O Gwiazdce, piernikach i kalendarzu na rok 2015

Pierwsza wiadomość od Asi przyszła już kawał czasu temu. Mimo to, świetnie pamiętam taniec radości jaki odtańczyłam po jej przeczytaniu, i to zdystansowanie, o którym podczas pisania odpowiedzi nieustannie musiałam sobie przypominać, by nie zabrzmieć zbyt nieprofesjonalnie. Z zasady lubię rzeczy sensowne i produktywne, i takimi staram się w życiu otaczać. Jedną z dziedzin, w których okazuje się to najtrudniejsze, są szerokopojęte współprace proponowane mi jako autorce bloga. Swego czasu czułam się w jakiś sposób doceniona za sprawą każdej otrzymanej oferty, nieważne jak nieinteresująca by dla mnie była. Grzecznie odpisywałam, że niezmiernie mi miło, dziękuję, i bardzo żałuję, ale oryginalne założenie mojego bloga jest inne. Im dłużej prowadzę Coutellerie, dostając coraz więcej maili w których moje imię jest naprędce wklejone (i to niekiedy z błędem), tym lepiej rozumiem, że to niestety nic osobistego. Nie chcę tu reklam, banerów i lokowania produktu, dlatego z miejsca odrzucić muszę większość propozycji jakie dostaję. Ale co jakiś czas trafia się coś super. I taka była wiadomość od Asi!

(Dziś podkład muzyczny zawdzięczamy Uli, której świąteczna playlista mnie natchnęła)

Asia jest przedstawicielką Baziółki, polskiej firmy sprzedającej świeże zioła. Co roku tworzą oni ścienny kalendarz pełen ziołowych smakołyków. I cały rok 2015 postanowili powierzyć mi! Chyba nie muszę już wyjaśniać skąd ten taniec szczęścia, o którym wspomniałam na początku. Tworzenie menu ekscytuje mnie nawet przed obiadem organizowanym dla przyjaciół, wyobraźcie sobie więc radość z obmyślania dwunastu wyjątkowych dań i przeżywanie z nimi całego nadchodzącego roku! Nie mówiąc już o tym, że wszystko to musiałam przecież ugotować, sfotografować, a potem zjeść lub rozdzielić między znajomych – a każdą z tych rzeczy szczerze przecież uwielbiam.

Zresztą, jakby nawet projekt sam w sobie nie był dla mnie bardzo interesujący, to Baziółkę jako firmę chciałabym poprzeć – są polscy, są naturalni, podsuwają na swojej stronie fajne przepisy, ale co najważniejsze produkują po prostu bardzo dobrej jakości świeże zioła, z których korzystam od dawna w kuchni w domu i w pracy. (Zrobiliśmy razem kalendarz, ale nie miałam w umowie wychwalania ich na blogu – to moja własna, nieopłacona opinia;))

Oto pełne menu, które zaserwowałam Baziółce:

Styczeń – Chili con carne na ciemnym piwie
Luty –  Zupa krem z pietruszki i pomarańczy z oliwą rukolową
Marzec – Bajgiel z wegeburgerem buraczanym i sałatką z ogórka i mięty
Kwiecień –  Czarny makaron z wędzoną makrelą, kaparami i pietruszką oraz lubczykiem
Maj – Margarita brzoskwiniowa z bazylią tajską i fioletową
Czerwiec –  Kurczak w ziołowej skorupce migdałowej z pieczonymi warzywami
Lipiec – Koperkowe lody na patyku ze śliwkami i makiem
Sierpień – Pesto z oregano i orzechów laskowych, na polencie z jajkiem w koszulce
Wrzesień – Wytrawne dyniowe pancakes z szałwiowym beurre noisette
Październik – Ciasto czekoladowe na oliwie z kremem chałwowym z rozmarynem
Listopad – Pulled pork w ziołach (na kanapce z konfiturą z cebuli i chrzanowym majonezem)
Grudzień – Trufle z białej czekolady z cytryną i tymiankiem

Przepisy będą sukcesywnie publikowane na stronie Baziółki, dlatego jeśli któryś z nich brzmi dla Was interesująco, wypatrujcie uważnie! Sam kalendarz wyszedł pięknie, zachwyciłam się i znów niemal zaczęłam tańczyć, kiedy dostałam go w swoje ręce. Po pierwszej swojej publikacji w magazynie pisałam jak fajnie jest widzieć siebie na papierze - tym razem poczułam to dwunastokrotnie mocniej. W środku jest też kaligrafia Zosi Różyckiej, którą podziwiam odkąd pierwszy raz spotkałam na Koszykach czy w My'o'my.

A tymczasem mam dla Was recepturę na pierniczki, które możecie upiec nawet dziś. Nie wymagają leżakowania ani przed, ani po upieczeniu. To trochę miks klasycznego pierniczka z kruchym ciastkiem korzennym. Ale jaki udany! Trochę rosną, więc nie układajcie ich na blaszce zbyt blisko siebie. I nie przejmujcie się jeśli po wypieczeniu stracą kształt (pierniczek na przedostatnim zdjęciu, z moim logo – tak, to gałązka oliwna, a nie skorpion!!! – jest zrobiony z innego ciasta).

Pierniczki pyszne od razu po wypieku

przepis Magdy

¼ szklanki miodu
80 g masła
½ szklanki cukru trzcinowego
1 jajko
2 ¼ szklanki mąki
1 łyżeczka sody oczyszczonej
3 łyżki przyprawy do piernika
opcjonalnie: 1 łyżeczka kakao (dla koloru)

Miód i masło podgrzać w garnuszku, aby się połączyły. Dodać pozostałe składniki i wyrobić ciasto – ręcznie lub z pomocą robota. Schłodzić w lodówce lub zamrażarce, będzie się z nim lepiej pracowało.

Ciasto wałkować na grubość pół centrymetra, podsypując mąką (jest miękkie, trochę się klei). Wycinać pierniczki, układać na blaszce wyłożonej papierem. Piec w temperaturze 180 stopni przez 10-15 minut (trzeba kontrolować, piekarnik piekarnikowi nierówny). Zaraz po wyjęciu są bardzo miękkie, ale po przestudzeniu stają się idealnie kruche.

Gotowe pierniczki można dekorować lukrem czy czekoladą – jeśli jednak tak jak my robicie je naprawdę last minute i na ozdoby nie ma już czasu, nic się nie przejmujcie, w wersji plain niczego im nie brakuje. Można na przykład delikatnie oprószyć je cukrem pudrem (tutaj - trzcinowym). Najlepiej smakują oczywiście w towarzystwie kawy, herbaty lub gorącego kakao.

IMG_1013.jpg

Szczęścia i chwili spokoju kochani, ode mnie, całej rodziny i oczywiście od Luizjany!