Doznanie wielopoziomowe

Przełom wiosny i lata to czas największego urodzaju. Kolory wypełniają półki warzywniaków po szarej zimie i przednówkowym nieurodzaju. Tak licznie, że trudno mi decydować które warzywa i owoce wylądują danego dnia na talerzach. Najciężej jest rano, bo rozkochana w porankach, największy apetyt mam po przebudzeniu.

Choć decyzja co zjeść na śniadanie nie jest bułką z masłem, może być kilkoma kromkami żytniego pumpernikla. Problem decyzyjności rozwiąże się wówczas sam. Wystarczy odrobina kreatywności, aby z niczego nie trzeba było rezygnować; kromki ułoży się jedna na drugiej tworząc tort, a pomiędzy jego kolejnymi poziomami schowa wszystko, co wspaniałego ma wiosna w ofercie.

Tym razem, do świeżych polskich ogórków, papryk, rzodkiewek i szczypiorów, ukręciłam aż trzy pasty, które czynią ten tort doznaniem wielopoziomowym – konstrukcyjnie, ale i smakowo. Więcej napisałam na portalu Hellozdrowie. Zajrzyjcie, by dowiedzieć się co nieco o zaletach żytniego pumpernikla i jego wpływie na naszego zdrowie!

Śniadaniowy tort pumperniklowy
z trzema pastami i mnóstwem nowalijek

4 porcje

  • ½ żółtej papryki
  • 4-5 dużych rzodkiewek
  • 3 ogórki gruntowe
  • 8 jednakowych kromek pumpernikla
  • 1 pęczek szczypioru z dymki
  • młode listki jarmużu lub ulubione kiełki do dekoracji
  • pasta z tuńczyka ze świeżymi ziołami
  • pasta z awokado z cytryną i słonecznikiem
  • smarowidło z fety z sumakiem

Po dokładne instrukcje przygotowania (oraz przepisy na wszystkie trzy pasty!) zajrzyjcie na Hellozdrowie!

Addio, szparagi. I domowy makaron

IMG_7588 copy.jpg

Trochę mnie nie było! Mam nadzieję, że zatęskniliście za mną tak, jak ja za wami. Dobrze jest znów gotować, eksperymentować, pisać i fotografować. Będę się odzywać często – w gotowości mam mnóstwo przepisów, jeszcze więcej w planach na najbliższe dni.

Wróciłam do własnej kuchni, gdzie zaszły w międzyczasie letnie zmiany – jest trochę ciemniej, bo wielki kasztan za oknem, łysy kiedy wyjeżdżałam, ma teraz bujną zieloną fryzurę; na stole stoją kwiaty, a  drewniana miska ledwo mieści pomidory, brzoskwinie i młodą włoszczyznę. Ale zanim rozgadam się o lecie, chcę cofnąć się do wczesnej wiosny i szparagów, których ostatnie pęczki można kupić jeszcze w warzywniakach. Bezlitośnie krótki sezon dobiega końca, a ja mam przepis, który koniecznie musicie jeszcze wypróbować!

Podczas mojej nieobecności ukazał się nowy numer magazynu Aktivist, a w środku jak zwykle pyszności ode mnie. Robiony od podstaw makaron buraczany, chrupkie zblanszowane szparagi, domowe marynowane oliwki o aromacie skórki pomarańczowej… cud do potęgi, bo na talerzu przemieszane z porwaną burratą, chrupiącą szałwią i młodymi, świeżymi listkami. Lekkie, orzeźwiające, przepełnione wiosną. Świetnie idzie w parze z chłodnym białym winem. Nawet jeśli nie czujecie się na siłach by wałkować domowy makaron – wykorzystajcie gotowy, również będzie pysznie. To wymarzone danie na pożegnanie szparagów; kto wie, może po spróbowaniu tak jak ja zdecydujecie się witać je nim za rok?

Aktivist jest bezpłatny i ukazuje się w sześciu polskich miastach (Warszawa, Łódź, Kraków, Trójmiasto, Poznań, Wrocław), szukajcie go w kawiarniach, restauracjach, klubach i tym podobnych miejscach. A jeśli nie znajdziecie, po przepisy zajrzyjcie do wydania online.

 

La scarpetta

Mam sentyment do domowych, polskich obiadów. Wychowana na „zupie i drugim”, do dziś z przeziębienia leczę się rosołem, a za ruskimi mojej babci skoczyłabym w ogień. Jednak mam takie dni, kiedy polskie dwa dania kończą się dla mnie za szybko. Choć wstaję od stołu z pełnym brzuchem, nadal jestem głodna – pogawędek, smakowania, błogiej dezorientacji rozmaitością jedzenia. Na to sposób jest prosty – obiady jeść po włosku.

Typowy posiłek w Italii prócz primo i secondo piatto zawiera jeszcze antipasto, contorno, insalate i dolce. Na otwarcie i zamknięcie trunki – aperitivo i digestivo, które są tak samo ważne jak pełnoprawne dania. A między kolejnymi pozycjami wino, rozmowy i przeciąganie obiadowej przerwy w nieskończoność. Mnie do tego ciągnie – kiedy siadam do stołu, lubię zostawać przy nim tak długo, jak to możliwe. Apetyt, jak na niego przystało, rośnie mi w miarę jedzenia. Podobnie jak Włosi, wolę dużo małego niż mało dużego. A starając się trzymać włoskiej formuły, automatycznie uciekam też ostatnio we włoskie smaki.

Nieważne, czy w brzuchu jest jeszcze miejsce; każdy Włoch przedłuży dodatkowo posiłek wycierając talerz do czysta kawałkami chleba. Wykona tym samym wdzięcznie brzmiącą la scarpettę, która, choć w istocie jest czynnością, stanowi element posiłku równie nieodzowny jak poszczególne potrawy. Bardzo ten zwyczaj lubię i mój apel brzmi: nie jedzcie dziś pojedynczego obiadu. Nie narzucam Wam wielodaniowej biesiady w środku tygodnia; jeśli zachowacie włoskie smaki, możecie z bez obaw przyjąć polską, dwudaniową formułę. Ale niech pierwszym daniem będzie makaron, a drugim tylko kawałek dobrego chleba i sos pozostały na dnie talerza i patelni. Mniej gotowania, mniej zmywania, więcej obłędnie aromatycznej oliwy z cytryną i anchois. (A zupa na pewno się nie obrazi!)

Makaron z oliwą, anchois i cytryną

2 – 4 porcje*
na podstawie tego przepisu

Makaron:

  • 1 mała cebula
  • 2 małe ząbki czosnku
  • 1 niewoskowana cytryna
  • ok. 100 ml wyrazistej oliwy z pierwszego tłoczenia
  • 50 g filetów anchois (po odsączeniu)
  • 300 g ulubionego makaronu (najlepiej spaghetti, linguini lub tagliatelle)
  • natka pietruszki
  • sól, świeżo mielony czarny pieprz

Domowa bułka tarta:

  • 1 duża kajzerka (lub inna bułka, dla ciekawego smaku można też użyć jasnego chleba, np. na zakwasie)
  • 3-4 łyżki masła
  • szczypta soli

Zacznij od przygotowania sosu. Cebulę obierz i pokrój na ósemki, ząbki czosnku rozgnieć bokiem noża, a z cytryny zdejmij dwa paski skórki (użyj do tego obieraczki do warzyw). Resztę skórki zetrzyj klasycznie na drobnej tarce, a z gołej cytryny wyciśnij sok (obie rzeczy odstaw na razie na bok, będą potrzebne na końcowym etapie).

Na zimną patelnię wlej oliwę i dodaj kawałki cebuli, czosnek i skórkę cytryny, a także odsączone fileciki anchois. Postaw na najmniejszym palniku i powoli podgrzewaj, co jakiś czas delikatnie mieszając. Po około 10 minutach, kiedy anchois zaczną rozpadać się w oliwie, zdejmij z ognia, przykryj i odstaw do przegryzienia.

W międzyczasie przygotuj bułkę tartą. Pokrojoną kajzerkę (lub inne wybrane pieczywo) podsusz w piekarniku w temperaturze 140 stopni przez 15 minut. Możesz wykorzystać kilkudniowe kromki, ale nie kompletnie czerstwe – smak będzie gorszy. Po suszeniu przełóż do mocnego, papierowego worka i rozgnieć wałkiem, tłuczkiem lub butelką oliwy. Uważaj by nie przesadzić i pozostawić większe kawałki! Moim zdaniem grubo mielona bułka tarta lepiej wieńczy potrawy, oprócz smaku dodając także ciekawej faktury. Jest też bardziej uniwersalna do przechowywania, na potrzeby innych przepisów zawsze można zmielić ją drobniej.

Rozgniecioną bułkę tartą wysyp na suchą patelnię i często mieszając praż, aż zacznie się rumienić. Odsuń bułkę na brzegi patelni, a w środek wrzuć masło. Kiedy będzie się rozpuszczało, na bieżąco mieszaj je z bułką. Dopraw szczyptą soli i smaż kilka minut, aż zacznie rozchodzić się delikatny aromat palonego masła. Zdejmij z ognia i pozostaw do całkowitego ostudzenia.

Z przygotowanego wcześniej sosu wyłów dziurawą łyżką czosnek, cebulę i skórkę z cytryny (czosnek i cebulę można też zostawić, nam bardzo smakowały!). Teraz ugotuj makaron al dente według instrukcji na opakowaniu. W ostatniej minucie gotowania zacznij ponownie podgrzewać sos na patelni. Odcedź makaron i dodaj go do gorącego sosu (na tej samej patelni, jeśli jest wystarczająca; jeśli nie, przełóż wszystko do miski lub wykorzystaj garnek, w którym gotował się makaron). Wlej połowę wyciśniętego wcześniej soku z cytryny. Energicznie potrząsaj naczyniem i „podrzucaj” makaron w środku, aby wszystko dokładnie się wymieszało – oliwa z sokiem z cytryny stworzą kremową emulsję. Dopraw solą, spróbuj i ewentualnie dodaj więcej soku z cytryny do smaku.

Nałóż makaron do głębokich talerzy i każdą porcję posyp hojnie bułką tartą oraz posiekaną natką pietruszki. Dopraw świeżo zmielonym czarnym pieprzem i podawaj! A po zjedzeniu, kawałkiem ulubionego chleba dokładnie wytrzyj talerz i patelnię, aby ani kropla aromatycznego sosu się nie zmarnowała. Smacznego!

* W zależności, czy podajemy na obiad solo, czy jako jedno piatto z wielodaniowej uczty.

Inna Wielkanoc

Jak ostatnio wspomniałam (tym razem na poważnie!), nadchodzącą Wielkanoc spędzam inaczej niż zazwyczaj. Z tej okazji Wam też proponuję w tym roku małą odmianę. Tyle na świecie odsłon świątecznego stołu, w ilu domach co roku obchodzone są święta. Niemal każda rodzina ma ukochane klasyki, przyrządzane według sekretnych przepisów dziedziczonych od pokoleń. Ale różnice mogą wynikać też z chęci unowocześnienia tradycji. W tym roku zamiast (lub oprócz!) bab i mazurków warto z okazji Wielkanocy upiec ciasto inne niż w pozostałych domach. Może być zupełnie zwyczajne, wystarczy dodać mu świątecznego ducha. Na przykład marchewkowe, wyjątkowe od samych koniuszków wieńczących jego królewską, tortową formę, aż po środek, czyli serce – pełne bakalii ciasto na mące gryczanej.

Gryczane ciasto marchewkowe
z kremem z ricotty i płatkami róży

na tortownicę o średnicy 16–18 cm (czyli 8–10 porcji)

Na ciasto:

  • 3 jajka
  • 40 g orzechów laskowych, posiekanych na duże kawałki
  • 150 g marchewki, startej na drobnych oczkach (2 duże lub 3 średnie sztuki)
  • 100–120 g drobnego, nierafinowanego cukru trzcinowego
  • 170 ml oleju roślinnego, np. z pestek winogron lub ryżowego
  • 1 łyżeczka octu jabłkowego lub z białego wina
  • 170 g pełnoziarnistej mąki gryczanej
  • 70 g jasnej mąki pszennej
  • 1,5 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 1,5 łyżeczki sody oczyszczonej
  • 1 płaska łyżeczka suszonego imbiru
  • 1 płaska łyżeczka cynamonu
  • niepełna łyżeczka soli
  • 40 g suszonej żurawiny

Na krem:

  • 250 g serka mascarpone
  • 250 g ricotty
  • 80 ml niepasteryzowanej śmietany kremówki
  • 1 łyżka ekstraktu waniliowego lub ziarenka z 1 laski wanilii
  • pół łyżeczki soli
  • 3–4 łyżki cukru pudru
  • suszone płatki róży do dekoracji

A po dokładne instrukcje przygotowania zajrzyjcie na Hellozdrowie.pl! Znajdziecie tam też garść przydatnych informacji na temat prozdrowotnych właściwości gryki.

Wesołych Świąt!

Numer 23

W tym roku urodziny obchodziłam kilka razy zanim jeszcze przyszła ich pora. Wczoraj w Tokio mój stary znajomy Taro zaskoczył mnie kolacją w zachwycającej restauracji (wywalczoną, bo stoliki zarezerwowane są na miesiąc do przodu. Wyłącznie przez Japończyków – na TripAdvisorze miejsce ma jedną (!) recenzję). Jego zmysłowi smaku ufam jak niewielu innym, wiedziałam, że to będzie niezapomniane; choć i tak, rzecz jasna, przerosło moje oczekiwania. Wcześniej spędziłam dwa dni pod dachem słodkiej Yae Saito. Wiedząc, że w urodziny będę już daleko, Yae zabrała mnie na pożegnalne ciastko, które okazało się małym przyjęciem niespodzianką. Dostałam specjalną porcję z czekoladową kaligrafią na talerzu, mnóstwem ozdób, a nawet marcepanową flagą Polski! A zanim wyjechałam, ponad tydzień przed właściwymi urodzinami, do rana trwały świętująco-pożegnalne tańce z moimi najulubieńszymi ludźmi na ziemi ojczystej.

Jednak najwcześniejsze było świętowanie, które odbyło się z myślą o was i o blogu! Wiedziałam, że wyjazd utrudni mi sprawę, do wpisu szykowałam się więc na długo przed tym, jak dzisiejszy dzień majaczył choćby na horyzoncie. Jestem przywiązana do 9-kwietniowej tradycji na Coutellerie. Z przybywającymi mi latami kolekcja powiększa się o specjalne czekoladowe elementy. Zaczęło się od śniadania z czekoladą w roli głównej (konieczną by uciszyć strach, że przestałam być nastolatką). Rok później, oswojona z dwójką na początku, odważnie wypakowałam czekoladą blondies na palonym maśle. Kończąc 22 lata (i zdążywszy w międzyczasie zakochać się w Japonii), połączyłam francuski mus czekoladowy z karmelem pełnym umami. A w tym roku, choć Japonią zajadam się u źródła, w przepisie nawiązuję co najwyżej do skromności i prostoty, których chcę się od niej uczyć. W imię tego postawiłam na jedyną niezbędną składową urodzinowego przepisu – sto procent czekolady.

Sorbet czekoladowy to zwodnicza nazwa. Sugeruje, że lekki, że orzeźwia, że szybko topnieje i ma igiełki lodu. Nie mogłoby to być dalsze od rzeczywistości, bo ten twór jest gęsty, kremowy i tłuściutki. Ale nazwa jest prawidłowa, nie ma tu mleka, śmietany ani jajek. Rezultatem są lody o konsystencji masła, tak intensywnie czekoladowe, że wystarczy zjeść dwie małe kulki, by się nasycić (zaspokajając jednocześnie pół dziennego zapotrzebowania na magnez). Jest w nich dystyngowana skromność, klasa i smak – dojrzały, wytrawny, równoważony subtelną słodyczą. Wszystkie cechy, które chciałabym mieć! Choć trochę mi jeszcze do tego daleko, życzę ich sobie z okazji urodzin; a pókim młoda, braki wypełniam jedząc kulek trzy.

Sorbet czekoladowy
z płatkami soli morskiej

źródło przepisu: “The Perfect Scoop”, David Lebovitz

  • 555 ml wody
  • 200 g cukru
  • 75 g kakao
  • 170 g gorzkiej czekolady (60-70% kakao), posiekanej
  • 1 łyżka ekstraktu waniliowego*

* Jeśli nie masz ekstraktu, dodaj ziarenka z 1 laski wanilii i łyżkę innego alkoholu, np. wódki lub spirytusu (nie będzie różnicy w smaku, ale dzięki alkoholowi lody nie zmrożą się na kamień).

Odmierz 375 ml wody i wymieszaj w sporym garnku z cukrem, kakao i solą. Mieszaj trzepaczką podgrzewając na dużym ogniu. Kiedy mieszanka zawrze, gotuj przez minutę, nieprzerwanie mieszając.

Zdejmij garnek z ognia i dodaj posiekaną czekoladę. Mieszaj powoli szpatułką, tak długo, aż cała się rozpuści. Wówczas dolej resztę (180 ml) wody i ekstrakt waniliowy. Przelej masę do blendera i miksuj na najwyższych obrotach przez około 15 sekund. Kremową masę schowaj do lodówki na minimum 6 godzin, a najlepiej na całą noc.

Porządnie schłodzoną masę czekoladową wlej do swojej maszyny do lodów i postępuj zgodnie z instrukcjami producenta. Ja zazwyczaj domrażam jeszcze przez kilka godzin lody po przełożeniu ich do pojemnika. Gotowe porcje lodów posyp płatkami soli morskiej (używam najczęściej angielskiej soli Maldon lub francuskiego kwiatu soli (fleur de sel)). Smacznego!

Lody można przygotować też bez maszyny, wówczas masę mrozić w pojemniku i mniej więcej co pół godziny miksować. Ale efekt nigdy nie będzie tak kremowy i puszysty jak w przypadku lodów z maszyny. Namawiałam Was już m.in. przy okazji lodów z Cereal Milkzdrowych lodów chałwowych czy tych z czarnego sezamu, i namawiam wciąż – kto nie ma maszyny do lodów powninen jak najprędzej ją nabyć. To wynalazek bogów!