Oczy w kolorze dyniowego vinaigrette

 

Założenie było proste.

Upiec małą dynię i przerobić ją na puree, które następnie podzielić na trzy części i na bazie każdej z nich stworzyć jakieś pyszne danie. Wciąż nie wiem czy to  jeszcze niefortunny zbieg okoliczności, czy już klątwa... ale nie da się ukryć, że od zaanonsowania tego przedsięwzięcia przy pierwszym przepisie (hop korzenne pancakes) dyń upiekłam już piętnaście, bynajmniej nie tworząc z nich czterdziestu pięciu innowacyjnych potraw. Zamiast tego pospiesznie dodawałam po trochu do makaronu czy miksowałam na prowizoryczną zupę, dbając by żaden z moich ostatnich posiłków nie przekroczył przypadkiem złotych siedmiu minut, maksymalnego czasu przygotowania na jaki mogłam sobie pozwolić. Tym sposobem ów pierwszą część cyklu zamiast ucztą Trzyd(y)niową powinnam była ochrzcić Trzytygod(y)niową, bo prawdziwy szmat czasu zajęło mi opracowanie trzeciego przepisu na dyniowe cudo do mojej przeklętej blogowej serii.

Chciałam, kochani, ale nie mogę – żadnych więcej wpisów cyklicznych na tym blogu! Wiem, że to dziecinne, ale zwalenie winy na obligatoryjność jako psychiczną barierę w publikowaniu wydaje mi się rozsądne; cokolwiek innego, co mogło być przyczyną (kot, studia, praca i przede wszystkim coraz więcej projektów, w które się angażuję) nigdzie się nie wybiera, a więc oficjalnie uznane za przeszkody dalej stałyby mi na drodze. 

O projektach i pracy w przyszłości opowiadać będę sporo, o studiach raczej słuchać nie chcecie... całe szczęście, że przynajmniej kota mogę przedstawić Wam już dzisiaj. Niewiele ponad tydzień temu adoptowałam najbardziej uroczego szkraba jaki kiedykolwiek stąpał po ziemi. Luizjana jest wychowanką jednej z nieciekawych wrocławskich ulic. Trzy miesiące, które sobie liczy, przeżyła naturalnie unikając konaktu z człowiekiem. Jest jeszcze płochliwa i najbezpieczniej czuje się pod kanapą, ale wystarczy zacząć drapać ją za uchem aby nagle zmieniła się w mruczącą kulkę z impetem wtulającą się we wszystko co znajduje się na horyzoncie (moją twarz, głównie). Znajomi przychodzą do mnie i śmieją się, że trąbię o kici, a jej nie widać – i, cóż, na razie to prawda, ale pracujemy nad jej nieśmiałością, nieustannie robiąc godne podziwu postępy! Najpierw pierwsza typowo kocięca reakcja na zabawkę była rarytasem, za jakiś czas już Luizjna wystawiła nos w towarzystwie obcych, a zanim ktokolwiek się obejrzał brawurowo atakowała sznurówkę siedzącego na kanapie gościa! Mnie każdy ten progres cieszy co najmniej jakby dziecko stawiało mi pierwsze kroki. Dziś rano pierwszy raz wgramoliła mi się sama z siebie do łóżka i wyraźnie dała do zrozumienia, że moja sześciogodzinna przerwa na sen to dla niej trochę za długi odstęp w pieszczotach. Mam z nią dobrze, bo zawsze doskonale wiem co próbuje mi zasygnalizować. Wiecie, ma bardzo sugestywne spojrzenie. Oczu w kolorze dyniowego vinaigrette!

Dyniowy vinaigrette
w sałatce z ciecierzycą, gorgonzolą i granatem

1/3 szklanki puree z dyni, najlepiej piżmowej
1/3 szklanki dobrej oliwy z pierwszego tłoczenia
2 łyżki octu jabłkowego
1 łyżka białego octu winnego
1 łyżka delikatnego miodu lub syropu klonowego
1 duży ząbek czosnku
taki sam kawałek imbiru
szczypta cynamonu
szczypta suszonego tymianku (lub płaska łyżka listków świeżego)
dużo soli i świeżego czarnego pieprzu
ew. woda lub oliwa do rozcieńczenia

dodatkowo:
1,5 szklanki ugotowanej ciecierzycy (lub 1 puszka, opłukanej)
nasiona z ½ dużego owoca granatu
100 g gorgonzoli, w kostkę
pestki dyni, uprażone na suchej patelni
rukola, kilka garści ulubionej sałaty
ulubione pieczywo / naan / pita

Wszystkie składniki na dressing zmiksować na gładko, dodając na koniec tyle wody lub oliwy ile będzie koniecznie do uzyskania pożądanej konsystencji. Ja zawsze robię sosy raczej gęste, następnie bezpośrednio przed użyciem odpowiednio je rozcieńczając – w drugą stronę to niestety nie działa!

Dyniowy vinaigrette jest wyrazisty, kwaśny, przepysznie orzeźwia zwyczajną garść zieleniny, którą możecie podać jako side dish do obiadu. Inną opcją jest dorzucić na talerz jakiś konkret, np. w postaci strączków, a do przegryzania (i późniejszego wytarcia talerza) zaopatrzyć się w ulubione pieczywo, czy – jak u mnie – samodzielnie upieczone chlebki naan. Wówczas niepozorny talerz z sałatką staje się pełnoprawnym posiłkiem. I to sponsorowanym przez niby zwykły sos! Smacznego!