Chewy chocolate chip cookies

Już miałam zabierać się za prezentowanie okoliczności, w których (a raczej dla których) powstały dzisiejsze pyszności, kiedy zorientowałam się, że są one identyczne chyba dla każdych ciasteczek, które pojawiły się na tym blogu. Wygląda na to, że nigdy nie powstają one u mnie w kuchni bez powodu. Wszystko co w niewielkiej, okrągłej i słodkiej postaci wyszło z mojego piekarnika było, mniej lub bardziej bezpośrednio, związane z drugim człowiekiem i okazją wymagającą odpowiedniego uczczenia. Lawendowe w podzięce, czekoladowe z chili na pożegnanie, owsiane ku powrotowi do zdrowia.. Teraz do kolekcji dołącza amerykański klasyk, chewy chocolate chunk cookies. Tym razem na urodziny mojej małej siostry, a dokładniej by z ich okazji przygotować smakołyk, który chodził jej po głowie od zeszłych wakacji. Dziś więc przepis na ciastka, ale już bardzo niedługo ciąg dalszy, czyli to do czego stworzenia mi posłużyły. Same w sobie są naprawdę pyszne, choć bezlitośnie słodkie. Należy bardzo uważać by nie piec ich za długo (ja trochę to zrobiłam), gdyż staną się zbyt kruche - a ich idea to jednak miękkie wnętrze à la cookie dough. Nie należy więc zrażać się, jeśli po wyjęciu z piekarnika na środku są białe i kompletnie miękkie, po wystudzeniu nabiorą stałej postaci.

P.S. Pozdro dla drugiej siostry, dzięki której ciastka spoczęły na niebylejakim talerzu. Przyjeżdżaj szybko, to załapiesz się jeszcze na zamrażarkowy zapas przysmaku, który z nich powstał.

Chewy chocolate chip cookies

(ok. 25 dużych ciastek)

Źródło przepisu

170 g miękkiego masła
200 g cukru muscovado (nie należy szukać zastępstwa, to kluczowy dla smaku i konsystencji składnik)
50 g białego, drobnego cukru
1 jajko
130 g mąki białej
130 g mąki chlebowej (użyłam białej w całości)
2 łyżki skrobii kukurydzianej
1 łyżeczka sody
2 łyżeczki ekstraktu waniliowego
1/2 łyżeczki soli
100 g gorzkiej czekolady

Przygotowania można zacząć z dużym wyprzedzeniem - ciasto powinno schłodzić się zanim uformujemy ciastka. Zaczynamy od ubicia masła z cukrem na puszystą masę, do której następnie dodać należy jajko i jeszcze chwilę miksować. Wlać ekstrakt waniliowy i wsypać sól. Następnie wmieszać mąki, sodę oraz skrobię, po czym dodać posiekaną w kostkę czekoladę. Ciasto powinno być gęste i lepkie. Odstawić do lodówki na min. godzinę (a można i na dłużej - nawet do 5 dni, i piec kiedy najdzie ochota).

Piekarnik rozgrzać do temperatury 170 stopni. Nabierać łyżką porcje ciasta wielkości gigantycznego włoskiego orzecha. Z każdej takiej porcji uformować w dłoni kulkę, po czym rozerwać ją na dwie części i zlepić je ze sobą bokami, tak aby porwana, nieregularna strona była na górze.

Tak uformowane różyczki układać na blasze wyłożonej papierem do pieczenia zachowując odstęp ok. 7 cm - rozleją się na boki. Piec 10 minut (maksymalnie 12, jeśli orzechy włoskie faktycznie były gigantyczne). Po wyjęciu z piekarnika powinny rozpadać się przy próbie ruszenia, radzę więc nie podejmować jej przez co najmniej 15 minut. Chyba, że trafić mają prosto do buzi (bo lekko ciepłe są naprawdę nieziemskie) - tam chyba mogą w kawałkach?