O głosie serca. I wegetariański pasztet

Dzisiejszy wpis nie przypadnie do gustu miłośnikom ładu, składu i konkretu. Niewiele będzie ścisłości, ciut więcej niedopowiedzeń, ale przede wszystkim: przestrzeń. Będzie pole do interpretacji własnej, prywatnej, każdego z Was, w porozumieniu z sercem, z osobna. Gdybyśmy nie byli jedynie na stronie z przepisami, powyższy wstęp zapowiadałby coś, hm, dużego. Martwię się wręcz czy już nie zdążyłam któremuś czytelnikowi narobić apetytu na jakiś twardy filozoficzny orzech do zgryzienia. Ale to tylko skromny kulinarny blog, w związku z czym przestrzeń nie wyjdzie za progi kuchni, a niedomówienia ograniczą się do takich spowodowanych prostym faktem, iż Twoja łyżka może okazać się dwa razy płytsza od mojej. Problem jest więc bardziej prozaiczny niż mogło się z początku zdawać, chciałam jednak na samym wstępie lojalnie uprzedzić zwolenników twardego stąpania po ziemi. Nie będzie liczb, miar i żadnej szerokopojętej precyzji.

Ta ostatnia w ogóle nie należy moim zdaniem do rzeczy szczególnie w kuchni niezbędnych. Pokuszę się o stwierdzenie, iż nigdy nie zdarzyło mi się przygotować niczego odmierzając składniki co do grama, żadnego przy okazji nie modyfikując. Traktuję przepisy jak pomysły, bazy do tworzenia własnych, spersonalizowanych potraw. Czasem podmieniam jedynie rodzaj mąki czy zestaw przypraw, kiedy indziej poniesie mnie tak, że oryginalne danie zupełnie gubi się gdzieś po drodze.

A jednak, mimo ryzyka, nigdy nie żałowałam rozgrywania spraw w ten sposób. Nawet jeśli przyrządzonemu jedzeniu daleko było do mojego wyobrażenia – ba! jeśli daleko do ideału... – traktowałam to jako doświadczenie pomagające mi nabierać biegłości w gotowaniu, szczególnie tym kreatywnym. Dlatego dziś nie czuję żadnych obaw przed pozostawieniem Was z recepturą będącą ledwie drogowskazem. Być może każdemu, kto postanowi podjąć jej wyzwanie wyjdzie z piekarnika inny twór – podejrzewam wręcz, że ja sama przy drugiej próbie otrzymałabym smak całkowicie nowy – ale na tym polega urok indywidualnego gotowania. Dajmy każdemu dobrać składniki w zgodzie z jego własnymi preferencjami.

Kończę już to przydługie preludium zapraszając na wasz własny wegetariański pasztet w kolorze purpury. Czuję się jak prawdziwa babcia, bowiem to one zapytane zawsze o przepis na jakiś ze swoich przysmaków, ochoczo dzielą się instrukcjami z serii „trochę sypnąć tym, ciut podlać tamtym, zagniatać ile będzie trzeba”... Dawniej w swoich kuchniach zwykle kierowały się intuicją i doświadczeniem, a my powinniśmy kontynuować taki styl gotowania, bo jest w nim coś osobistego i pięknego. Babcine potrawy smakują wyjątkowo, gdyż są przygotowywane nie z kartki z konkretną recepturą, a z serca. To jego głosu należy słuchać, jak nakazała, swoją drogą, Babcia Wierzba. Jestem pewna, że jeśli ona miałaby kuchnię, nie znaleźlibyśmy tam wagi. Może od święta odmierzałaby ilości orientacyjnie szklanką. A jak wiadomo, szklanka szklance nierówna.

Wegetariański pasztet, cały na oko

(keksówka o długości ok. 28 cm)

duży garnek ulubionych warzyw: u mnie buraki (warto dla koloru), żółta fasolka szparagowa, zielony groszek, ciecierzyca, marchewki i pasternak;
1 szalotka i kilka ząbków czosnku
2 - 3 jajka
dwie spore garści nasion słonecznika, dyni, lnu
dowolna mąka aż do zagęszczenia: u mnie gryczana (zmielona kasza, niepalona)
oliwa z oliwek lub jakiś inny smaczny olej
dużo przypraw: u mnie imbir, sos sojowy, kumin, biały pieprz, słodka wędzona papryka, gałka muszkatołowa, pieprz kajeński i rozmaryn;
coś ładnego na górę: np. pestki dyni

Warzywa przebrać, obrać, umyć, pokroić, a następnie ugotować, najlepiej na parze. Kiedy przestygną, zmiksować na puree. Cebulkę i czosnek pokroić drobno i podsmażyć. Jedno i drugie odstawić do kompletnego ostudzenia.

Do warzywnego puree dodać szalotkę z czosnkiem, dorzucić jajka, słonecznika (można podprażyć wcześniej na suchej patelni), oliwę (ile? kilka łyżek, jakieś 3 sekundy lania prosto z butelki) i przyprawy - dużo! Zblendować wszystko na gładko. Jeśli obawiacie się, że Wasz blender nie da rady słonecznikowi, możecie wcześniej zmielić go w młynku, jednak mój sprzęt spisał się na medal (a jest z tych, co już np. z sezamem czy siemieniem lnianym nie wygrywają, więc warto spróbować). Następnie dodawać mąkę - tyle, by zagęścić pasztet do konsystencji kleisto-lejącej masy (ciasta ucieranego przed upieczeniem, lekko ocieplonych lodów, masła orzechowego... no, na oko!). Cały czas próbować, czy pasztet jest dostatecznie doprawiony (oczywiście w razie czego można ratować sytuację już na kanapce, ale nie ma co ryzykować, że wyjdzie mdły). Jeśli tak, przekładać do keksówki wyłożonej papierem lub wysypanej mąką/bułką tartą. Piec w temp. 180 stopni, również na oko - od 40 minut do godziny? Ostudzić całkowicie przed wyjęciem z formy, aby dało się kroić go na plasterki. Jeśli Wam na tym nie zależy, rozsmarowywać nożem można jeszcze ciepły. Powodzenia i smacznego!