1000 dni na Ziemi

Wczoraj minął dokładnie tysięczny dzień od momentu opublikowania pierwszego przepisu na moim blogu.

To ciekawszy jubileusz niż zwyczajne urodziny. Dwa czy trzy lata gotowania i pisania – fajnie, długi staż. Ale tysiąc dni? W tym jest już jakiś majestat, coś co z jednej strony budzi we mnie zdumienie konsekwencją mojego zapału, z drugiej daje satysfakcję, a z trzeciej, czwartej i piątej jest hołdem ku czci jednego z moich ulubionych ludzi.

(Kliknijcie w odtwarzacz muzyki obok w bocznym pasku, jeśli chcecie, żeby przemówił.)

Z okazji minionego niedawno dwudziestotysięcznodniowego jubileuszu swojego żywota, Nick Cave stworzył film. I choć Coutellerie świętuje dziś odrobinę mniej niż on, ja planowałam zrobić dokładnie to samo. Nie miał to być, jak w jego przypadku, jakiś kawał świetnego(!) kina, żaden mój filmowy portret czy dzień z życia mojego bloga (hehe). Nagrywanie chodzi mi po głowie już od dłuższego czasu.. ale zacząć chcę mimo wszystko od filmów kulinarnych!

Odkąd trzy lata temu zobaczyłam zachwycający Jiro śni o sushi, mimo całej mojej miłości do fotografii wpadłam jak śliwka w kompot w możliwości jakie oferuje estetyka filmowa. Przecież kiedy decydowałam o wyborze mojego pierwszego własnego aparatu, ostatecznie dokonałam go mając na uwadze właśnie możliwości sprzętu w kwestii wideo. Filmy to zupełnie inna bajka niż zwyczajne robienie zdjęć. Ale dla mnie jest też znacznie trudniejsza, zarówno technicznie jak i organizacyjnie. Cały czas nie wiem też po której stronie obiektywu (tudzież kuchennego blatu) zaczynać, bo w odróżnieniu do dokumentowania zdjęciami, tu nie da się robić jednego i drugiego. Możecie być jednak pewni, że moja zajawka się nie rozpłynie i za pewien czas – nawet jeśli miałoby mi to zająć jeszcze dziewiętnaście tysięcy dni na Ziemi –  zaprezentuję Wam jakiś krótki seansik. Może nie od razu będzie to dzieło wiekopomne, ale od czegoś trzeba zacząć, a przecież im się zacznie niżej, tym obszerniejsze pole zostaje do pięcia się w górę!

No właśnie, bo ja dziś chciałam o zaczynaniu. Film nie jest gotowy, więc mi z okazji jubileuszu zebrało się na wspominki. Ten mój pierwszy z pierwszych wpis – marokańska potrawka z kurczaka – niestety nie znajduje się już na blogu, czego żałuję, jako że to on de facto obchodzi dzisiejsze święto. Jednak przy przenoszeniu strony na nową domenę odrzuciłam ponad połowę tego co było na blogu, bo mam obsesję na punkcie świeżych początków i chciałam, żeby przeprowadziły się ze mną tylko te naprawdę najlepsze przepisy. Tamta receptura nie zakwalifikowała się ze względu na brak precyzjności, a także nieporadnie sklecony wstęp i zdjęcia pstryknięte w świetle lampki nocnej. Słowem, nic czym można by się chwalić, a jednak dziś właśnie trochę to robię, chwalę się bo się cieszę, tak bardzo się cieszę, że wtedy zaczęłam!

Nie da się tak, żeby startować od razu na najwyższym poziomie. Nawet jeśli mamy solidne zaplecze (w jakiejkolwiek postaci – edukacji, obeznania w temacie czy przynajmniej wizji i planu), kiedy w czymś debiutujemy siłą rzeczy brak nam doświadczenia. A to jedyna rzecz na której może oprzeć się naturalna – i naturalnie indywidualna – autoewaluacja. Zwłaszcza kiedy mowa o prowadzeniu bloga, w którego wkłada się całe serce, a już zwłaszcza zwłaszcza jeśli jest to blog o kuchni, o której na początku tej drogi nie ma się zielonego pojęcia.

Więc dziś, dumna z tego jak beznadziejny był pierwszy wpis mój jako Marianny, częstuję daniem również na nutę marokańską,  ale znacząco jednak różnym od debiutu sprzed tysiąca dni. Zamiast brązowego ryżu dzisiaj jest czarny, zamiast fig – daktyle, kurczaka nie ma wcale, za to całość podana jest w pieczonej dyni piżmowej. Nie wiem czy za drugie tyle ile już mam za sobą nie spojrzę na to co napisałam dzisiaj równie przepełniona politowaniem dla swoich obecnych słów, zdjęć i dąń. Ale jeśli mam być szczera, wcale mnie to nie martwi; przeciwnie wręcz, mam nadzieję, że tak się stanie. To będzie ni mniej ni więcej znaczyć, że mój proces samoulepszania trwa, a ja mogę śpiewać, jak Nick, I'm transforming, I'm vibrating, I'm glowing, I'm flying, Look at me now, I'm flying, Look at me now! No, to patrzcie, ale nie tylko, patrzcie a potem  g o t u j c i e !

Dynia piżmowa faszerowana czarnym ryżem po marokańsku

2 porcje

1 mała dynia piżmowa
2 łyżki oliwy lub oleju
sól morska, pieprz
2/3 szklanki suchego czarnego ryżu, namoczone w zimnej wodzie przez kilka godzin
1/3 szklanki orzeszków arachidowych, prażonych i solonych (+ trochę na wierzch)
duża garść suszonych daktyli
2 czerwone cebule
½ pęczka natki pietruszki
sok z 2 limonek i skórka z 1 z nich
3-4 łyżki dobrej oliwy z pierwszego tłoczenia
1 płaska łyżeczka kurkumy
1 płaska łyżeczka cynamonu
1 łyżeczka kminu rzymskiego
½ łyżeczki pieprzu kajeńskiego lub chili
opcjonalnie: 1 łyżka sosu sojowego
sól, pieprz do smaku

Dynię przekroić na pół (wzdłuż) i naciąć w kratkę nie naruszając skóry. Przy pomocy pędzla lub dłoni posmarować wierzch oliwą, lekko posolić i wstawić do piekarnika nagrzanego do 180 stopni. Piec do miękkości, około 45 minut. Najlepiej sprawdzać na bieżąco czy widelec już wchodzi w dynię z łatwością. Jeśli rumieniłaby się za bardzo, przykryć folią aluminiową. Nie chcemy żeby się spiekła, ma być soczysta i miękka.

W międzyczasie przygotować farsz. Ryż odcedzić z wody, w której się moczył i opłukać, zalać świeżą, dodając dużą szczyptę soli, i gotować około trzydziestu minut na bieżąco uzupełniając płyn. Chcemy, aby ryż był kleisty, ale nie dzięki rozgotowaniu na papkę – stosujemy tu technikę podobną do gotowania risotto. Kiedy ziarna ryżu są miękkie, ale wciąż wyraźnie wyczuwalne, zdjąć garnek i przestudzić. Tymczasem posiekać dość drobno daktyle i orzeszki, to samo z pietruszką, cebule zaś pokroić w cienkie piórka. Wymieszać sypkie przyprawy z oliwą i sokiem z cytryny oraz limonki, dodać skórkę z limonki. Całość – sos, bakalie i cebulę, oraz ryż – połączyć w dużej misce. Spróbować, ewentualnie doprawić (np. właśnie sosem sojowym).

Farsz pakować do upieczonych i wydrążonych połówek dyni. Jeść od razu, lub włożyć jeszcze na chwilę do piekarnika (tylko w celu podgrzania). Przed podaniem posypać dodatkowymi orzeszkami i natką. Smacznego!