Zielone curry z krewetkami

Gdzieś ostatnio, przy okazji szukania przepisu na dobre chili, trafiłam na stwierdzenie iż jest ono daniem, które najlepiej jeść w samotności - ewentualnie z kimś, kto nas kocha mocno i bezwarunkowo. Dla mnie, do takiej kategorii zaliczają się praktycznie wszystkie dania jesienno-zimowe. A dokładniej te, w których ma być gęsto, ostro i rozgrzewająco. Kiedy temperatura spada poniżej 10 stopni, gotuję z ostrą papryką, imbirem i przyprawami "piernikowymi" tak często, że przestaje się opłacać chowanie ich po szafkach. Stoją sobie na blacie i lądują we wszystkim co przygotowuję (łącznie z herbatą).

I to jest właśnie czas potraw, z którymi najlepiej jest chować się przed światem. Bo przesadzenie z pikanterią kończy się czerwonym liczkiem, apetycznym smarkaniem i koniecznością ciągłego wietrzenia płonącej jamy ustnej. Jest wielu, którzy to lubią! Mnie samą nawet zaskakuje czasem ogromna potrzeba zjedzenia czegoś naprawdę spicy. Ale nie należy się łudzić, ciężko pogodzić tę przyjemność z zachowaniem niezmiennej atrakcyjności zewnętrznej.

Curry to nie jest typowo zimowe danie (wręcz przeciwnie, jest w nim jeszcze letnia świeżość w postaci warzyw), ale jest mu do takich blisko o tyle, że jest cholernie ostre. Syci cudownie, rozpalając policzki  i wyciskając łzy. A może ja przesadziłam z papryczkami? Dodawając je, kontrolujcie sytuację na bieżąco... chyba, że jecie sami?

Zielone curry z krewetkami

2 porcje

200 g krewetek tygrysich (ok. 10 sztuk)
1 puszka mleczka kokosowego
1 płaska łyżka mąki/skrobii ziemniaczanej (lub kukurydzianej)
1 kopiasta łyżeczka zielonej pasty curry*
1/2 dużego pęczka dymki
ulubione warzywa, u mnie: 1 główka brokuła i garść zielonej fasolki
3 łyżki oleju do smażenia, np. ryżowego
2 łyżki sosu sojowego
opcjonalnie: suszone chili w płatkach

 * używam takiej, o bardzo stałej konsystencji i skoncentrowanym smaku; jeśli macie rzadszą (w słoiczku) można dać trochę więcej

W woku rozgrzać olej i podsmażyć na nim posiekaną cebulkę (ze szczypiorem). W międzyczasie podzielić warzywa na małe kawałki, obrać ze wszystkiego co niepotrzebne i dorzucić na patelnię. Smażyć chwilę, jednocześnie obierając krewetki z ogonków (jeśli używamy mrożonych wystarczy zalać je 30 minut wcześniej wodą). W osobnym naczyniu rozrobić mleko kokosowe z pastą curry i sosem sojowym. Dodać mieszankę i wszystko razem dusić do miękkości warzyw. Zależy, naturalnie, jakich używacie, ale powinno zająć to około 10 minut. Po tym czasie wymieszać w szklance mąkę/skrobię z zimną wodą i dodać do całości. Kiedy zgęstnieje, zdjąć z ognia. Spróbować, i jeśli nie jest za ostre, dodać chili (ale ostrożnie...).

Serwować można z czym dusza zapragnie, ale wszyscy wiedzą, że najlepsze jest z ryżem. Smacznego!