Toast za ostatni agrest w tym roku

gin z agrestem i syrop z kwiatów bzu

Na porannym targu w Olsztynie jest boczna ścieżka, przy której spotkać można sprzedawców autentycznych skarbów. To nie handlarze, nie wracają z giełdy; ich towary są umorusane w ziemi i mniej kształtne niż ideały w głównej alei. A do tego ich asortyment jest ograniczony – ten ma ogórki, szczypior i porzeczkę, ten gruszki, twaróg (i kilka butelek mleka spod lady), a ta w rogu tylko pomidory. Wszystko za to prawdziwe i własne. Nazywam ich działkowiczami i staram się kupować tylko u nich. Serdeczni i swojscy, znają się na tym, co im wyrosło. A jak czymś poczęstują, to przyrzekam że smakuje jak od babci. 

Jeden z działkowiczów, łypiąc na mnie znad swoich łubianek, szepnął wczoraj rano, że musi mi powiedzieć coś ważnego. Sekretem okazał się fakt, że po raz ostatni tego lata przyjechał na targ z agrestem. A zaraz potem wykwalifikowana ocena mojej osoby, z której wynikło, że jeśli go nie kupię, będę naprawdę bardzo żałować.

Zatem kupiłam. I niezwłocznie, w ostatnim dniu lipca, wzniosłam toast za ostatni w tym roku agrest, na myśl o którym ślinka wciąż napływa mi do ust.* Dzięki, agreście, za dobry sezon – do zobaczenia! Z wami, mam nadzieję, jeszcze w tym roku. Znajdźcie swój Ostatni Agrest i uczcijcie to jak należy!

* Dosłownie, a działają tak na mnie tylko wyjątkowe rzeczy – na przykład umeboshi, albo melasa z granatów. 

gin syrop kwiaty bzu agrest koktajl.jpg

Gin z syropem z kwiatów bzu
i agrestem

2 porcje; inspirowane przepisem z BBC Good Food

  • 100 ml zmrożonego ginu
  • 30 ml soku z cytryny
  • 20 ml
  • kilka kostek lodu
  • schłodzona woda gazowana lub wino musujące
  • dwie gałązki tymianku lub rozmarynu
  • garść agrestu

W dwóch szklankach umieść po kilka kostek lodu oraz roztarte lekko w dłoniach gałązki ziół. W shakerze wymieszaj gin z sokiem z cytryny, dodaj syrop z bzu, rozlej do szklanek. Dopełnij wodą gazowaną lub winem musującym (to wersja na specjalne okazje!). W każdej szklance umieść kilka owoców agrestu – do zjedzenia po wypiciu. Na zdrowie!

IMG_4910.jpg

Tropikalnym latem

IMG_2494small.jpg

Różne sprawy trzymają mnie ostatnio z dala od tego bloga. Część fajna, część nie, a do tego to gorące lato, które sprawia, że w luźniejszych chwilach na autopilocie kieruję się jak najdalej od komputera (czy, mówiąc inaczej, jak najbliżej jeziora). A w kuchni dzieje się sporo, bo lato jest w tym roku wyjątkowo intensywne – własne pomidory, przetwórstwo owoców, nalewki, kombuche, i dużo dużo Japonii, która ujrzy kiedyś światło dzienne, ale to jeszcze kiedyś dosyć odległe. 

I w tym bałaganie zatrzymałam dla siebie niechcący przepis na zupę wiosenną, ale i latem idealną – zwłaszcza tak tropikalnym, bo oprócz młodych polskich buraków są w niej kokosy, kiwi, bataty i pomarańcze. Nie jest więc na nią ani trochę za późno. A i ja już zapomniałam jak dobrze smakowała mi w maju, więc przy okazji publikacji odświeżę sobie pamięć w swojej kuchni.

Na HelloZdrowie przeczytajcie o dobrych właściwościach botwiny. Znajdźcie cierpliwość dla mnie i tej mojej Japonii (której fragmenciki, mimo ciszy na blogu, pokazuję regularnie i ochoczo tutaj). A potem jedzcie zupę – najlepiej na świeżym powietrzu. Najlepiej smakuje w połączeniu z gorącym słońcem, tak tropikalną wiosną jak i latem.

IMG_2547 copy.jpg
smallIMG_2491 copy2.jpg

Krem z młodych buraków ćwikłowych
z mlekiem kokosowym i kiwi

wg przepisu Jo Jurgi
4 porcje

  • 1 pęczek botwiny z czterema dużymi buraczkami
  • 2 marchewki
  • 1 batat
  • 2 ząbki czosnku
  • ½ papryczki chili
  • szczypta czarnuszki
  • kilka łyżek sosu sojowego
  • 1 puszka mleka kokosowego
  • 2 kiwi
  • sok z 1 pomarańczy
  • sól do smaku
  • biały sezam do podania

Po dokładne instrukcje przygotowania (a także informacje na temat wartości odżywczych botwiny!) zajrzyjcie na Hello Zdrowie.

Nowe życie lodów na patyku

IMG_4965.jpg

Od jakichś trzech lat (czyli odkąd rozpoczęła się w Polsce złota era rzemieślniczych lodziarni, a do tego zaczęłam robić trochę w domu) nie jem już raczej zwykłych lodów na patyku. Tyle się najadłam naprawdę dobrego towaru, że ten sklepowy przestał mnie satysfakcjonować. W lodach, które kiedyś lubiłam, nagle znalazłam napompowaną strukturę i sztuczne posmaki (podejrzewam też, że znane mi z dzieciństwa bigmilki mogły w międzyczasie zmienić skład nie do poznania). Potem przestałam próbować i szukać... Spróbowałam jednak lodów Dione, które znalazły mnie same. A to, że o tym teraz czytacie, to dowód że była to próba bardzo udana. 

Najważniejsze to smak. Ale zaraz za nim jest skład – również w przypadku rzeczy, które z zasady są dla przyjemności, a nie na przykład dla zdrowia. Nie chodzi tylko o to, że w trosce o swój organizm chcę przyjmować składniki dobrej jakości (to też, ale w przypadku jedzonych raz na jakiś czas słodkości bardziej liczy się dla mnie pożytek dla ducha, niż dla ciała). Ważniejszy jest fakt, że ze złych surowców cieżko osiągnąć zachwycający efekt smakowy. Szczególnie dla podniebienia rozpieszczonego lodami tradycyjnej domowej produkcji. I w tych lodach Dione czuć, że są porządne – oblane grubą warstwą dobrej czekolady, smakują prawdziwą wanilią, a w konsystencji są kremowe i konkretne, nie nadmuchane. Wiecie, że nie reklamuję tu rzeczy zbyt często, a już na pewno nie takie, co do których miałabym wątpliwości. Tu przekonuje mnie brak konserwantów, tłuszczów roślinnych, substancji słodzących, barwników i wzmacniaczy smaku i produktów modyfikowanych genetycznie. Ten wpis jest przysługą dla Was (zajadajcie się, Dione kupicie we wszystkich Biedronkach) i moimi trzema groszami do tego, żeby więcej takich lodów wypełniało zamrażarki polskich sklepów. 

IMG_4932 copy copy.jpg
IMG_4932.jpg

Wcześniej nie przyszłoby mi do głowy wykorzystywanie lodów na patyku w przepisie. Są one z definicji formą kompletną; na patyku, by wygodnie było zjeść w każdych możliwych warunkach – byle od razu. Ale chwilę się zastanowiłam i zaczęły mi w głowie kiełkować pomysły na dekonstrukcję tej formy. Zdekonstruowałam przy okazji tosty francuskie, dodałam mascarpone które zrobiło z tego kremowy deser, a dla przełamania słodyczy – kwaśną melasę z granatów (kupicie ją w sklepach arabskich lub zrobicie sami, gotując sok z granatów 100% tak długo, aż zredukuje się do syropu). Wszystkie składowe zyskały kompletnie nowe życie, na które nie da się powiedzieć złego słowa – mimo, że trzeba je teraz jeść łyżeczką :)

IMG_4942 copy.jpg

Dzisiejszy przepis powstał dzięki współpracy z producentem lodów naturalnych Dione. Wszystkie wyrażone opinie są moje własne. Dziękuję za wspieranie marek, które wspierają Coutellerie!

IMG_4973.jpg

Deser z lodów na patyku
z tostami francuskimi i melasą z granatów

4 porcje

  • 250 g mascarpone
  • 4 lody na patyku w czekoladzie (użyłam Dione waniliowych z solonym karmelem i czekoladowych crema di nocciole – wybierzcie swoje ulubione)
     
  • 2 jajka
  • ½ szklanki mleka
  • 1 łyżka ekstraktu waniliowego
  • szczypta soli
  • 4 kromki chałki, może być nawet „przedwczorajsza”
  • ok. 30 g masła do smażenia
     
  • melasa z granatów

Wyjmij lody z opakowań. Odkrój górę każdego z nich, aż do poziomu patyczka. Posiekaj je i dobrze wymieszaj z mascarpone. Powstały krem oraz końcówki lodów na patykach schowaj z powrotem do zamrażalnika.

Przygotuj tosty francuskie. W głębokim talerzu roztrzep jajka z mlekiem, wanilią i solą. Na patelni rozpuść masło. Kromki chałki włóż na kilka sekund do masy jajecznej, następnie odwróć na drugą stronę, by namoczyły się z równomiernie. Przełóż na patelnię i smaż na średnim-dużym ogniu na złoto z obu stron. Zdejmij z patelni na ręcznik papierowy i odsącz z nadmiaru masła. Następnie, wciąż gorące, pokrój w kostkę i wrzuć do czterech przygotowanych pucharków/szklanek. Na warstwę tostów nałóż po dużej łyżce kremu lodowego. Każdą porcję udekoruj końcówką loda na patyku i oblej kwaskową melasą z granatów. Smacznego!

Kwiaty dla Marianny

kwiaty czarnego bzu

Cześć po krótkiej przerwie! Przez tę chwilę podczas której mnie tu nie było, zmienił się cały świat. Ostatnie co tu pamiętam to szykowanie przepisu na zupę z pierwszych botwinek, która miała jeszcze rozgrzewać i dostarczać wytęsknionych witamin. Teraz witaminy są wszędzie, na każdym talerzu i w powietrzu. Siedzę na tarasie, opalam stopy i jem agrest, i tak mi w tym ciepło i miło, że mam ochotę śpiewać. Dzisiaj, zanim zaczniecie czytać, posłuchajcie.

Nie ma kwiatów dla Marianny, ani groszku, ani bzu. Nie ma kwiatów dla Marianny, choć jest wiele słów. 

A tu życie zakręciło się tak, że dla tej Marianny która do Was pisze ostatnio jest kwiatów pod dostatkiem. I wynikają z tego coraz lepsze rzeczy. Nie będzie dziś za to wielu słów, w których zdecydowanie lepsza była Agnieszka... ja będę się trzymać kwitnących bzów i z przyjemnością dzielić z Wami szczęściem, które można sobie z nich zrobić.

syrop z kwiatów bzu

Szczęście przybiera dziś postać syropu z kwiatów czarnego bzu, który robi się tak łatwo, że aż nieproporcjonalnie do tego na ile wyszukanych sposobów można go wykorzystać. Wiem niestety, że odzywam się dosyć poniewczasie. W północnej Polsce bzy się powoli kończą, a i tak jesteśmy tu trochę spóźnieni. W przypadku tych z Was, u których bzy już przekwitły, pozostaje mi liczyć, że zrobiliście syrop zawczasu... Lub że uśmiechniecie się pięknie do kogoś kto zrobił, a on podaruje Wam słoiczek w prezencie. Jeśli nie znajdziecie takiego kogoś wśród znajomych, wybierzcie się na jakiś swojski bazar, gdzie często sprzedawane są domowe przetwory. Sedno sprawy jest takie: zdobądźcie syrop! Bo na końcu wpisu czeka jedna prosta receptura z jego udziałem, a w kolejce następne – między innymi gin z syropem, agrestem i tymiankiem, który testuję prawdopodobnie w chwili, kiedy czytacie te słowa. 

Szykując syrop dodałam odrobinę mniej cukru i więcej bzu niż w oryginalnym przepisie. Uważajcie jednak żeby z nim nie przesadzić, bo w zbyt dużym stężeniu nabiera bardziej roślinnego niż kwiatowego aromatu. Pomarańczę podmieniłam na dodatkową cytrynę i obrałam wszystkie cytrusy ze skórek. W przyszłym roku spróbuję z nierafinowanym cukrem, kolor pewnie będzie mniej atrakcyjny, ale aromat może się okazać miłym urozmaiceniem. 

kwiaty bzu
IMG_2845c.jpg

Syrop z kwiatów czarnego bzu

ok. 1,5 litra; na podstawie przepisu Jamiego Olivera

  • 30 dużych baldachów kwiatów bzu
  • 3 cytryny
  • 1,5 L wody
  • 1,2 kg cukru

Umieść baldachy bzu w dużym naczyniu lub słoiku (używaj szkła lub ceramiki, nie metalu ani plastiku).* Obierz cytryny aż do miąższu, również z białej skórki, następnie pokrój na ćwiartki i dodaj do bzu. W dużym garnku zagotuj wodę, dodaj cukier i podgrzewaj do całkowitego rozpuszczenia, co jakiś czas mieszając. Powstałym syropem zalej kwiaty bzu z cytrynami, przykryj naczynie i odstaw na 24 godziny do macerowania. Po tym czasie przelej przez sito wyłożone gazą, z powrotem do dużego garnka. Podgrzewaj do zagotowania, w międzyczasie przygotowując słoiki lub butelki przygotowane do wekowania.** Wlej do nich wrzący syrop używając lejka i chochli. Szczelnie zakręć i odstaw do wystygnięcia i zawekowania. Nie odwracam ich już nawet do góry nogami, i tak zasysają się pięknie, a  zawartość nie ma kontaktu z metalową nakrętką. Syropu z bzu nie pasteryzuję dodatkowo – zawiera on mnóstwo cukru, który jest świetnym konserwantem.

* Niektórzy oddzielają kwiaty od gałązek, które bywają rzekomo gorzkawe. Przepis do którego ja zerkałam o tym nie wspomina, a w gotowym syropie nie ma ani śladu goryczki.

** Wyparzam je, a krawędzie i nakrętki przecieram szmatką nasączoną spirytusem. Warto wykorzystać więcej małych pojemników, niż mniej większych (można je wtedy otwierać sukcesywnie i na bieżąco zużywać).

IMG_8702-2.jpg

Pieczone truskawki i rabarbar
w syropie z kwiatów bzu

  • 6-8 łodyg rabarbaru
  • 1 kg truskawek
  • 5 łyżek syropu z kwiatów bzu
  • 1 łyżka miodu

Umyty rabarbar pokrój na kawałki o długości ok. 1 cm, a truskawki na połówki lub ćwiartki (w zależności od rozmiaru). Umieść je w foremce lub naczyniu żaroodpornym, dodaj syrop i miód. Wstaw do piekarnika nagrzanego do 200°C na 20-30 minut. Po upieczeniu zrób z nimi to, na co przyjdzie Ci ochota – zjedz na śniadanie z owsianką, udekoruj nimi wierzch brownie z kremem z mascarpone, lub po prostu dodaj porcję lodów i pokruszone ciastko digestive i zjedz łyżeczką (trzy opcje przetestowane póki co przeze mnie). Smacznego!

kwiaty groszku

PS. Nie dość, że są dla tej Marianny kwiaty bzu, to są i groszku. A z niektórych już nawet rosną małe strączki... 

Nadmorska majówka

Podróż nad morze nieodłącznie kojarzy się z goframi. My już zapakowaliśmy swój samochód, pijemy kawkę i ruszamy zobaczyć bunkry. Jeśli nie macie dziś takiej możliwości, zróbcie sobie nadmorski klimat w domu – upieczcie gofry, które smakują lepiej niż te z kołobrzeskej budki! Gofry z przepisu Magnusa Nillsona są (prawie) dwuskładnikowe, to tylko kremówka i trochę mąki. Przygotowanie tego ciasta zajmuje kilka minut, a efekty wbijają w fotel (leżak). To uosobienie lekkości, ciasto w środku jest mięciutkie i pełne dziur, przypomina ptysiowe. Z zewnątrz ma idealnie chrupiącą skorupkę, która nie nasiąka zbyt prędko od bitej śmietany (ani od ricotty, z którą smakują wyjątkowo pysznie).  Nie rozpisuję się za bardzo, ruszajmy nad morze. Dobrej majówki! 

aaaIMG_2454 copy.jpg

Gofry lepsze niż z nadmorskiej budki

przepis z "Nordic Cooking" Magnusa Nillsona

  • ok. 3/4 szklanki wody
  • 90 g mąki pszennej
  • łyżeczka ekstraktu waniliowego lub ziarenka z 1/2 laski
  • szczypta soli
  • szczypta cukru
  • 150 ml śmietany kremówki (30% lub 36%)
  • masło do smarowania gofrownicy
  • do podania: bita śmietana, ulubione owoce, ricotta, skórka z cytryny, czego  tylko zapragniesz

Zanim zaczniesz przygotowywać ciasto na gofry, włącz gofrownicę – niech się porządnie rozgrzeje. Do dużej miski wlej wodę, dodaj mąkę, wanilię, sól i cukier, i wymieszaj całość mikserem na gładkie ciasto. W osobnym naczyniu lekko ubij śmietanę (nie na sztywno, ale niech będzie zdecydowanie puszysta). Wmieszaj ją w ciasto delikatnymi ruchami szpatułki lub drewnianej łyżki. Na gofrownicy rozsmaruj odrobinę masła (najlepiej użyć do tego silikonowego pędzelka). Wylej ciasto, zamknij i piecz aż będą rumiane z obu stron. Po wyjęciu przestudź gofry na kratce lub od razu zajadaj. Jeśli chcesz zabrać je na piknik, przed spakowaniem wystudź całkowicie. Zachowają chrupkość przez wiele godzin. Smacznego!