C'est Paris à blâmer

Zupełnie poważne i wiarygodne, acz wciąż miłe do poczytania (i dzięki oprawie graficznej - pooglądania) usprawiedliwienia: czas start.

Jestem patriotką urodzoną w niewłaściwym mieście. Odkąd pamiętam - czyli mniej więcej od wczesnych nastoletnich lat - za swój dom uważam stolicę Francji. Temat ten z pewnością przewinął się do tej pory gdzieś na blogu, jednak dopiero teraz czuję się upoważniona do nazwania rzeczy po imieniu. Dopiero teraz nadchodzi dzień, w którym poprawiam tę drobną pomyłkę ze strony wszechświata i przenoszę się 1500 km na południowy zachód.

Może się wydawać, że pobiłam absolutny rekord nieobecności na Coutellerie. Jednak mimo braku czasu na publikowanie czegoś od siebie, nie zaprzestałam odwiedzania ulubionych blogów. Mimowolnie włączyłam tryb "niewidzialny" i ograniczyłam swoją aktywność do anonimowego podziwiania Waszych publikacji. Mam nadzieję, że wkrótce się to zmieni - w nowym, oszałamiająco przestrzennym mieszkaniu (11 m2), mam dwa elektryczne palniki i lodówkę. Dla chcącego nic trudnego - amator kuchennych eksperymentów nie pogardzi żadnych sprzętem, poza tym ile można żyć na tanim ulicznym jedzeniu, mrożonym ratatouille i sucharkach z pastą z kasztanów?

Dziś wracam bez przepisu, ale ze zdjęciami z ostatnich dni, w których nie zajmowałam się niczym prócz walki z francuskim rynkiem nieruchomości, dorywczej pracy i podziwiania uroków utęsknionej ojczyzny. Patrzyłam na nią dużo i uważnie - podczas nocnych wędrówek i dziennych przechadzek, między metrem a kolejną agencją czy bankiem, w ramach lekcji qu'est-ce qu'on fait comme des vrais Parisiens, piknikowania z tanim winem i kartami nad Canal St Martin, tańczenia salsy w kubańskiej knajpie, powtarzania w kółko wieści ogłaszanych przez panią w metrze i wdychania ukochanego, pięknego smrodu świeżych ryb i dojrzewających serów.

Teraz przez kilka dni czerpię energię z wygody przebywania w rodzinnym domu, na przemian pakując się, ciesząc ostatnimi chwilami z bliskimi, pożegnalnie nadużywając piekarnika i korzystając z dobrobytów, które będę musiała pożegnać wraz z przeprowadzką (kto mi powie, czy Paryżanie nie znają, nie lubią, nie chcą czy nie umieją hodować owoców leśnych? To zagadka mojego życia). Zamierzam w najbliższych dniach nadrobić trochę zaniedbanie, jakie dotknęło tego bloga i tym samym przekonać się, czy pamiętam jeszcze jak działa proces tworzenia cudów w mojej kuchni. Do usłyszenia.