Leczo z cukinią i kiełbasą

Nie mam pojęcia jak i kiedy, ale prawda w oczy kole: przyszedł wrzesień, miesiąc, który w mojej głowie rozpoczyna Oficjalną Końcówkę Roku, sezon noszenia parasola, uspokajania niestabilnego po wakacjach trybu życia i odliczania do świąt (tak, automatycznie czuję się, jakby już nadchodziły). Ostatnie pięć miesięcy przeciekło mi przez palce, czmychnęło przed oczami - ba, raczej za plecami, na paluszkach, wcale nie zauważone. Bardzo mi takie coś nie leży, więc jeśli znacie sposób na to jak żyć czując z osobna każdy jeden dzień, zgłaszajcie się, bo desperacko go potrzebuję.

Ale sam wrzesień, stłumiwszy w sobie złość że przyszedł za wcześnie, darzę uczuciem w każdej kwestii pozytywnym. To czas kilku z moich ulubionych połączeń: zimnego koloru zieleni i ognistych czerwieni na drzewach, komfortowych swetrów i okularów przeciwsłonecznych, jeszcze malin i już dyni. Wypadają w nim urodziny kilku bliskich mi osób oraz moje własne i siostry mojej imieniny (tyle okazji do pieczenia!). Mimo skończenia już jakiś czas temu szkoły kojarzy mi się z rozpoczynaniem nauki, powrotem na ziemię, i ogromem przyjemnych wspomnień z mijającego lata. W tym roku wrzesień będzie dla mnie miesiącem kolejnego pożegnania z domem, kolejnego remontu i kolejnych powideł śliwkowych. Prócz tych trzech pewniaków liczę z jego strony na niespodzianki, które we właściwym miejscu i momencie pomogą mi trwać w pełnej świadomości upływającego czasu.

Maliny i dynie swoją drogą, ale teraz jest również najlepszy czas papryki, cukinii i pomidora. Widzę oczami wyobraźni koszmarne wyrzuty, które robiłabym sobie zimą mając poczucie, że nie skorzystałam z tego w stu pięćdziesięciu procentach. Do słoików pakujemy w domu przeciery, sosy i ajvary, a na obiad jemy leczo, od początku do końca własne. Przepis (kolejny po spaghetti bolognese) autorstwa mojej Mamy, a wszystkie jego składowe z naszego ogrodu oraz od ulubionego sąsiada Adasia (o którym wspominam ostatnio chyba w co drugim wpisie... Pozdrowienia!).

Leczo z cukinią i kiełbasą

Przepis mojej mamy; ok. 4 porcji

4 duże papryki, najlepiej różnokolorowe
4 białe cebule
1 duża cukinia
5-6 pomidorów (ew. jedna cała puszka)
4 ząbki czosnku
prawdziwa wiejska kiełbasa - według uznania (np. jedno pętko)
2 -3 łyżki oleju
przyprawy: sól, ostra papryka, słodka papryka (może być wędzona, jeśli lubicie nieco dymny aromat - zachęcam!), oregano, czarny pieprz, ziarno kolendry; można dodać również trochę ekologicznego bulionu warzywnego/suszonej włoszczyzny

Cebule pokroić w ćwiartki i rozdzielić palcami na grube płatki. Na podobnej wielkości kawałki pokroić papryki oraz cukinię. Pomidory naciąć i zalać na chwilę wrzątkiem. Obrać ze skóry i pokroić w kostkę. W dużym rondlu rozgrzać olej, wrzucić co najtwardsze - cebulę, zieloną paprykę (jeśli jej używacie). Po 5 minutach dorzucić resztę, cukinię zostawiając na koniec. Wszystko posolić (odpowiednio mniej, jeśli dodajecie też bulion w proszku!). Wrzucić pomidory (jeśli są soczyste to wystarczą same, jeśli nie, można dodać soku). Przyprawić (w tym czosnkiem - pokrojonym lub wyciśniętym) do smaku i dusić na wolnym ogniu. Osobno przygotować kiełbasę - obrać i pokroić w grubsze plasterki. Nie trzeba, choć można, podsmażać. Dodać do całości i chwilę jeszcze pogotować - w sumie, by zmiękło, leczo potrzebuje około 30 minut bulgotania.

U nas od zawsze je się w towarzystwie chleba z masłem, ale podawać można równie dobrze z ryżem lub solo. Smacznego.