zrozumcie mnie źle – to nie tak, że na prostocie kończy się lista zalet bycia wege. Ja to jedzenie uwielbiam, tak samo za łatwość przygotowania jak i za wszystkie bogactwa, które oferuje podniebieniu. Na przykład dzisiejszy pasztet. Kosztował mnie może z piętnaście minut stania przy blacie, a później niewspółmiernie zachwycił smakiem – i zachwycałby pewnie przez okrągły tydzień (tak bardzo wygodne rozwiązanie!), gdybym podekscytowana nie rozdała prawie całego zapasu znajomym.

Kocham prawdziwy pasztet, który piecze moja babcia, ale sama póki co za Chiny nie potrafiłabym zrobić równie smacznego. Całe szczęście, że uzbrojona jestem w zapas domowych pomidorów – po drodze im z fasolą, której miksowania nie boję się wcale!

Wegański pasztet z fasoli adzuki
z czarnymi oliwkami i suszonymi pomidorami

przepis własny na podst. wielu różnych, głównie tego

200 g suchej fasoli adzuki
1 duża marchewka
1 duża biała cebula
50 g suszonych pomidorów z zalewy
150 g czarnych oliwek
1 ząbek czosnku
1 kopiasta łyżka świeżo zmielonego siemienia lnianego
kilka łyżek oliwy (lub oleju z suszonych pomidorów)
1 łyżka jasnego sosu sojowego
kropla octu balsamicznego
duża szczypta mielonej gałki
½ łyżeczki białego pieprzu
1 łyżeczka suszonego tymianku
szczypta cukru
sól, pieprz (dużo, do smaku)
3-4 suszone liście laurowe
mąka lub bułka tarta do wysypania formy

Fasolę moczymy w zimnej wodzie przez kilka godzin, najlepiej całą noc. Następnie płuczemy i gotujemy do miękkości w nieosolonej wodzie. Odsączamy i studzimy. Na patelni rozgrzewamy łyżkę oliwy i szklimy na niej pokrojoną cebulę. Kiedy będzie miękka dodajemy drobno posiekany czosnek i przyprawy – gałkę, biały pieprz i tymianek. Dusimy jeszcze kilka minut.
W dużej misce łączymy całą zawartość patelni z ugotowaną fasolą, upieczoną marchewką, suszonymi pomidorami i 100 g oliwek (50 g zostawiamy w całości). Blendujemy na tak gładko, jak nam się wymarzy (ja lubię, kiedy masa jest prawie – ale jednak nie całkiem – jednolita). Podczas miksowania na bieżąco dolewamy oliwy (lub oleju z suszonych pomidorów) – do uzyskania wilgotnej konsystencji, około 5-6 łyżek. Na koniec dodajemy szczyptę cukru, sos sojowy i odrobinę octu balsamicznego. Doprawiamy solą i pieprzem, próbujemy jak odpowiada nam smak i ewentualnie zwiększamy udział przypraw.
Masę przekładamy do lekko natłuszczonej i wysypanej mąką lub bułką tartą formy (użyłam mąki z ciecierzycy). Na wierzchu układamy liście laurowe i ewentualnie więcej suszonych ziół. Pieczemy w temperaturze 180 stopni około 45 minut. Kroimy dopiero po całkowitym ostudzeniu. Smacznego!