Opowiem o Sobie

Odwiedziłam ostatnio wspaniałe miejsce o wdzięcznej nazwie Milejowe Pole. To podwrocławskie gospodarstwo prowadzone przez Ewelinę, dziewczynę z niecodzienną pasją. Opowiem (i pokażę!) Wam więcej już za kilka dni. Kosz warzyw, z którym wyjechaliśmy, pełen był cudów, które też niedługo zaprezentuję. Przedtem jednak muszę podzielić się z Wami tym, co zrobiłam z kilku zachomikowanych w kieszeni marchewek, które tam wykopałam. Albowiem zrobiłam  m a k a r o n.

Jeśli znacie mnie już trochę, to wiecie, że nie bez powodu podnoszę raban. Zwiastuje to w moim wypadku coś ekstra, bo z makaronem zazwyczaj mi nie po drodze. Że nie lubię to za wiele; jesteśmy raczej jak dalecy kuzyni – sami nie utrzymujący kontaktu, ale usadzeni obok siebie na rodzinnym zjeździe skłonni do wszczęcia miłej pogawędki. Jednym słowem, porzucając już niezgrabne metafory, jak ktoś zrobi mi dobrą pastę, to zjem bez grymaszenia. Gotując sama, decyduję się na nią bardzo rzadko. Nie ratowałam się makaronami ani w erach skrajnego braku czasu, jak podczas sesji czy przed maturą, ani nawet wówczas gdy moja kuchnia miała minus dwa metry kwadratowe, a szybkość przygotowania była jedynym – nie to, że głównym – kryterium wyboru menu. W podbramkowych sytuacjach wychodzi raczej moja pro-ryżowość i -kaszowość. Nie mówiąc już o uwielbieniu do pieczywa!

A tu makaron mnie zachwycił. Na tle innych rodzajów, SOBA w ogóle niebezpiecznie mi smakuje, zagrażając tym samym mojej makaronowej awersji. Ale tutaj jest jeszcze kwestia mistrzowskich dodatków. Pomysł na sos podsunęła mi Heidi Swanson, której gust niemal zawsze trafia w moje smaki. Zaufałam jej po raz kolejny i obiad rzucił mnie na kolana, a że po drodze wszystko pozmieniałam, to - dużo bardziej jako mój własny - dodatkowo wpędził nieomal w samozachwyt. Nie żeby którykolwiek z przepisów Heidi mnie kiedyś zawiódł, ale tak już mam, że rzadko trzymam się dokładnych receptur. Stworzyłam przepis nowy, dostosowany do moich upodobań - i Wy śmiało róbcie to samo w swoich kuchniach!

Aha, nie radzę przygotowywać tego makaronu na zapas. Jest  bardzo dobry na zimno, a wręcz przechodzi smakiem po odstaniu w lodówce, ale istnieje naprawdę mała szansa, że uda Wam się nie dokładać go sobie tak długo, aż zjecie dokładnie cały. Jeśli mimo ostrzeżenia postanowicie spróbować, nie wińcie mnie za śmierć z (błogiego) przejedzenia.

Makaron soba z dressingiem z orzechów włoskich i miso
z pieczoną marchewką, szczypiorem i pietruszką

2 porcje

pomysł stąd

1/2 szklanki orzechów włoskich (wyłuskanych)
1/4 szklanki dobrej oliwy extra vergine
2 łyżki pasty miso
2 łyżki octu ryżowego lub winnego
1 łyżeczka jasnego miodu
1 ząbek czosnku
1 łyżeczka świeżego imbiru,
startego
½ łyżeczki soli, lub do smaku
szczypta cayenne lub chili
woda do konsystencji, ok. 1/3 szklanki

150-200 g makaronu soba
3 marchewki (4-5 jeśli malutkie)
1 łyżka oleju z pestek winogron lub rzepakowego
szczypta soli i pieprzu
dymka z pięknym szczypiorem
natka pietruszki
więcej orzechów włoskich

Piekarnik rozgrzać do 180 stopni. Wyłożyć na blachę orzechy włoskie (1/2 szklanki plus pół garści do posypania na talerzu) i podprażyć je przez kilka minut, 5-7, uwaga by się nie spaliły. Następnie zwiększyć temperaturę do 200 stopni i do piekarnika włożyć blachę z marchewkami, pokrojonymi na kawałki i wymieszanymi równomiernie z łyżką oleju, solą i pieprzem. Piec do miękkości w środku i „skarmelizowania” na wierzchu – około 20 minut.

W międzyczasie przygotować sos, blendując ze sobą wszystkie składniki. Wodę dodawać stopniowo, do otrzymania konsystencji gęstej śmietany. Spróbować i ewentualnie doprawić.

Ugotować makaron - wrzucić do gotującej się na dużym ogniu wody (bez soli), kiedy zawrze zmniejszyć ogień i trzymać przez 5-8 minut. Kiedy będzie dobry (trzeba spróbować), przelać na sito i od razu wrzucić makaron do miski z bardzo zimną wodą. Płukać dłońmi mieszając przez minutę, następnie przełożyć znów na sito i odcedzić dokładnie. Pozbywamy się w ten sposób nadmiaru skrobii, dzięki czemu makaron nie będzie sklejał nam się na talerzach. Po odcedzeniu wymieszać z sosem (ilość wedle upodobań, sugeruję kilka łyżek na porcję, bo jest pyszny!). Dodać marchewy, każdą porcję posypać resztą prażonych orzechów i chojnie posypać posiekanym szczypiorem i natką pietruszki. Jeść pałeczkami, jeśli macie wprawę lub cierpliwość. Smacznego!

P.S. Przed wymieszaniem soby z sosem można na powrót podgrzać ją przez moment we wrzątku, ale to danie, dzięki przyprawom, rozgrzewa nawet jedzone w temperaturze pokojowej.