Woda różana

Tego lata mój organizm woła o naturalność. Pewnie to normalne, co więcej nie zdziwiłabym się gdyby mnie samej zdarzało się co roku, teraz jednak wydaje mi się nowe i nieznane. Mam ochotę na rzeczy surowe i proste. Ciągnie mnie do domu na wsi, ale i w Warszawie nie schodzę ze świeżego powietrza. Poruszam się na dwóch kołach, w pracy podjadam czereśnie a w mieszkaniu hoduję kiełki i odratowuję bukiety spisanych na straty kwiatów. Paniom na targu nie pozwalam odrywać zieleniny od kalarepy czy rzodkiewek, które kupuję. Wszystko chcę wykorzystać do ostatniego okruszka. Uzbrojona w wysokie gumiaki - w obronie przed krzewowymi chaszczami i stworami je zamieszkującymi - zbieram plony ze swojego dzikiego ogródka. I zjadam od razu, tłumacząc się obawą przed zepsuciem, choć myślałam, że nie lubię porzeczek. Z owoców dzikiej róży będzie konfitura, z płatków różana woda. Kto ma pomysł na liście i kolce?

Woda różana

kilka porządnych garści płatków róż*
1 litr przegotowanej, letniej woda
1 łyżka soku z cytryny

* użyłam głównie płatków dzikiej róży, ze względu na oszałamiającą fuksję, jaką się chełpią. Stąd piękny różowy kolor mojej wody. Nadzadzą się jednak każde płatki, poprzednio korzystałam wyłącznie z czerwonych i, choć woda wyszła żółtawa, nie wpływało to na jej cudowny aromat. Ważne tylko by kwiaty pochodziły ze sprawdzonego źródła, tj. nie były niczym pryskane i rosły z dala od miasta, dróg.

Płatki delikatnie przebrać pozbywając się ewentualnych zanieczyszczeń czy owadów. Ja ich nie płuczę, bo czułabym, iż pozbywam się części pierwotnego aromatu, resztek kwiatowego pyłku... Zalewam od razu wodą z dodatkiem soku z cytryny. Niech postoją tak przez dwa dni w pokojowej temperaturze, następnie należy wodę odcedzić i przelać do butelki. Trzymać w lodówce, ponoć do trzech tygodni. Ja polecam zamrozić - przepisy wymagają z reguły małych ilości i nie sposób zużyć całą wodę zanim termin jej przydatności minie.