Japonia, cz. 11. Kochi, Shikoku

Moje pierwsze doświadczenie z Kochi, kolejnego przystanku na japońskiej trasie, podsumowuje ducha tego rejonu, mimo że miało de facto miejsce zanim jeszcze postawiłam tam stopę. Miałam zatrzymać się u Guy’a, muzyka z Indiany mieszkającego w Kochi od siedmiu lat. Ale kiedy przyjeżdżał mój pociąg, Guy akurat grał koncert, powiedział mi więc, żebym zostawiła bagaże w jego domu i do niego dołączyła. Plan bez zarzutu, ale nie wiedząc jak się tam dostanę dopytywałam o wskazówki chociażby w kwestii klucza. Chwilę zajęło mi zorientowanie się, że wystarczy mi adres – dom jest po prostu otwarty, nie ma bowiem najmniejszej potrzeby, by instalować w nim jakiekolwiek zamki. I to jest wszystko, co na wstępie musicie wiedzieć o Kochi.

Oczywiście, z bezpieczeństwa i szacunku do cudzej własności słynie cała Japonia, ale ludzie w Kochi żyją ze sobą w wyjątkowo rodzinnych stosunkach. Co ciekawe, mieszkańcy tej prefektury szczycą się jednocześnie bardzo wysokim spożyciem alkoholu i najwyższą średnią rozwodów w kraju. To nie taki paradoks na jaki wygląda – Guy pół-żartem podsumował to mówiąc, że to po prostu dowód na to, że ludzie korzystają tutaj z życia. Są bardziej wyluzowani, żywiołowi i namiętni niż większość ich rodaków, owszem! Ale nie koliduje to z zachowaniem japońskich cnót, a połączenie tych dwóch cech zdaje się przepisem na szczere, proste i szczęśliwe życie.

Z Guy’em nadawaliśmy na tych samych falach. Wiedziałam, że pokaże mi dużo dobrego jedzenia, kiedy chwilę po tym jak się poznaliśmy wyciągnął M&M’sy z lodówki (takie, które wcześniej lekko się rozpuściły, a schłodzone pozlepiały na nowo w duże kawałki. To moja najulubieńsza rzecz na świecie, a on nie miał prawa o tym wiedzieć – w przypadkowość takiego losu nie wierzę). Miałam rację – Guy był kolejną napotkaną przeze mnie osobą, z którą poszczęściło mi się w kwestii kuchni. Kazu przyjaźnił się z królem i królową soby, Wujek Montse – z zaprawionym sushi masterem, u rodzinki Ota za pracę na pysznym bazarku miałam miejsce do spania, Taro wiedział które miejsca mają znaczek jakości od Anthony’ego Bourdain… Guy zaś pracował w aż dwóch lokalnych restauracjach! Skrajnie różnych, ale jednakowo wspaniałych – zobaczcie.

Pierwsza z nich to sushi bar Umasushi. Szef kuchni, Hideo, który prowadzi to miejsce ze swoją narzeczoną Micą, z imponującą pasją podchodzi do swojej pracy. Jest perfekcjonistą i niemal wszystko robi tu własnoręcznie (Guy bardzo chce się od niego uczyć i póki co ma pozwolenie na obieranie makreli, którą podają w zupie miso). Spróbujcie tutaj klasyków, będą wykonane z najświeższych ryb prosto z oceanu. Koniecznie tamago (słodki omlet, na zdjęciu w środku)! Jest tak dobre, że serwuje się je bez dodatków (nawet w postaci ryżu). Z dziwności, bardzo polecam Wam nigiri z surową kaczką (pierwsze z lewej na zdjęciu), a także przystawkę w postaci awokado smażonego w gęsim tłuszczu. Tego ostatniego pewnie nie spróbowałabym aż tak chętnie wiedząc co to jest, ale powiedzieli mi dopiero, kiedy już rozpływałam się z zachwytu.

Mica odpowiedzialna jest za menu napojów. Można się tutaj napić czego dusza zapragnie, szczególnie jeśli mowa o duszy japońskiej. Choć jest w karcie, nie sięgajcie po francuskiego szampana – zdecydowanie lepszym wyborem będą tradycyjne trunki japońskie. Piwa z najodleglejszych (i tych bliższych również!) prefektur, wina śliwkowe (umeshu) i ryżowe (sake), a nawet japońska wódka (shochu) i koktajle na jej bazie. Można urządzić sobie tutaj indywidualny tasting, a Guy’a i Micę wypytać o wszystko, co związane jest z kulturą picia alkoholu w Kochi i w całej Japonii.

Zespół Umasushi liczy cztery osoby, co w zupełności wystarcza, bo miejsca dla gości można tam policzyć na palcach dwóch rąk. Lokal jest tak mały, że wszyscy, którzy w nim przebywają, nieważne po której stronie baru, mogą swobodnie prowadzić wspólne rozmowy. To jest wspaniałe! Sama będąc tam po raz pierwszy w życiu czułam się jak sąsiadka, która wpadła z wizytą. Jeśli będziecie w Kochi, koniecznie ich odwiedźcie! Zdobędziecie kilku bardzo pozytywnych znajomych i zjecie i wypijecie jak królowie.

Umasushi
追手筋1-9-8
Kochi-shi, Kochi, Japan

Na dzień po uczcie i libacji nie nastawiajcie budzika. Wstańcie o tej, o której podpowie Wam organizm, a przy dobrym śniadaniu i miłej muzyce zdecydujcie, czy macie bardziej ochotę na zwiedzanie atrakcji, czy okolicznej natury. Jeśli to pierwsze, niestety za bardzo Wam się nie przydam. Nie zawsze jestem typem wytrwałego zwiedzacza, a do Kochi dotarłam wyjątkowo zmęczona. Powiedziałam Guy'owi, że zamierzam jeden dzień od początku do końca przeleżeć nad oceanem, a on uświadomił mi, że na Katsurahamie, plaży na którą się wybierałam, ze względu na silne prądy jest zakaz kąpieli, a także że dzieli nas od niej 40 minut drogi autobusem. Powiedział jednak, że zna inne miejsce, które mi się spodoba. I że będzie to najczystsza rzeka, jaką w życiu widziałam. Rzeka Shimanto. Nie pomylił się!

(P.S. Po świetną i treściwą relację z właściwego zwiedzania Kochi odsyłam Was do Karoliny - tutaj i tutaj. Na pewno wrócę tam z Twoim przewodnikiem, dowiedzieć się czegoś więcej o miasteczku, niż tylko gdzie iść na sake! :) )

Zobaczcie jak tam pięknie! Kąpiel w tej krystalicznie czystej rzece była wtedy jak szczyt wszystkich moich marzeń - przyjemne uczucie, ot tak spełnić je i usatysfakcjonować się kompletnie. To był gorący dzień, a na dodatek zamiast wsiąść do pociągu i kawałek podjechać, poszliśmy nad rzekę pieszo (ok. 10 kilometrów). Było ciężko, ale po drodze objedliśmy się figami, ku mojemu zdziwieniu rosnącymi na drzewach wzdłuż ścieżki.

W drugiej knajpce nie odwiedzałam Guy’a w pracy – razem wybraliśmy się tam, kiedy miał wolne. To dla SO-AN bardzo dobre świadectwo, prawda? Było to miejsce odległe od Umasushi niemal we wszystkim, ale na pewno nie w kwestii dobrej energii. Tutaj również łatwo zasiedzieć się na długie godziny nie wiadomo jak i kiedy. Właściciel tego miejsca przyjmuje jak we własnym domu, każde kapciuszki są od innej pary, każdy talerz z innego kompletu. Ściany obwieszone są zaś pocztówkami, amuletami i najróżniejszymi pamiątkami z podróży.

Pamiątki są tu kluczowe, podobnie jak witający gości napis „Bienvenidos”. Wystarczy krótkie spojrzenie w stronę menu i od razu widać, że w So-An powstaje kuchnia podróży. Przed powrotem w rodzinne strony i otwarciem swojej restauracji, właściciel tego miejsca zjechał kawał świata, w wielu jego zakątkach próbując lokalnych specjałów i ucząc swoje podniebienie najróżniejszych smaków. Teraz jego gotowanie jest esencją tak zwanej kuchni fusion – mieszanką Japonii raz z Meksykiem, Brazylią czy Chile, raz z Indiami, Sri Lanką i Tajlandią. A nieraz pewnie z kilkoma jednocześnie! Lunche składają się z malutkich pojedynczych dań na osobnych półmiskach i talerzykach. Każdego dnia ich zawartość jest niespodzianką.

Jeśli uda Wam się odwiedzić to cudowne miejsce, koniecznie powiedzcie kucharzowi, że jesteście z Polski! Ma przyjaciółkę z naszego kraju od lat żyjącą w Kochi, i na pewno z przyjemnością Was z nią skontaktuje, tak jak mnie! Nam udało się tylko porozmawiać przez telefon (następnego dnia musiałam jechać dalej), ale jestem pewna, że to osoba, z którą warto się tam spotkać i pozamęczać pytaniami!

Multinational food So-An
高知県高知市宗安寺844-4
Kochi-shi, Kochi, Japan

Jest jeszcze jedno bardzo ważne miejsce, bez którego nie pozwalam Wam wyjechać z Kochi. Jeśli pamiętacie mój zachwyt paryskim Marché des Enfants Rouges, wiecie że mam słabość do food marketów. W Kochi działa Hirome Ichiba – najlepszy ze wszystkich, jakie kiedykolwiek odwiedziłam.  Na wejściu stoi foodtrack z melonpanami - pamiętacie je z piekarni Milky Mamy pod Okayamą? Oddałabym teraz duszę za jedną bułeczkę w kratkę z masłem klonowym w środku.

Ale wracamy do Kochi. Nie wiem, czy da się zidentyfikować wszystkie czynniki odpowiedzialne za magię targu Hirome, ale na pewno będzie wśród nich towarzyskie usposobienie tutejszej społeczności (o którym wspominałam) i dostęp do najwyższej jakości składników – świeżych ryb, wodorostów, lokalnie uprawianych warzyw i owoców. Połączenie tych dwóch rzeczy daje cudowną, przyjacielską atmosferę i przepyszne jedzenie zrobione z sercem. Hirome tętni życiem, ludzie nie tylko jedzą tutaj przy dużych wspólnych stołach, ale nawzajem się przy nich zagadują, poznają i częstują jedzeniem (jest tutaj prawie 60 stoisk, duża szansa że każdy ma coś z zupełnie innej bajki)!  

Jeśli już się martwicie, że nie bylibyście w stanie zdecydować, co zjeść, spieszę z pomocą. Jest bowiem coś, co podczas wizyty w Kochi jest absolutną koniecznością. Istnieje spora szansa, że będzie to jedna z najsmaczniejszych rzeczy, jakie zjecie w całej podróży (tak, to ja!). 

Mowa o katsuo no tataki, czyli tuńczyku opalanym w żywym ogniu z płonącej słomy ryżowej. Filety wkłada się tam dosłownie na kilka sekund, aby w środku pozostały całkiem surowe. Następnie kroi się je na grube plastry przypominające sashimi i serwuje z gruboziarnistą solą, świeżym czosnkiem (!), z sokiem z yuzu (japońskiej cytryny) i shiso (japońskim ziołem przypominającym połączenie mięty i pietruszki). 

Powyżej: tuńczyki nabite na widły na moment przed włożeniem do ognia. Poniżej dzieje się już magia.

Nie popełnijcie tego samego błędu co ja i nie spróbujcie katsuo no tataki tuż przed wyjazdem. Zjedzcie na pierwszy posiłek w tym mieście, bo gwarantuję, że będziecie chcieli zjeść ponownie, tyle razy ile tylko się uda. I choć można, rzecz jasna, spróbować tego przysmaku w innych miejscach w Japonii, to jednak zgrillowany na patelni albo podawany wyłącznie z sosem sojowym to nie jest to samo.

W pewnym momencie biesiady w Hirome Guy mi uciekł, a po chwili wrócił z porcją pierożków gyoza, które dzień wcześniej chcieliśmy kupić, ale sklep zamknął nam się przed nosem. On był niepocieszony, ja przymknęłam na to oko. Próbowałam ich wcześniej raz i nie zostałam fanką, ale Guy stwierdził, że to niemożliwie i na pewno źle trafiłam. Na targu momentalnie zrozumiałam dlaczego tak mu zależało, żebym ich spróbowała. Były nieziemsko pyszne – sami widzicie jak idealnie chrupiące od spodniej strony. Potwierdziła się obawa, że to czego próbowałam z dobrymi gyoza nie miało nic wspólnego. Szkoda, bo były domowe!

Hirome-Ichiba
〒780-0841帯屋町2-3-1,
Kochi-shi, Kochi, Japan

A za parę chwil ukaże się kontynuacja tej części relacji - będzie kilka słów o sake i kilka przepisów także!

継続します (C.D.N.)

Japonia, cz. 10. Stragany Kioto

IMG_7652.jpg

Sondzea i statystyki mogą się schować – aby ustalić w jakim zawodzie pracują najszczęśliwsi ludzie na świecie wystarczy spojrzeć na powyższe zdjęcie. Nie jest to tester tapczanów, degustator wina ani głaskacz kóz. Wygląda na to, że by osiągnąć pełnię szczęścia wystarczy zacząć wytwarzać mochi. Pod koniec dzisiejszego wpisu, za sprawą prostej receptury na warabi mochi wszyscy będziemy mieć tę możliwość. Jeśli mam być szczera, mnie wystarcza sama konsumpcja – ale robiąc je w domu naprawdę miałam dużo radości, dlatego dziś i Wam polecam to samo! Najpierw jednak opowiem Wam trochę o Kioto, w którym po raz pierwszy spróbowałam tego specjału. Odcinków z tego miasta będzie kilka – dziś zabieram Was na spacer po tamtejszych targowiskach.

Kioto było ostatnim przystankiem w mojej podróży (końca relacji jeszcze jednak nie widać!). Ilekroć myślę o czasie tam spędzonym, przychodzą mi do głowy coraz liczniejsze powody, dla których stanowił on idealne zwieńczenie całej tej wyprawy. Przyjechałam tam z Kibichuo, gdzie zupełnie odzwyczaiłam się od miasta, cywilizacji i spędzania czasu w sposób typowy dla mojej grupy wiekowej :) Tam w pełni mi to odpowiadało. Lubię wiejskie życie! Czułam się jak w domu z rodziną, a zatrzymanie się na dłużej w jednym miejscu było mi wtedy bardzo potrzebne. Ale miejskie życie też lubię, a łzy, które miałam w oczach przy pożegnaniu spowodowane były nie tyle samym wyjazdem, co faktem, że nie mogę mieć wszystkiego naraz. Bo równie mocno jak zostać tam na zawsze, chciałam już czym prędzej zobaczyć co czeka mnie w Kioto.

A w Kioto czekało mnie dużo dobrego. Pracowałam tam zajmując się mieszkaniami wynajmowanymi na Airbnb, które ulokowane były przy Gojo dōri, a więc niemal w samym centrum, ale w cudownie cichej okolicy położonej między rzeką a małym kanałem. Właściciel mieszkań miał oprócz tego knajpę, Gojo Paradiso, i to nad nią rezydowaliśmy my, pracownicy. Było nas dużo i sprawnie dzieliliśmy się robotą, dzięki czemu o jedenastej, góra dwunastej każdego dnia mieliśmy już wolne. To był rewelacyjny układ, warunki też były rewelacyjne, jeśli ktoś z Was byłby zainteresowany wolontariatem tam, piszcie wiadomości i podam Wam dokładne namiary na to miejsce.

 W Gojo po raz pierwszy tak naprawdę znalazłam się w towarzystwie, w którym każdy był z innego miejsca na Ziemi. Większość stanowili zaprawieni w bojach backpackerzy od dawna będący w trasie (niektórzy po dziś dzień nie dotarli do domów – ich zdjęcia z kolejnych odwiedzonych miejsc przyprawiają mnie o bolesne ukłucie w sercu!). Wysłuchałam więc niesamowitej liczby inspirujących opowieści i zadbałam, by każdy wynotował mi co w którym kraju koniecznie trzeba zjeść. W Gojo także czułam się jak w domu, choć tu zamiast „rodziny” miałam grupę najfajniejszych współlokatorów na świecie. 

Kioto i Tokio są dwiema kompletnie różnymi bajkami. Niby jedno i drugie stolica, dwie najpopularniejsze destynacje w Japonii, nawet ich nazwy okazują się jednym i tym samym, kiedy zaczniemy powtarzać je w kółko! A jednak różnią się ogromnie i przy okazji wizyty w Japonii z żadnego bym Wam nie radziła rezygnować. Myślę, że trzeba osobiście zobaczyć oba, ewentualnie dostosować czasy pobytów do swoich preferencji. W Tokio dłużej zabawią ci zainteresowani Japonią nowoczesną, postępową, świecącą, rozkrzyczaną. Kioto spodoba się raczej tym, którzy szukają ciszy, tradycyjnej zabudowy, świątyń i spacerów nad rzeką. Oczywiście nie klasyfikuję tego bardzo skrajnie. Kioto też ma długie ulice migających neonów, hałaśliwe galerie handlowe i poprzebieranych otaku; w Tokio zaś (jak zresztą przekonywałam ostatnio) wcale nie tak trudno znaleźć spokojne miejsca, zieleń i japońską tradycję. Każde z tych miast ma w sobie po trochu jednego i drugiego, po prostu w dosyć nierównych proporcjach. 

Bardzo polecam Wam wynajęcie w Kioto rowerów. To miasto jest moim zdaniem stworzone do przemierzania na dwóch kołach. Nie jest to bardzo kosztowne (zwłaszcza, że oszczędza się na biletach), choć oczywiście opłaca się bardziej, jeśli zostajecie na dłużej. Na rowerze wygodnie jest poruszać się po mieście, ale są też liczne opcje poważniejszych wycieczek – chociażby do pobliskiej Arashiyamy, ze słynnym bambusowym lasem. Całe miasto otoczone jest górami, dlatego rowerem można też szybko dostać się na jeden z wielu szlaków.

Ale póki co dość o samym mieście – tego jeszcze trochę przed nami! Dziś chcę pokazać Wam dwa targi, które najbardziej mnie tam urzekły. Pierwszym z nich był pchli market organizowany pod świątynią Tōji. Odbywa się on 21. dnia każdego miesiąca, dlatego jeśli będziecie wtedy w mieście, koniecznie się na niego wybierzcie (jeśli nie, może uda się w pierwszą niedzielę miesiąca – wówczas organizowany jest mniejszy targ). To najlepsze miejsce by poczuć się jak prawdziwy miejscowy – pewnym krokiem przechadzając się między stoiskami, przeglądając second-handowe wachlarze, pióra, figurki i lalki kokeshi, przekopując się przez sterty japońskiej ceramiki i ozdobnych sztućców, przymierzając yukaty i kimona, wertując stare japońskie księgi i wreszcie... próbując wszystkich sprzedawanych tam lokalnych specjałów!

Obowiązuje oczywiście typowa dla targów staroci zasada, że im wcześniej, tym lepiej – najlepiej bądźcie tam jeszcze zanim w pełni wzejdzie słońce!

Już przy samym wejściu, na dobry początek - pani sprzedająca domowy kandyzowany imbir.

Choć przez dwa miesiące dzielnie trzymałam się swojego postanowienia, że nie kupuję rzeczy (w pewnym momencie tylko za sprawą samych otrzymanych podarków musiałam zostawić na pastwę losu swój ręcznik, bo przestał mi się mieścić w bagażu), tutaj nie było mowy o hamulcach. Wyszukałam tu m.in. czarki z ostatniego wpisu - raz służy mi do lodów sezamowych, raz do zielonej herbaty!

Najpiękniejsze, ręcznie strugane pałeczki z kilkunastu różnych rodzajów drewna. Przepadłam, zachwyciły mnie, przywiozłam po parze wszystkim przyjaciołom.

Yukatę (lekkie kimono) już miałam - dostałam dwie od swojego pierwszego gospodarza z Himeji - nie miałam więc pretekstu, by i tutaj dokonać jakiegoś zakupu. A szkoda, bo jak widać wzory wyjątkowe!

Pióra do japońskiej kaligrafii!

Tłumaczę sobie, że to dlatego, że przechadzaliśmy się po targu w porze śniadania... ale moje nogi poniosły nas dość szybko w rejon, z którego dochodziły apetyczne zapachy. Jako pierwsze - kwaśne, młode mikany (japońskie mandarynki, które znacie z prefektury Ehime). Zobaczcie co jeszcze.

Pan Tsukamoto częstował swoim miodem, nabieranym łyżeczką prosto z wielkich plastrów. Po spróbowaniu nie dało się nie kupić słoika - lokalny miód "stukwiatowy" (国産天然百花蜜) smakował jak marzenie. Planowałam przywieźć go ze sobą do Polski, ale zjedliśmy cały tego samego wieczora.

Czarny fermentowany czosnek, który jadłam w izakayi z Taro - pamiętacie?

Po lewej różne rodzaje niboshi - podsuszonych młodych sardynek. Uwielbiam je, to bardzo popularny dodatek do dań w Japonii. Wystarczy posypać nimi miskę ryżu, aby zrobić z niej pełnoprawne, pyszne danie. Z prawej pani sprzedająca... mochi! Mimo, że wygląda jak mydło, jest bardzo smaczne - używa się go do gotowania, nie do jedzenia na świeżo, jak słodkie okrągłe wersje. Można je smażyć, dusić w sosie sojowym lub wrzucać do zup. Najlepsze jest jednak pieczone - pęcznieje jak poduszeczka!

IMG_7635.jpg

Pieczone bataty w cukrze - pycha.

I wreszcie - warabi mochi robione przez szczęśliwego pana z pierwszego zdjęcia. To tam spróbowałam ich po raz pierwszy.  Zaskoczyły mnie, ale w nieszczególnie pozytywny sposób. Spróbowałam i podziękowałam, po cichu marząc o czekoladzie. Jakiś czas później kupiłam kręcone lody o smaku prażonej soi, kinako (to ten żółty proszek, w którym są obtoczone). I kiedy ich spróbowałam, złapałam się na myśleniu „Jakie dobre, smakują jak te pyszne żelki – ale mam na nie teraz ochotę!”. I nagle okazało się, że tęsknię za tym smakiem.

Lody te jadłam na targu Nishiki - najsłynniejszym bazarku spożywczym w Kioto, znanym też jako miejsce, w którym spełniają się wszystkie marzenia. Nie było więc problemu! Nie tylko od razu zaopatrzyłam się w świeżo ukręconą porcję żelków, kupiłam też kinako i warabimochiko*, a więc wszystkie składniki potrzebne do zrobienia tych pyszności w domu. O tym za moment - zanim dojdziemy na Nishiki zobaczcie jak ładnie jest po drodze.

Rzeka Kamo, a w tle widoczne pasma górskie otaczające Kioto. Po prawej Carolina na jednym z jej brzegów, wprost stworzonych do pikników przy zachodzie słońca. Carolina zaraziła mnie miłością do Meksyku, swojej ojczyzny - długie godziny rozmawiałam z nią i jej mężem Vincentem (Francuzem) o tamtejszym jedzeniu, kulturze, ludziach. Choć wiele osób drży kiedy o tym wspominam, naprawdę marzę, by właśnie tam udać się w następnej kolejności. No, zobaczymy - póki co za niecały miesiąc spotkam się z Caroliną i Vincentem w Paryżu, kto wie jakie opowieści będą mieć tym razem - przejechali już od tamtej pory ogromny kawał świata.

Bary i restauracje wzdłuż brzegów rzeki Kamo, powoli rozświetlane latarniami i lampionami.

Tereny wokół rzeki wydają się niezagospodarowane, miejscami zarośnięte, ale to tylko pozory - podobnie jak w przypadku Wisły w Warszawie. Żadne to Sekwany - brak tam pięknie zabudowanych brzegów, ławeczek, ścieżek - a mimo to ludzi coś przyciąga, to tu spędzają wolne popołudnia, a najbliższe rzekom dzielnice tętnią życiem i/lub robią się coraz modniejsze. W Warszawie - Powiśle czy Saska Kępa, tutaj - Gion i Pontocho.

Kilka przecznic od rzeki Kamo znajduje się wspomniany targ Nishiki. To nic innego jak typowo japońska kryta ulica targowa, o których wspominałam, że znajdują się ponoć w każdym mieście. Ta jest jednak dosyć wyjątkowa. Nazywana potocznie Kyoto's Kitchen jest miejscem, którego mogłabym nigdy nie opuszczać - ma w ofercie wszystko, czego trzeba mi do szczęścia.

Pierwsze sklepy oferują głównie bazowe składniki potrzebne do samodzielnego gotowania. Nie ma tu stoisk "ogólnospożywczych" - każde miejsce specjalizuje się w czymś konkretnym. 

Wysuszone na drewno wędzone kawałki tuńczyka - bonito. Pokazywałam Wam jeden w poście z Kibichuo, gotowaliśmy z takim w kuchni Yoshimi. Ścieranie go na cieńsze niż papier płatki to naprawdę ciężka robota, dla leniwych są dostępne gotowe płatki katusobushi:

Królestwo pikli - tsukemono. Kioto z nich słynie! Ja niedługo zamierzam zacząć domową produkcję. Po zapasach, które zrobiłam na targu Nishiki nie ma już śladu - chętnie sięgnęłabym teraz szczypcami do jednej z miseczek z próbkami do smakowania.

Nukazuke to warzywa kiszone w otrębach ryżowych, misozuke - w paście miso. Te ostatnie to mój faworyt.

Sklep, w którym świat kręcił się wokół sezamu. 

Było tu wszystko! Od czystych ziaren (kilkunastu rodzajów), przez oleje, posypki i dressingi, aż po sezamowe pasty, "krówki" i karmelki. Można było też zjeść sofuto kurimu (kręcone lody), oczywiście obtoczone w sezamie. Jeśli po śmierci trafię do swojego osobistego nieba, czuję że będzie to miejsce bardzo podobne do tego sklepu.

Sklep pana herbaciarza. Za jego plecami widzicie piec, w którym sam praży na bieżąco zieloną herbatę. Ja tej palonej wersji nie lubię, ale zaopatrzyłam się u niego w senchę i genmaichę - zieloną herbatę z prażonym ryżem:

Kto nie lubi herbaty, może udać się na drugą stronę, do królestwa sake!

Z każdym krokiem sklepy stają się coraz bardziej specjalistyczne. Na zdjęciu powyżej elegancki butik ze strączkami.

Tu na pierwszym planie kanikko, czyli malutkie, słodko-pikantne kraby w glazurze. To bardzo chrupiąca przekąska, najlepszy akompaniament dla dobrego, zimnego piwa. Krabiki cieszą się dużą popularnością - te kupione w Seven Eleven nie zachwycają smakiem, ale "rzemieślnicza" wersja z Nishiki była pyszna. 

Jest i warabi mochi! Tutaj wersja obtoczona w zielonej herbacie matcha zamiast w kinako.

Tako tamago - kandyzowane młode ośmiorniczki nadziane jajkiem przepiórczym. Brzmi to dość barbarzyńsko, ale to street food, który mógłby widnieć na wizytówce Nishiki. Koniecznie spróbujcie, jeśli tu będziecie! Połączenie smaków, słodycz, umami, różnica tekstur... to jest po prostu obłędnie smaczne.

W końcowej części targu zaczynają przeważać stoiska z gotowym jedzeniem - takim, które kucharze szykują na zamówienie. Można zjeść je od razu, a można zabrać na wynos. Są ostrygi, grillowane małże, węgorz w słodkim sosie, takoyaki i wiele innych.

A wszystko można popić świeżo wyciskanym sokiem z yuzu, japońskiej odmiany cytryny.

Oprócz samego jedzenia na Nishiki można znaleźć też kuchenne narzędzia, ceramikę, drewno i tekstylia.

Naturalnie są także noże. Kute na miejscu! Rodzinny zakład Aritsugu zajmuje się tym od połowy XVI wieku.

Jeśli nie dla zakupów, wybierzcie się na Nishiki chociażby na zwiady. Wszystkiego tam spróbujecie, o wszystko możecie zapytać (wiele osób nawet dobrze radzi sobie z angielskim). Nie każę Wam kupować niczego prócz kinako - będzie potrzebne do dzisiejszego przepisu! Jeśli nie planujecie w najbliższym czasie wypadku do Japonii, nie martwcie się, kupicie je też w Kuchniach Świata i innym sklepach z egzotyczną żywnością.

Kinako to soja zmielona tak drobno, że rozpływa się na języku. Jest też podprażona, dzięki czemu ma charakterystyczny słodki, orzechowy aromat. Kinako stanowi podstawę wielu japońskich deserów - najlepsze rzemieślnicze lody jadłam właśnie o tym smaku (w lodziarni Chibeta, zdjęcie z lewej), a w tradycyjnych kawiarniach próbowałam eleganckich deserów, w których potrafiło występować pod trzema różnymi postaciami - w lodach, biszkoptowym cieście i na kuleczkach mochi (z prawej).

Kinako smakuje mi w każdej odsłonie i będzie z jego udziałem więcej przepisów, póki co mój numer jeden, a więc obiecywane od początku warabi mochi z targu pod świątynią Tōji. Spróbujcie (przygotowanie jest naprawdę banalnie proste) i dajcie znać co sądzicie.  Moim polskim znajomym różnie podchodziły. Kiedy pierwszy raz zrobiłam je w domu, smakowały idealnie (bo dokładnie tak, jak w Kioto). Nie spodziewałam się jednak, że ktokolwiek podzieli mój zachwyt, w końcu sama za pierwszym razem nie dałam się zauroczyć!

* Warabimochiko to mieszanka skrobii wykorzystywana do przygotowania żelków. Kluczowym składnikiem jest skrobia z kłączy orlicy pospolitej (gatunek paproci). Miesza się ją ze skrobią z tapioki lub ziemniaków. Czysta skrobia warabi jest bowiem bardzo droga i rzadko spotykana.