before there comes More

Postanowiłam, że nie kupuję kolejnych książek. Nie dopóki nie nadgonię z tym, co już stoi na moich półkach – a dokładniej co leży na moim stole, koło mojego łóżka, na kuchennym blacie i na dnie wielkiej torby. Moja lista do przeczytania jest na dzień dzisiejszy naprawdę długa, a ja mam tak mało czasu by coś w tej kwestii zmienić! Ostatnio moją jedyną literaturą są maile, dokumenty, bibliografie i, od święta, słownik łacińsko-polski. W wolnym czasie też nie czytam za dużo, czuję chyba potrzebę resetu – od kolejnych lektur wolę wtedy rozmowy, dobrze działa też na mnie odkrywanie talentów Luizjany (mój kot jak wytresowany aportuje korkiem od wina), zasypianie przy filmie i - w ostateczności - pisanie przydługich postów na bloga (pozdrawiam!).

IMG_0762.jpg

Ale gotuję trochę. Po części jestem zmuszona, właśnie ze względu na różnorakie projekty, ale dużo robię też tak po prostu, dla relaksu, dla siebie, dla znajomych i dla wymówek, bo pracę w kuchni od zawsze uważam za wystarczająco produktywną by być wartą niespełnienia jakiegoś obowiązku czy dwóch. No więc gotuję, także teoretycznie w temacie mojego książkowego postanowienia powinnam dać sobie dyspensę na pozycje kulinarne. Generalnie lubię kupować książki i dość często bywam w swojej ulubionej wrocławskiej księgarni (oraz dwóch antykwariatach), ale do kucharskich mam słabość szczególną, chciałabym je nabywać bez końca, naprawdę. Ze względu na ciągłe pragnienie pracy nad sobą i swoją silną wolą - no i troochę też na brak funduszy – uznałam, że tej dyspensy sobie nie udzielę. Nabyłam Jadłonomię i powiedziałam papa kolejnym zakupom. Później na chwilę odstąpiłam od swojego postanowienienia przez Davida Lebovitza, i zaraz potem dałam sobie już ostatecznego bana na nowości.

Trwanie w mojej decyzji nie jest pójściem na łatwiznę, do jakiego zdarza mi się czasem uciec (kiedy np. postanawiam przejść na dietę w momencie w którym uda mi się opróżnić pudełko lodów). Rynek książek kulinarnych zdecydowanie pusty nie jest. Szczególnie dla miłośników Ottolenghiego, do których bezsprzecznie się zaliczam. Właśnie ukazało się polskie wydanie Jerusalem, a światową premierę ledwo co miała Plenty More, luźna kontynuacja mojej ukochanej książki Yotama. Trzymam się jednak twardo, może dlatego, że mam te cuda mimo wszystko na horyzoncie – ustaliłam sobie trzy niewygodne cele jakie muszę osiągnąć, żeby nagrodzić się ich kupnem. A jeśli w którejś kwestii zawalę, to liczę że znajomi lub rodzina znają mnie na tyle dobrze (tudzież czytają tego bloga na tyle uważnie), że będą wiedzieli co sprezentować mi w tym roku na święta.

W międzyczasie skupiam się na tym, co mam pod ręką. Na wypróbowanie czekają jeszcze setki przepisów z książek, które posiadam od dawna. Niektóre z nich stoją na półkach już tak długo, że przestałam w ogóle zwracać na nie uwagę. Niech ta przerwa od nowości oczyści mi głowę i pozwoli skupić się na skorzystaniu z tego co już mam, do ostatniego okruszka.

Nie zaczynamy jednak od żadnego dania ukrytego w którejś z moich książek i odkrytego dopiero wczoraj dzięki jakiemuś „oczyszczaniu”. Na pierwszy ogień idzie mój hit i klasyk, pieczone bakłażany z maślanką, granatem i za’atarem Ottolenghiego. Są one trochę wizytówką Plenty. Po pierwsze dlatego, że są wyjątkowo rozpoznawalne (i popularne wśród blogerów). A po drugie stanowią kwintesencję tego, co prezentuje cała książka – prostoty, wschodniego twistu i prze-prze-dobrego smaku. Robiłam to danie siedem razy, jest moim ratunkiem zarówno na dni w których jem sama i nie chce mi się  kombinować, jak i na specjalne okazje, kiedy potrzebuję sprawdzonych, niezawodnych receptur sprostujących licznym wymagającym podniebieniom. Nigdy nie robiłam mu zdjęć, teraz – dzięki mojemu odwykowi zakupowemu – doceniam je, razem z resztą książki, na nowo. Wiele z Was na pewno nie posiada Plenty, jest też szansa, że nie trafiliście do tej pory na ten przepis w internecie – niech więc będzie Wam dane. Zanim nadejdzie More – wyciśnijmy sto procent z Plenty.

(Możecie albo zjechać trochę niżej i go przeczytać, albo kliknąć tutaj i posłuchać samego Yotama przygotowującego swój specjał.)

Pieczone bakłażany z sosem maślankowym, za’atarem i granatem

źródło przepisu: PLENTY, Yotam Ottolenghi

2 porcje (jako danie, lub 4 jako przystawka)

na sos:
100 g jogurtu greckiego

½ szklanki maślanki
1,5 łyżki oliwy + odrobina na wierzch
1 ząbek czosnku, starty na drobnych oczkach
sól morska

dodatkowo:
2 duże bakłażany
oliwa do nasmarowania
2 łyżeczki listków świeżego tymianku (najlepiej cytrynowego, ale zwykły też jest OK)
sól morska, czarny pieprz
1 nieduży granat
za’atar

Rozpoczynamy od przygotowania sosu. Wszystkie składniki mieszamy dokładnie trzepaczką, dostosowując proporcje jogurtu i maślanki tak aby końcowy efekt był dosyć gęsty (mi tym razem wyszedł dość rzadki, też dobry, ale mniej wygodny w obsłudze). Wstawiamy do lodówki.

Piekarnik rozgrzewamy do 200 stopni. Kroimy bakłażany wzdłuż na pół (razem z łodyżkami – względy estetyczne). Ostrym nożykiem nacinamy każdą połówkę trzy lub cztery razy na krzyż nie naruszając skórki. Układamy w żaroodpornym naczyniu. Następnie przy pomocy pędzla nacieramy wierzchy oliwą (w oryginalnym przepisie tak długo, aż przestanie się „mieścić”, ja osobiście nie lubię tych bakłażanów przesadnie przesiąkniętych. Mój ideał to mniej więcej 2-3 łyżki oliwy na jedną połówkę. Mniej nie radzę dawać, jak wiadomo nie ma nic gorszego niż źle upieczony, gąbczasty bakłażan). Następnie każdą połówkę posypujemy hojnie solą, pieprzem i tymiankiem. Oprócz listków można ułożyć też kilka całych gałązek, pięknie się prezentują. Pieczemy przez około 40 minut, aż bakłażany będą miękkie, pokurczone i ciemnozłote.

Po wyjęciu studzimy bakłażany, następnie dekorujemy sosem i pestkami granatu. Na samą górę dodajemy kilka kropel swojej najlepszej oliwy, kilka sporych szczypt za’ataru i ewentualnie odrobinę świeżego tymianku. Podajemy z pitą albo ulubionym jasnym pieczywem. Smacznego!