Jaki pierwszy stycznia...

czipsy z batatów

2017 rok witałam z przyjaciółmi w zaśnieżonej chacie gdzieś pod Sulistrowiczkami. Rozmawialiśmy o znaczeniu naszego dnia po-sylwestrowego, ciesząc się, że jeśli "jaki pierwszy stycznia, taki cały rok" to prawda, mamy wielkie szczęście i czeka nas prawdziwie polski rok pełen śmiechów, śpiewów, wypoczynków, spacerów i pysznego wiejskiego jedzenia i picia. W moim przypadku zasada za bardzo się nie sprawdziła – większość 2017 r. spędziłam w położonej prawie dziewięć tysięcy kilometrów dalej Japonii (śmiechów i śpiewów trochę było, ale wypoczynek, wieś, jedzenie i klimat z zupełnie innej bajki)!  Rok minął mi też z dala od ludzi, w których towarzystwie go rozpoczęłam (ku rozpaczy – może to działa na opak? Byłoby fajnie, bo tym razem jesteśmy osobno). 

Śnieg zasypał dzisiaj wszystkie drogi, niewinnością białym płaszczem ❄️

Post udostępniony przez Marianna Medyńska (@coutellerie.pl)

Nie trzymam się więc obietnicy z porzekadła kurczowo i nie dbam w tym roku szczególnie o to, by pierwszy stycznia był moim dniem idealnym. Ale gdyby zasada w 2018 r. miała się jednak spełnić, dopilnuję przynajmniej tego, co będziemy mieć na stole. Piekę domowe czipsy, zrobione od podstaw i z miłością, o wiele bardziej wartościowe (i smaczniejsze!) niż te z foliowej paczki. Ze słodkawych batatów i owocowej oliwy, z bardzo subtelnym dodatkiem bazylii i charakterną skórką z pomarańczy. Zróbcie je na swoje przyjęcie, jeszcze zdążycie! Jeśli zasada się sprawdzi (a porcja czipsów dotrwa ukryta gdzieś do rana), noworoczne postanowienie o zdrowym odżywianiu spełni się samo. 

Do usłyszenia w styczniu. Szczęśliwego Nowego Roku!

czipsy z batatów 2

Pomarańczowe czipsy ze słodkich ziemniaków

porcja dla 3-5 osób

  • 2 duże słodkie ziemniaki (bataty)
  • 1/4 szklanki oliwy extra vergine
  • 2 łyżki oleju z prażonego sezamu
  • kilka hojnych szczypt soli
  • skórka z 1/2 pomarańczy
  • 1/2 pęczka bazylii

Umyj i wysusz bataty. Pokrój je na jednakowe talarki, najcieniej jak potrafisz (możesz użyć do tego mandoliny lub bocznej strony tarki). W bardzo dużej misce połącz oliwę z olejem sezamowym i solą. Następnie włóż do miski plasterki ziemniaków i dokładnie wymieszaj, tak by równomiernie pokryły się oliwą. Rozłóż je na dwóch blachach do pieczenia (jeśli nie masz możliwości pieczenia ich jednocześnie, rozłóż na blasze połowę ziemniaków i po skończeniu powtórz czynności z drugą partią). Piecz przez około 5 minut w temperaturze 180 stopni z wiatrakiem. Po tym czasie zmniejsz temperaturę do 120 stopni i susz czipsy przez około dwie godziny, kilka razy odwracając je w międzyczasie i mieszając. Dokładny czas suszenia zależy od grubości plasterków. Kiedy wszystkie będą ciemnopomarańczowe, pogięte i chrupkie, wyjmij blachy z piekarnika, odstaw czipsy do wystudzenia, posyp startą skórką pomarańczy oraz posiekaną bazylią, a następnie przełóż do półmisków i podawaj. 

Jak zostałam mistrzem ramen z Kioto

IMG_0556.jpg

Nikt już pewnie nie pamięta tajemniczego zdjęcia, które pojawiło się na moim Instagramie podczas wiosennego pobytu w Japonii. W swoim czasie wywołało ono jednak pewne zainteresowanie, może przez podejrzenie bycia kolejnym primaaprilisowym żartem… Było jednak zupełnie na serio. Kto nie wierzył, że naprawdę pracuję w restauracji ramen? Dzisiaj mam dla Was dowód! Pod okiem mistrza nauczyłam się tam robić jedyny w swoim rodzaju wegański ramen z mlekiem sojowym. Zaczynałam od nieśmiałego tarcia skórki z yuzu na garnisz, a skończyłam przygotowując ramen samodzielnie, i to bez ściągawki.

small24 44.jpg

Minoru Yonekawę poznałam przy pierwszej wizycie w Japonii, kiedy odwiedziłam jego restaurację w towarzystwie Marysi, która też była wtedy w Kioto (ściskam!). Trafiłyśmy tam w czasie popołudniowej przerwy i odbiłybyśmy się od drzwi, ale Minoru wyjrzał z okna swojej sypialni na piętrze, ulitował się i postanowił nas obsłużyć. Byliśmy więc w restauracji sami i mogliśmy swobodnie rozmawiać. Szczególnie, że znajdowaliśmy się pół metra od siebie, po dwóch stronach wąskiego baru. Minoru wyczarował ramen, który zwalił nas z nóg. Na nic specjalnie nie licząc spytałyśmy o przepis, a on ochoczo podyktował nam go łamanym angielskim. Było tam jednak sporo nieścisłości typowych dla kogoś dopracowującego potrawę od lat – odmierzającego składniki na wyczucie, szacującego proporcje odpowiednią gęstością lub kolorem, oceniającego gotowość po zapachu. Wiedziałam, że żeby dokładnie odtworzyć ten ramen w mojej kuchni, musiałabym poobserwować kucharza w akcji znacznie uważniej.  

Po dwóch latach wróciłam do Japonii i odezwałam się do Minoru, mając nadzieję, że będzie mnie pamiętał. Miałam szczęście! I już po kilku dniach od tej rozmowy siedziałam przy znajomym barze, nad miską ramenu za którym tak tęskniłam. Ale tym razem po jedzeniu, zamiast spakować się i pożegnać, pomogłam mu zamknąć restaurację, zadając w międzyczasie mnóstwo pytań o zawartość lodówki i kuchennych szafek. A później rozłożyliśmy futon i z jednego pokoju wyłożonego tatami zrobiliśmy mi sypialnię. Następnego dnia o świcie zwinęłam swoje legowisko i ustawiłam stolik, z powrotem zamieniając sypialnię w salę dla gości restauracji. A potem zawiązałam fartuch, wskoczyłam za bar i stałam się uczennicą mojego ramen sensei. I tak przez najbliższe kilka dni.

Poznałam od podszewki każdy etap przygotowywania Ramenu Światowego Pokoju, jak nazywa go Minoru. Wegańskiego, kremowego, pełnego umami – chyba ulubionego (a mówi to wielbicielka potrójnie mięsnego tonkotsu). Później wszystko opisałam w sześciostronicowym materiale, który ukazał się w ostatnim numerze magazynu Chickpea.

small 24 4.jpg

Artykuł możecie przeczytać tu na blogu, ale po przepis zajrzyjcie do magazynu – tutaj dostępna jest próbka, można zajrzeć do środka. A cały numer kupicie tu, w oficjalnym sklepie – kosztuje tylko pięć dolarów, ale zastanówcie się nad prenumeratą. Warto, sama ją mam – dostaję pocztą papierowe wersje numerów ze swoim udziałem, ale one drukują się wiele tygodni po premierze wersji cyfrowych. Tak czy siak wciąż czekam na dzień, w którym będzie można kupić u nas Chickpea na papierze (zawsze, niezależnie od opóźnień, będzie on u mnie wygrywać z ekranem).

IMG_0560.jpg

Zima czas start

IMG_0507.jpg

Jutro pierwszy dzień zimy! To dla mnie wspaniała wymówka, żeby przestać odmawiać sobie jakichkolwiek przyjemności, są od teraz oficjalnie potrzebne do przetrwania. Chłodne poranki bolą mniej jeśli budzimy się ze świadomością, że w kuchni czeka blaszka czekoladowego ciasta. I to smaczniejszego niż jakiekolwiek inne, bo obezwładniająco pachnącego rozmarynem! A do tego z karmelem i solą morską na górze. Biegnijcie do kuchni upiec je sobie na jutro – zdążycie! Zajmie Wam to kilka chwil, przygotowanie jest bardzo proste. Kto nie wierzy niech sam zobaczy, wszystko zostało udokumentowane na pysznym filmie, który zrobiliśmy razem z Baziółkami. Miłego seansu, dobrej zimy, smacznego!

Rozmarynowe ciasto czekoladowe
z karmelem i solą morską

12 porcji, forma 20 x 30 cm

na ciasto:

  • 120 g masła
  • 3-4 gałązki rozmarynu
  • 200 g czekolady 70% kakao
  • 5 jajek
  • 200 g cukru
  • 100 g mąki pszennej
  • polewa karmelowa z przepisu poniżej
  • sól morska w płatkach
  • posiekany rozmaryn

na polewę karmelową:

  • 200 g cukru
  • 3-4 łyżki wody
  • 30 g masła
  • ok. 50 ml śmietany kremówki

Piekarnik rozgrzej do temperatury 200 stopni (bez termoobiegu).

Rozpuść w rondelku masło z rozmarynem. Gotuj na najmniejszym ogniu tak długo, aż masło przestanie się pienić – około 5-7 minut. Mieszaj często, aby nic się nie przypaliło. Odstaw do przestudzenia, żeby masło nabrało pełnego rozmarynowego aromatu.

Czekoladę połam na kawałki do ceramicznej lub szklanej miski, ustaw ją na garnku z gotującą się wodą i rozpuść czekoladę w kąpieli wodnej. Następnie wlej do miski rozpuszczone masło, odcedzając po drodze rozmaryn. Wyciśnij go na sicie mocno tylną stroną łyżki, aby oddał cały aromat. Wymieszaj czekoladę z masłem na jednolitą masę.

W dużej misce ubij jajka. Kiedy będą puszyste, stopniowo dodawaj cukier. Wciąż ubijając wsyp również mąkę. Następnie wlej masę czekoladową i wszystko razem miksuj na najniższych obrotach do dokładnego połączenia. Przelej ciasto do formy wyłożonej pergaminem i piecz przez 15-20 minut. Na środku blaszki ciasto powinno wydawać się lekko niedopieczone – stężeje po wystudzeniu! Wyjmij z piekarnika i odstaw do całkowitego schłodzenia.

W międzyczasie przygotuj polewę karmelową.  Wsyp cukier do garnka o grubym dnie i dodaj wodę – tylko tyle, by cały był zwilżony. Podgrzewaj na średnim ogniu i nie dotykaj garnka – nie mieszaj, nie przechylaj. Najpierw cukier rozpuści się, będzie się pienić, a po jakimś czasie powoli zmieni barwę na złotą. Kiedy będzie ciemnobursztynowy, zdejmij garnek z ognia i intensywnie mieszając dodaj masło, a następnie wlej śmietankę. Jej ilość reguluj w zależności od potrzeby – gorąca polewa powinna mieć  lejącą, ale nie płynną konsystencję (po wystudzeniu będzie tężeć).

Ostudzone ciasto czekoladowe pokrój na kwadraty, udekoruj polewą karmelową, a następnie obsyp solą morską w płatkach i odrobiną posiekanego świeżego rozmarynu.

Þrjár dagar í Reykjavík *

* Ten wpis miał się ukazać mniej więcej rok temu. Ale gdyby tak się stało, wyglądałby zupełnie inaczej. Pamiętacie luźny mikro-przewodnik po stolicy południowej Francji, Trois jours à Marseille? Napisałam go po bardzo krótkim pobycie, mimo wszystko wypełnionym wieloma pysznościami. Podobny miałam pomysł na Reykjavik, który odwiedziłam na chwilę zeszłego lata. Tytuł dzisiejszego wpisu znaczy dosłownie „Trzy dni w Reykjaviku” – tyle mniej więcej spędziłam tam ja, to się zgadza. Mimo to tytuł jest zwodniczy. Bo zamiast niepewnie przedstawiać miasto sama, oddam dziś głos komuś kto zna je jak własną kieszeń i chętnie wtajemniczy Was w jego najlepsze smaczki.

Rejkiawiczanie których domy znajdują się na parterze, mają uroczy zwyczaj ozdabiania swoich parapetów gadżetami umilającymi przechodniom spacer. Powiększcie to zdjęcie i przyjrzyjcie się ile obrazków, figurek i zabawek uśmiecha się do Was z tych domowych witryn. Chodząc po mieście nie mogłam przestać zastanawiać się kim są ludzie, którzy je tam ustawili. Czasami udało się zajrzeć przez okno do środka, zazwyczaj jednak ta mała wystawka była wszystkim, na podstawie czego mogłam odgadywać życiorysy lokatorów.

IMG_5196 copy.jpg

Naszą przewodniczką będzie moja najlepsza przyjaciółka Kasia, którą na ulicy z pewnością wzięlibyście za Islandkę. I choć jest Polką z krwi i kości, spędziła w Reykjaviku wystarczająco dużo czasu by poznać go lepiej niż niejeden rdzenny mieszkaniec. Spróbowała wielu smacznych rzeczy pod adresami, które mogą się Wam przydać kiedy odwiedzicie to miasto. Nie będzie dziś o rekinach, wielorybach ani maskonurach (na pewno nie na talerzu) – poznajcie prawdziwy, codzienny Reykjavik i okolice.

Na końcu tego wpisu czeka na Was przepis na śledzie po islandzku. Nie przywiozłam go z Reykjaviku, nikt nie wie czy rzeczywiście pochodzi on z tych rejonów. Ale nawet jeśli nazwa jest bezzasadna jak w przypadku ryby po grecku, pisanie o Islandii jest dobrym pretekstem do podzielenia się tym przepisem. Bo takie śledzie są bardzo w klimacie. Chłodnym i szarawym, a więc takim, który panuje aktualnie i u nas w Polsce. Dlatego nie zwlekajcie ani chwili i zaraz po lekturze pędźcie na śledziowe zakupy. Będzie ostry chrzan i łagodna śmietana, słone kapary i słodkie jabłka, miękka ryba i chrupiąca cebula. Róż, biel, czerwień i zieleń przeciwko szarościom. A do tego wystarczy bochen ciemnego, żytniego chleba – bo choć nie pieczemy go w ziemi przy gorących źródłach, robimy w Polsce przecież najwspanialszy!

Reykjavik to bardzo kameralne miejsce. Mimo, że jest stolicą Islandii, ciężko myśleć o nim jako o mieście – liczba ludności jest prawie o połowę mniejsza niż w Radomiu, a jedyny „wieżowiec” to 73-metrowy kościół Hallgrímskirkja. Dzięki temu jednak łatwo jest poczuć się tam dobrze i swojsko, a także czerpać dobrą energię z wszechobecnych kolorowych akcentów przełamujących chłodną szarość, którą spowita jest cała wyspa. Ale powierzchnia miasta wcale nie jest taka mała, przez co do najlepszych miejsc nie da się zawsze trafić przypadkiem. Oddaję więc głos Kasi, która zaprowadzi wszędzie, gdzie warto zawędrować.


1. Kex Hostel

Zdecydowanie najciekawsze miejsce na mapie Reykjaviku. Hostel, bar oraz restauracja w jednym. Zawsze gwarno, radośnie, międzynarodowo, ale i lokalnie. Ta industrialna, jednak niezwykle przytulna pełna książek i dziwnych krzeseł przestrzeń mieści się w dawnej fabryce ciasteczek nad oceanem. Duży ogródek na tarasie. Można tu spędzić cały dzień, zaczynając od śniadania, przez lunch po kolację i piwo ze znajomymi. Mają tu duży wybór lokalnych piw oraz przekąsek opartych na tradycyjnych przepisach. Miłośnikom jazzu polecam wpaść tu we wtorek na cotygodniowy koncert.

Skúlagata 28, 101 Reykjavík, Islandia
kexhostel.is


2. Reykjavik Roasters

Najlepsza palarnia i kawiarnia reprezentująca trzecią falę. W Reykjaviku znajdują się dwie. Pierwsza malutka, urządzona w domowym islandzkim stylu (widoczna na zdjęciach). Tutaj rządzi przemiły Brytyjczyk Tom, który z cierpliwością odpowie na każde ciekawskie pytanie. Druga przestronna, mniej turystyczna, reprezentująca skandynawski design. Reykjavik Roasters to mekka islandzkich wielbicieli specialty coffee oraz kaw przelewowych. Świeżo paloną kawę w ziarnach można kupić na miejscu po wcześniejszej degustacji. Uwaga! Islandczycy się nie spieszą. Tym bardziej islandzcy bariści, bądźcie cierpliwi i wyrozumiali – warto!

Kárastígur 1, 101 Reykjavík, Islandia
Brautarholt 2, Brautarholt, Reykjavík, Islandia

reykjavikroasters.is


3. Kaffihús Vesturbæjar

Dla przyjaciół Kaffi Vest. Bistro/kawiarnia położona w najładniejszej moim zdaniem dzielnicy Reykjaviku tuż nad oceanem, z dala od turystycznych szlaków. Moje idealne letnie popołudnie spędziłabym w ogródku z widokiem na ocean, rozkoszując się filiżanką idealnego flat white’a po wizycie w sąsiadującym, urokliwym basenie Vesturbæjarlaug. Kaffi Vest to kawiarnia bardzo lokalna, mało tu turystów. Można spokojnie zaszyć się z książką obserwując mokre blond czupryny stylowych Islandczyków wychodzących z basenu. Wielkie okna oraz liczne lustra sprawiają, że możemy obserwować grę świateł oraz z każdego niemalże stolika wpatrywać się w ocean. Przemili bariści (również polscy!), pyszna kawa z palarni Reykjavik Roasters oraz oryginalne menu.

22,, Melhagi 20, 107 Reykjavík, Islandia
kaffihusvesturbaejar.is

fot. Kasia Sińska

fot. Kasia Sińska

fot. Kasia Sińska

fot. Kasia Sińska


4. Kjarvalsstaðir, Reykjavík Art Museum

Muzeum poświęcone współczesnemu malarstwu i rzeźbie, ale przede wszystkim artyście Jóhannesowi S. Kjarvalowi, mieszczące się w pięknym parku, w budynku typowym dla nordyckiego modernizmu. W muzeum znajduje się kawiarnia i bistro. W cieplejsze dni można usiąść z kawą na dużym placu z widokiem na park korzystając z prawdziwie świeżego powietrza.

Flókagata 24, 105 Reykjavík, Islandia
listasafnreykjavikur.is

fot. Kasia Sińska

fot. Kasia Sińska

fot. Kasia Sińska

fot. Kasia Sińska


5. Brauð & co

To najlepsze rozwiązanie na szybkie śniadanie. Co zaskakujące, w Reykjaviku trudno jest znaleźć dobre pieczywo na zakwasie. W tej niszowej piekarni znajdziecie najlepszy chleb i wypieki. Mój ukochany zestaw to słynna w Skandynawii słodka bułeczka cynamonowa i czarna, mocna kawa przelewowa. Nie ma lepszego połączenia.

16,, Frakkastígur, 101 Reykjavík
braudogco.is


6. HOT DOGI

Hot dog uznawany przez Islandczyków za narodowy przysmak. Tak jak wiele innych międzynarodowych potraw i hot dog ma własną nazwę – pylsur. Budek z hot dogami w mieście jest mnóstwo. Najsłynniejsza znajduje się w centrum, jednak ja polecam tę prowadzoną przez sympatyczne starsze małżeństwo przy basenie Vesturbaejarlaug (widoczna na zdjęciu). Mniejsza kolejka, a smak taki sam. Pylsur znacznie różni się od znanych nam hot dogów. W miękkiej bułce, z baranią parówką, świeżą cebulką oraz słodkawym beżowym sosem, którego receptura pozostaje tajemnicą.

fot. Kasia Sińska

fot. Kasia Sińska

Dzielnica Vesturbær, fot. Adam Podleśny

Dzielnica Vesturbær, fot. Adam Podleśny

7. Basen Vesturbæjarlaug

Jeśli chcielibyście prześcignąć żabką Björk (niełatwe zadanie), w tym miejscu macie szansę spróbować. Jeden ze starszych basenów w Reykjaviku. Kameralny, otwarty, na świeżym powietrzu. Można tu zarówno trenować jak i wygrzewać się w gorących basenach oraz saunach. Wejście na cały dzień kosztuje ok. 30 zł.
Islandczycy słyną z zamiłowania do kąpieli – w gorących źródłach, ale i w basenach. To miejsce łączące wszystkie pokolenia. Rodzinne spotkania, dyskusje o polityce, wypad na plotki, a nawet randki, to wszystko rozgrywa się tutaj przez okrągły rok. W weekendy pyszna kawa przelewowa na koszt firmy.

Hofsvallagata 107, 107 Reykjavík, Islandia


8. Bergsson Mathus

Czyli dosłownie Jadłodajnia Bergssona. Polecana przez Jamiego Olivera i przeze mnie, restauracja idealna o każdej porze dnia. W menu na lunch znajdziecie cztery różne pozycje, również wegetariańskie. Obfite i pożywne. Daniem, które polecam najbardziej jest ryba, codziennie inna, tak świeża jak to tylko możliwe. Na kolację warto przyjść we dwójkę lub w grupie i zamówić menu do podziału. Na stole stanie przed Wami zacna porcja świetnie przyrządzonej pieczonej ryby czy baraniny. Najbardziej jednak polecam to miejsce ze względu na atmosferę. Przyjacielscy i gościnni kelnerzy sprawią, że poczujecie się jak na kolacji u przyjaciół. Po jedzeniu spacer wokół sąsiadującego stawu Tjörnin zamieszkanego przez islandzkie łabędzie to sprawdzony przepis na udany wieczór.

Templarasund 3, 101 Reykjavík, Islandia
bergsson.is

fot. Kasia Sińska

fot. Kasia Sińska

Jezioro Tjörnin, fot. Kasia Sińska

Jezioro Tjörnin, fot. Kasia Sińska


9. Hverfisgata 12 i Mikkeller & Friends

O tej ukrytej pizzerii mówi się, że jest tak hip, że nie ma nawet nazwy. Piękny i przytulny dwupoziomowy lokal. Idealne miejsce na randkę i drinka ze znajomymi. Na dole pizzeria o nietypowym menu oraz bar prowadzony przez najlepszych islandzkich barmanów. Wachlarz lokalnych wódek i likierów, drinki inspirowane islandzką naturą, jagodowe, słone, pyszne. Na drugim piętrze znajduje się zaprzyjaźniony pub należący do duńskiego browaru Mikkeller. Można tu spróbować ponad dwudziestu różnych, zmieniających się sezonowo piw prosto z beczki. Najbardziej polecam pszeniczne warzone ze skórką pomarańczy i kolendrą oraz najbardziej kontrowersyjne, z chmielu wędzonego na owczych odchodach.

Hverfisgata 12, 101 Reykjavík, Islandia
mikkeller.dk


10. Messinn

To restauracja specjalizująca się w tradycyjnych morskich przepisach. Kelnerzy ubrani w marynarskie stroje serwują różnorodne, tradycyjne potrawy rybne. Najbardziej polecam te do podziału, podawane na ciężkich patelniach stawianych na środku stołu. Plokkfiskur, czyli "gulasz" rybny, podawany na liściach szpinaku, z ziemniaczkami, pomidorkami oraz warzywami korzeniowymi to przepyszny i tradycyjny przysmak. Do tego słodkawy, piernikowy chleb żytni z solonym masłem. Niebo w gębie.

Lækjargata 6, 101 Reykjavík, Islandia
messinn.com


11. Vitabar

W centrum Reykjaviku kryje się kilka miejsc znanych tylko wtajemniczonym mieszkańcom. Jednym z nich jest niezwykle klimatyczny bar z burgerami. Typowo sąsiedzki lokal na szybki posiłek i plotki przy piwie. Ja dowiedziałam się o nim od Ivara z FM Belfast (On tour with Ivar – patrz punkt 14). Nie są to może te najzdrowsze burgery, ale za to autentyczne i zdecydowanie najlepsze. Największym powodzeniem cieszy się ten z sosem na bazie gorgonzoli. W barze panuje nieoczywisty, trochę podziemny klimat i niezobowiązująca atmosfera. Ciemne wnętrze oświetlone pięknymi lampami i nietuzinkowi goście. To sprawia, że chce się tu wracać.

Bergþórugata 21, 101 Reykjavík, Islandia


12. Icelandic Street Food

Kuchnia islandzka słynie z wysokiej jakości baraniny. Opinii na temat najlepszej, tradycyjnej lamb soup w Reykjaviku jest tyle co mieszkańców. Moje serce skradła serwowana właśnie tu. Niezwykle charyzmatyczny, witający u progu młody właściciel tego niepozornego lokalu stworzył menu oparte na przepisach swojej babci, zawierające raptem 4-5 pozycji. Najbardziej polecam lamb soup i shellfish soup. Gęsty bulion jagnięcy z satysfakcjonującą ilością mięsa i warzyw nie jeden raz uratował mnie podczas przeziębienia czy gorszych dni. Na życzenie serwowany w chlebie!

Lækjargata 8, 101 Reykjavík, Islandia


13. Húrra

Ten niepozorny bar to centrum islandzkiej muzyki. Niewielka przestrzeń pomieści fanów jazzu, rapu, elektroniki i dobrych potańcówek. W każdy poniedziałkowy wieczór można posłuchać i uczestniczyć w koncertach młodych, jazzowych muzyków. Naturalnie przechodzą one w jam sessions – zagrać czy zaśpiewać może każdy. Jam otwiera śpiewający barman, młody Chet Baker. Przy świetnym piwie z islandzkiego browaru Einstök można nawiązać nowe międzynarodowe znajomości i przez chwilę poczuć się jak w Nowym Orleanie. Húrra organizuje wiele różnorodnych koncertów. Islandzcy raperzy, KIASMOS, FM Belfast i GusGus to również stali goście.

Tryggvagata 22, Reykjavik, Iceland
hurra.is

Kiasmos w Húrra, fot. Kasia Sińska

Kiasmos w Húrra, fot. Kasia Sińska


14. On tour with Ivar i City Walk

Nawet jeśli tak jak ja zazwyczaj trzymacie się z dala od zorganizowanych wycieczek, dla tych dwóch musicie zrobić wyjątek. On tour with Ivar to wycieczka prowadzona przez perkusistę sławnego islandzkiego zespołu FM Belfast. Ivar jest niezwykle ciepłym i ciekawym człowiekiem, który oprowadzi Was po swoich ulubionych zakamarkach i lokalach rodzinnego miasta. Opowie o muzyce, polityce, architekturze w sposób lokalny i subiektywny. W cenie wycieczki, prócz spaceru z super człowiekiem, dostaniecie też bułeczkę cynamonową, kawę, drinka, lunch w Messinnie, piwo i hummus. Poza tym, czy gdziekolwiek indziej na świecie gwiazda muzyki pop w wolnych chwilach przybiera postać przewodnika? Takie rzeczy tylko na Islandii.

Druga wycieczka to dwugodzinny, darmowy spacer historyczny po Reykjaviku. Brzmi nudno? Nie z tą zwariowaną ekipą młodych islandzkich historyków. Jeśli na ulicach Reykjaviku co chwilę widzicie grupy turystów wybuchających śmiechem, to właśnie ich sprawka. Szczególnym darem opowiadania obdarzony jest Eric. Przezabawny, rzetelny Islandczyk uosabia tamtejsze autoironiczne poczucie humoru! Ta grupa także wie gdzie najlepiej zjeść i wypić.

ontourwithivar.com
citywalk.is


Po tej wyczerpującej przeprawie z insiderką Kasią, nie czuję, żebym miała cokolwiek do dodania. Może tylko że to w Reykjaviku trafiłam do najfajniejszej łazienki w mojej kolekcji toaletowych fotografii.

Szybko pokażę Wam jeszcze kilka miejsc, które warto zobaczyć poza Reykjavikiem, nawet jeśli czas mocno Was goni. Te cuda natury znajdują się bardzo blisko stolicy, w obrębie tak zwanego The Golden Circle – popularnej wśród turystów trasy, o której przeczytacie więcej tutaj. Zamierzam kiedyś wrócić na Islandię, by oddalić się jak to tylko możliwe od cywilizacji i poznać naturę jej terenów znacznie lepiej. Ale jeśli tak jak ja odwiedzacie Reykjavik w ekspresowym tempie, nie przejmujcie się. Wystarczy opuścić granice miasta, przejechać kilka kilometrów i krajobraz zmienia się w to, czego o Islandii nasłuchaliście się przed przyjazdem.

Strokkur, najpotężniejszy czynny gejzer na Islandii. Tutaj w akcji – wybucha tak co około 6-10 minut. Zaraz obok znajduje się Geysir, czyli Oryginalny Gejzer, od którego nazwy wzięło się to słowo! Liczy sobie około dziesięć tysięcy lat, ale ostatnio jest bardzo spokojny, urządzając całe lata przerwy między wybuchami. 

IMG_5284.jpg

Piękne jezioro Kerið w kraterze wulkanu Grímsnes.

Wodospad Gullfoss na rzece Hvítá.

Mamy nadzieję, że po odwiedzeniu z nami Islandii czujecie nieodpartą chęć teleportacji pod któryś ze smacznych adresów Reykjaviku! Jeśli jednak nie macie takiej wyprawy na razie w planach, nie szkodzi. Zawsze są przecież islandzkie śledzie. Smacznego!

Śledzie po islandzku
w soku z buraków i chrzanie

4-6 porcji
przepis z duńskiego magazynu Gastro, dzięki Pistachio

  • 100 g obranego korzenia chrzanu
  • 500 ml soku z buraków
  • 4 kulki ziela angielskiego
  • 1 gwiazdka anyżu
  • 4 ziarna pieprzu czarnego
  • 50 g marynowanych buraków (ze słoika)
  • 125 ml wody
  • 125 ml octu jabłkowego
  • 120 g cukru trzcinowego
     
  • 4-5 dużych płatów solonego śledzia (moczonego wcześniej przez kilka godzin w mleku)
  • 1 reneta (lub inne jabłko, ale jak najbardziej kwaśne, twarde)
  • 1 mała biała cebula lub szalotka
  • ok. 4 łyżki kaparów
  • kwaśna śmietana
  • koperek
  • ulubiony żytni chleb razowy

Chrzan kroimy w plasterki i wkładamy do garnka razem z sokiem z buraków i przyprawami (zielem angielskim, anyżem i pieprzem). Podgrzewamy pod przykryciem do zagotowania, następnie zdejmujemy z ognia i odstawiamy na godzinę.

W osobnym garnku zagotowujemy wodę z octem i cukrem. Kiedy cukier się rozpuści, zdejmujemy z ognia, studzimy i dodajemy do pierwszego garnka z sokiem z buraków. Dodajemy też pokrojone buraki. Śledzie myjemy i kroimy na mniejsze kawałki. Wkładamy do słoika i zalewamy marynatą. Odstawiamy do lodówki na 2-3 dni, lub dłużej, jeśli po tym czasie stwierdzimy, że warto.

Zamarynowane śledzie podajemy na półmisku w towarzystwie skrojonego jabłka, piór cebuli, przepłukanych kaparów i kwaśnej śmietany. Obsypujemy posiekanym koperkiem i podajemy z dobrym, razowym chlebem żytnim.

IMG_6667.jpg

Wróciłam. Pudding wcale nie japoński

Cześć, a może raczej konnichiwa! Z tej strony Marianna (Mari-san?), która jakiś czas temu zniknęła bez śladu daleko od Polski i tego bloga. Wybaczcie mi długą ciszę, obiecuję, że nie próżnowałam! Ale teraz wracam już z nowymi przepisami. Dobrze jest czasem porządnie się stęsknić – za pisaniem, własną kuchnią i polskim jedzeniem. Na wszystkie trzy rzeczy mam większą ochotę niż kiedykolwiek dotychczas.

W tej Japonii byłam jednak naprawdę długo, nie miejcie mi więc za złe jeśli nie uda mi się tak od razu przestawić na nasze lokalne realia. Łapię się na tym, że na wpół świadomie przemycam wszędzie japońskie smaki, nawet jeśli polega to tylko na podmianie soli na sos sojowy. A czasem wystarczy mi sama myśl o tym, że Japonia jest na moim talerzu – na przykład kiedy robię pudding jak w dzieciństwie, ale z wyjątkowego ryżu z prefektury Niigata.

Nie zniechęcajcie się. Nie trzeba po ten pudding jechać do Japonii (ani nawet do sklepu z importowaną żywnością). Równie pyszny wyjdzie ze zwykłym ryżem krótkoziarnistym dostępnym w co drugim spożywczaku (zazwyczaj pod nazwą „ryż do risotto”). Upewnijcie się też, że macie pod ręką laskę wanilii. A pozostałe składniki to już samo polskie dobro. Z francuskim finiszem – opcjonalnym, ale jaki deser nie smakuje lepiej ze skorupką crème brûlée niż bez niej? Efekt to remedium dla wszystkich smutasów, niezależnie od narodowości. Szczególnie dobrze działa jednak w miejscach, gdzie jest aktualnie wietrznie, szaro, mokro i zimno. Jest w nim bowiem kremowość, ciepło, chmurkowatość i komfort, czyli całe tego przeciwieństwo.

Kremowy pudding ryżowy
brûlée (lub nie)

8-10 małych porcji, jest bardzo sycący
przepis z magazynu Good Food 01/2016

  • 75 g masła
  • 175 g krótkoziarnistego, klejącego ryżu
  • 1 laska wanilii
  • 120 g (80 g + 40 g) jasnego cukru trzcinowego*
  • 500 ml śmietanki 36%
  • 600 ml pełnotłustego mleka
  • woda do konsystencji

* W oryginalnym przepisie cukru było 140 g, ale dla mnie efekt był za słodki, zwłaszcza w wersji z karmelową skorupką. Jeśli nie planujesz jej robić, możesz mocniej dosłodzić sam pudding. Bezpieczniej jednak zrobić to po ugotowaniu, zacznij więc od proporcji podanych przeze mnie powyżej (czyli 80 g cukru; 40 g na skorupkę po prostu pomiń).

W głębokiej patelni podgrzej masło. Kiedy się rozpuści, wrzuć rozciętą wzdłuż laskę wanilii i wsyp suchy ryż. Przemieszaj dokładnie, aby wszystkie ziarenka były równomiernie pokryte. Podpraż przez 5 minut co jakiś czas mieszając, a kiedy masło zacznie nabierać złotego koloru, dodaj 80 g cukru. Podgrzewaj przez kolejne 5 minut, aż cukier zacznie się rozpuszczać. Następnie wlej śmietankę i raz po raz mieszając gotuj, aż cukier się skarmelizuje i całość zacznie przypominać gęsty, krówkowy sos. Wtedy wlej mleko i wszystko razem gotuj na najmniejszym ogniu przez około godzinę, mieszając delikatnymi ruchami, tak aby nie rozgniatać ziarenek ryżu. Najlepiej wykorzystać do tego drewnianą łyżkę. Po 30-40 minutach spróbuj puddingu i oceń, czy proporcje są odpowiednie, a więc czy konsystencja nie robi się za gęsta, a ryż gotuje w odpowiednim tempie. W razie potrzeby wlej trochę wody. Ja dodałam w sumie około 250-300 ml. Jeśli wlejesz trochę za dużo, nie ma tragedii, wystarczy odparować pudding dodatkowe kilka minut! Końcowy efekt (wciąż gorący) ma przypominać dość płynne, bardzo kremowe risotto. Gotowy pudding rozlej do kokilek lub miseczek.

Jeśli chcesz przygotować wersję brûlée, odstaw je do wystygnięcia (a najlepiej schłodzenia), a następnie posyp powierzchnię pozostałym cukrem i przypal palnikiem gazowym. Podawaj od razu, kiedy skorupka jest chrupiąca. Smacznego!