Makowiec wg Małgorzaty Musierowicz

 Od kilku dni zbieram się do napisania kilku słów w mojej lakonicznej, na dziś dzień, zakładce "O mnie". Zamierzam stworzyć w jej ramach małe wprowadzenie do tego kim jestem i czego w związku z tym możecie spodziewać się po moim blogu. Zdarza mi się bowiem, przeglądając archiwalne wpisy, martwić co też nawypisywałam, lub głowić upo kiego grzyba umieściłam tu jakiś przepis. I za każdym razem dochodzę do wniosku, że nie wprowadzę żadnej poprawki, nie zatrę żadnego śladu, bo to cenna dokumentacja całej mojej nauki i cierpliwego doświadczania. Każdy kto tu zagląda powinien wiedzieć, że przed założeniem tego bloga nie gotowałam praktycznie wcale, więc jest on ze mną od samego początku, od stanu absolutnej niewiedzy i ciekawskiego, choć nieśmiałego, podejmowania kolejnych kulinarnych wyzwań.

Póki co niewyraźnie, ale czuję, że i w tej dziedzinie zaczynam obierać swój indywidualny kierunek. Jakbym do tej pory badała ją dokładnie z każdej możliwej strony, a teraz powoli decydowała która odpowiada mi najbardziej. Może to chwilowe, a może na amen - ale na ten moment ciągnie mnie w kuchni do prawdziwości i prostoty. Czuję respekt przed wszelkimi maminymi czy babcinymi specjałami, których próbuję w domu lub u znajomych. Jeśli uda mi się wyprosić przepis - tym większa moja radość, im mniej w nim sztywnych konkretów.

 Nie planowałam robić makowca, ale wtorkowy poranek jakoś mnie do tego natchnął. Spodziewałam się koślawego debiutu - tak przecież straszą dziurawymi i rozjechanymi roladami! - tymczasem zawijas wyszedł całkiem zgrabny. Na drugi raz dodam trzy razy więcej masy (wspominałam, że za bardzo ją lubię) ale z przepisu skorzystam tego samego. Bo ma on wszystko, czego w moim domu wymaga się od makowca. Dzięki masie wewnątrz oraz polewie czekoladowej na górze, nie wysycha tak szybko jak klasyczne drożdżowe (nawet dziś, 5 dni po wypieku kiedy zjadam ostatnie kawałki, smakuje naprawdę dobrze - szczególnie po lekkim podgrzaniu). Poza tym nie mogłabym odmówić sobie przyjemności z podążania za tym przepisem, tak mi się on podoba. Ciężko w nim w o większą naturalność, zostawia też sporo swobody, choć nie wymaga jednocześnie szczególnych umiejętności i nie zakłada z góry ogromnej w pieczeniu wprawy. Jestem pewna, że każdy kto go wypróbuje osiągnie sukces, że dana mu będzie ta emocjonująca chwila prawdy (jak wyszedł zawijas!) przy krojeniu pierwszej kromki. I choć nikt tutaj makowca w wykonaniu mamy Tosi nie jadł, gwarantuję że Wasz własny przyniesie ową kolosalną satysfakcję z jej doścignięcia!

Makowiec wigilijny mamy Tosi

wg Łasucha literackiego Małgorzaty Musierowicz (dzięki uprzejmości White Plate);

porcja na DWIE strucle

"Przepis na ten makowiec, naprawdę wyjątkowo cudowny, dostała Tosia od swojej Mamy i piecze go tylko raz do roku. Bo ma to być, po prostu, specjał wyjątkowy, niepowtarzalny i jedyny, kojarzący się tylko z Gwiazdką.

Pieczenie makowca to cała akcja i kiedy Tosia zabierała się do tego po raz pierwszy, musiała walczyć ze zwątpieniem i obawami, czy podoła. Ale, oczywiście, dla chcącego nic trudnego, nie święci garnki lepią, a w ogóle to dobrze jest przekonać się, że Mama nie jest aż tak niedościgłym wzorem. Można ją dogonić, a nawet prześcignąć i to jest naprawdę kolosalna satysfakcja!

Zaczyna się od sparzenia 1/2 kg maku. Zalewa się go wrzątkiem w garnku i niech sobie stoi przez noc.

Nazajutrz odsącza się mak na sicie, bardzo dokładnie, a potem przekręca się go przez maszynkę, jeden raz tylko, nie dwa czy nawet trzy, jak doradzają w książkach kucharskich. Tosia lubi, jak mak troszkę chrupie w zębach, a nie maże się kleiście.

No więc, raz go przez maszynkę - a potem, do tego przekręconego maku, wlewa się trzy-cztery łyżki płynnego miodu, prawdziwego!

Teraz cukier. W przepisie Tosinej Mamy jest napisane: "cukier - do smaku" - no, bo rzeczywiście, jedni wolą słodziej, drudzy nie. Do smaku, to do smaku.

Dwie łyżki roztopionego masła. Rodzynki. Skórka pomarańczowa. Obrane i posiekane migdały. Orzechy włoskie. Orzechy laskowe. Wszystko posiekane. Wreszcie - ze trzy lub cztery łyżki wiśniowej konfitury. I całe jajko. Wszystko to należy wymieszać i niech sobie odpoczywa, nasączając się powoli różnorakimi aromatami.

[Ja użyłam swojej masy makowej (ok. 3/4 ilości z tego przepisu), wymieszanej z dwoma białkami ubitymi na sztywną pianę.]

Teraz ciasto. Rozczyn jak zwykle:

szklanka letniego mleka

3 dkg drożdży
łyżeczka cukru
łyżka mąki

I niech rośnie.
Na ciasto potrzeba:

300 g mąki [użyłam ok. 450 g, było b. luźne]
3 jajka
1/3 kostki masła
(roztopić! ostudzić!) [90 g]
1/3 szklanki cukru [60 g]
szczyptę soli

Z tym ciastem jest następujący problem: ono nie ma być zwarte, jak np. to na placki czy baby. Nie. Ma być luźne, wolne, choć naturalnie doskonale ubite za pomocą kopystki. [Użyłam miksera (z hakiem), wyrabiałam ok. 10 minut.]

Po stwierdzeniu, że ciasto odstaje od kopystki oraz że zawiera dużo pęcherzyków powietrza, Tosia wykłada ciasto na stolnicę podsypaną mąką, przykrywa je czystą ściereczką i pozwala mu nieco podrosnąć.

Potem dzieli je na pół, ponieważ z tej ilości ciasta zręczniej jest wykonać dwa mniejsze makowce, niż męczyć się z jednym wielkim. Więc rozwałkowuje się cienko ten pierwszy kawałek - tak by przybrał formę podłużnego prostokąta. Nakłada na ten prostokąt mak - od brzegu do brzegu.

Zwija teraz ciasto wraz z makiem w długi rulon (poczynając od tego dłuższego brzegu prostokąta) i zakleja końce rulonu. Następnie smaruje masłem długą formę ćwibakową, posypuje ją tartą bułką i wkłada makowiec do formy.

Tę samą operację powtarza się z drugim kawałem ciasta i drugą połową makowego nadzienia, tak że po chwili na stolnicy widnieją dwie jednakowe formy ćwibakowe, wypełnione w 2/3 wysokości bladym ciastem, z którego nie powinno w żadnym miejscu wyłazić makowe nadzienie. Jeśli wyłazi - zalepić dziurkę! Tak. I można jeszcze pozwolić makowcom wyrosnąć, a w tym czasie nagrzać piekarnik do 180 stopni i wykonać na przykład kruszonkę, jeśli kto lubi. (Tosia nie lubi) [Ja lubię, ale na makowcu? Od kiedy?].

Mama Tosi zawija makowce w pergamin i w nim je piecze. Inni wolą folię aluminiową. Ale Tosia ceni stałość i niezawodność blaszanej foremki.

[Jednego makowca piekłam zawiniętego w pergamin, oczywiście z pozostawioną przestrzenią do wyrośnięcia (kilka centrymetrów). Drugiego zawinęłam ciaśniej i zamroziłam.]

Po upieczeniu (180-200 st C) [Piekłam w 200 stopniach przez 30 min., później jeszcze 10 min. w 170 stopniach.] i sprawdzeniu patyczkiem tych miejsc, gdzie więcej jest ciasta niż nadzienia, Tosia pozwala makowcom przestygnąć, ale nie całkiem, gdyż lukrowanie w momencie, gdy ciasto jest jeszcze ciepłe decyduje o tym, jak gładko lukier rozleje się po powierzchni makowców.

Lukier czekoladowy jest tu bardzo na miejscu, także kajmakowy, albo cytrynowy. [Swojego makowca udekorowałam polewą czekoladową, lukru nie lubimy. Polewę robimy rozpuszczając w kąpieli wodnej ok. 20 g masła i pół tabliczki dobrej gorzkiej czekolady. Zanim zastygnie można posypać siekanymi migdałami lub innymi ulubionymi orzechami.]"