Sezon na burrito

Zaczyna się. Czas w roku, w którym, na jakimś etapie, każdy z nas marzy o zapadnięciu w sen i przebudzeniu się po wszystkim, na wiosnę. Mnie, choć mam lekkie ciarki na myśl o zimie, depresja dopada zwykle dopiero koło lutego. Wcześniej są przecież Gwiazdki, sylwestry i liczne święta wolne od pracy. Teraz z kolei dni bywają jeszcze gorące, chociaż po zmroku wychodzi na jaw prawda o październikowym klimacie. Nie można już tak po prostu siedzieć nocą na parapecie otwartego kuchennego okna, czyli w ulubionej miejscówce na czytanie książek i telefoniczne rozmowy. Podczas porannej drogi do pracy czy szkoły, wszystko – od zimnego światła i mlecznej mgły, po zmęczone oczy i pragnienie wypoczęcia – sprawia, że można poczuć się jak przy wakacyjnych powrotach z dansingów do białego rana (nadchodzącego w owym czasie o czwartej, nie siódmej trzydzieści).

Ale choć ten czas w roku wyróżnia się, prócz powyższych, wieloma innymi cechami na cześć których można by nadawać mu imiona, ja – w imię filozofii nieskupiania się na mankamentach – lubię nazywać go sezonem na burrito. Bo jaka zła by nie była ta ciemna strona jego charakteru, na wszystkie niedoskonałości jest proste remedium – zawinięcie się w burrito z kołdry, które (najlepiej w parze z gorącą czekoladą – ah, cliché, ale jaka skuteczność!) łagodzi ból wynikający z całej tej ciemności, szarości i zimnych stóp.

Wczoraj musiałam wstać przed świtem. Ten pierwszy ciemny poranek w roku zawsze jest najcięższy. Wiem o tym doskonale, dlatego przygotowałam się jak mogłam najlepiej. Upewniłam, że budzik nie leży w zasięgu mojej ręki, bo przecież w życiu bym nie wstała mogąc wyłączyć go bez wychodzenia z łóżka. Specjalnie też dzień wcześniej przerwałam czytanie książki w dość decydującym momencie, aby dalszy rozwój wydarzeń był kolejnym powodem, dla którego warto otworzyć oczy jeszcze przecież niemalże w środku nocy! Ale co najważniejsze, przygotowałam wieczorem wszystkie składniki na królewskie śniadanie, które znałam już dobrze z ostatniego weekendu. Wtedy, celebrowane powoli i leniwie, było wzorowym Niedzielnym Śniadaniem jakiemu daleko do szybkiego byleczego, które zazwyczaj ląduje w brzuchu o poranku rozpoczynającym się przed świtem. Tymczasem okazało się, że można je de facto przygotować w niecałe siedem minut. Jeśli pastę z dyni zrobicie wcześniej, to (nie dość że będzie ona smaczniejsza) rano pozostanie Wam pokrojenie kilku składników, usmażenie jajecznicy i zwinięcie wszystkiego w duży, smakowity rulon.

W mojej kuchni celebrujemy sezonowość, right? Sezon już prawie w pełni, czym prędzej zabierajcie się więc za śniadaniowe burrito.

BREAKFAST BURRITO
z pastą dyniową, jajecznicą i suszonymi pomidorami

2 porcje

szybka pasta z dyni: /można zastąpić hummusem/
½ upieczonej dyni hokkaido
łyżka posiekanego rozmarynu (lub łyżeczka suszonego)
1 płaska łyżeczka mielonego kminu rzymskiego
¾ łyżki jasnego miodu
2 łyżki oliwy
1 łyżeczka octu balsamicznego
chili lub cayenne na końcu noża
duża szczypta soli

dodatkowo:
2 jajka + odrobina masła
kilka suszonych pomidorów (ze słoika)
kilka plastrów świeżego ogórka
½ dojrzałego awokado
młody szpinak (lub rukola czy roszponka)
szczypior, ew. ulubione kiełki
2 duże ulubione tortille

Dynię (którą pieczemy po wydrążeniu, pokrojeniu w łódki i posmarowaniu naoliwionym pędzlem) zblendować z resztą składników. Spróbować, ewentualnie doprawić i odstawić na czas zajmowania się resztą skadników. Pastę z dyni można zrobić dzień wcześniej, ale odpowiednio wcześnie wyjąć z lodówki (lub podgrzać minimalnie przed nakładaniem), aby nie była za zimna.

Przygotować wszystko do środka tortilli: suszone pomidory odsączyć i pokroić na mniejsze kawałki, ogórka i awokado w plastry, szczypior posiekać, szpinak oraz kiełki umyć i osuszyć.

Na koniec, operując symultanicznie dwiema patelniami, usmażyć na odrobinie masła jajecznicę, w międzyczasie grzejąc (na małym ogniu i pod przykryciem) skropione wodą tortille. Kiedy będą gorące i elastyczne, przełożyć je na talerze i wypełnić wszystkimi wspaniałościami. Zawijać z jedną stroną otwartą, jeśli jemy od razu, lub jak klasycznego wrapa, jeśli zabieramy na wynos (pierwsze zdjęcie – po przekrojeniu). Smacznego!