Mniej znaczy więcej. Inny coleslaw

Mniej znaczy więcej, moi mili. Jak bardzo oklepanej frazy nie stanowiłyby te słowa, na każdym kroku przekonywałam się ostatnio o ich prawdziwości.

A kiedy zauważyłam jak często przychodzi mi taka refleksja, zaczęłam instynktownie prowokować różne kwestie, aby jak najwięcej było z nią zgodnych. Mniej czasu oznacza zwiększoną aktywność. Jeśli mniej jest nas dla kogoś, tym większą sprawiamy mu radość w końcu się pojawiając. Mniejsza presja równa się większej efektywności, a mniej pomysłów to zwykle przecież cisza przed burzą. Zasadniczo mniej tutaj oznacza więcej gdzie indziej, i jestem przekonana, że dla deficytu każdej najcenniejszej nawet rzeczy można znaleźć pozytywne strony i profit gdzieś w innej (całkiem czasem odległej) sferze.

Tak jest z dzisiejszym przepisem. Mniej (no, naprawdę malutko) w nim dobrych przypraw i aromatycznych dodatków. Ale - i to właśnie dzięki temu! - większe moje do niego szczere upodobanie. Jego surowość sprawdza się w moim trybie życia stroniącym od utrudnień, a poza tym po prostu bardzo trafia w moje gusta! Pojedynczych smaków tu zaledwie kilka, ale każdy z nich jest wyeksponowany do odpowiedniej celebracji.

Oprócz tradycyjnego białego coleslawa, za którym nie przepadam, znam jeszcze jedną wersję. Taką właśnie na bazie czerwonej kapusty, ale w żadnym wypadku nie prostą. Jej pojedynczych składników nie spamiętam, ale to dopracowana smakowa kompozycja. Jest tam marchew, mnóstwo kolendry i pietruszki, świeży sok z pomarańczy, sos worcestershire, i pewnie jeszcze trochę niestandardowych dodatków. Jest wspaniała, ale przecież w życiu nie odtworzę jej w swojej małej kuchni. To jedna z tych receptur, które tworzą finalny efekt dodając tu kropelkę, tam szczyptę - minimalne ilości bardzo licznych składowych. Trzeba mieć do tego cierpliwość i bogato wyposażone kuchenne szafki. Nie mam tak naprawdę ani jednego ani drugiego, a jednak nie czuję przeważnie żadnego brakującego elementu. Za podstawowe kryterium wyboru potraw obieram ich prostotę, i jem pysznie, bez nudy, nie bez wyrazu. A za każdym razem kiedy odkrywam potencjał "pierwotnego" smaku, zachwyca mnie prawdziwość tych słów - moi mili, mniej znaczy więcej.

Coleslaw z czerwonej kapusty z granatem

Źródło przepisu

1 mała główka czerwonej kapusty (ok. 700-800 g)
1 duży owoc granatu
6 łyżek oliwy z pierwszego tłoczenia
1 łyżka białego octu winnego
2 płaskie łyżki cukru
1/2 łyżeczki soli lub do smaku
to samo z czarnym pieprzem

Kapustę obrać z zewnętrznych liści, podzielić na cztery części i wyciąć twardy trzon. Resztę poszatkować najdrobniej jak się da. Przełożyć do dużej miski i dodać oliwę, ocet, cukier, sól i pieprz (na razie po 1/2 łyżeczki). Przemieszać łyżką, po czym zanurzyć w kapuście dłoń i wygnieść ją bezlitośnie, obtaczając w dressingu każde piórko. Niech trwa to dłuższą chwilę, kapusta przy okazji zmięknie odrobinę. Następnie dodać pestki z granata (powinno ich być ok. 1 szklanki). Wymieszać delikatnie łyżką. Spróbować i ewentualnie doprawić. Smacznego!

Aha, i najważniejsze: całusy ślę tym, bez których coleslaw nie spocząłby w pięknej emaliowanej misce widniejącej na zdjęciu. Mojej ulubionej! Dam głowę, że z innej nie smakowałby tak dobrze.