Wolno? Nie wolno

Gdybym w spokoju przesypiała teraz noce, z całą pewnością  każdego poranka budziłaby mnie myśl o tym, że niedługo zacznie się prawdziwe, pełne, wolne lato. Nie wiem jak Wy, ale ja sercem jestem już daleko od deszczowego Wrocławia, w którym znajduję się obecnie w (wymęczonej) postaci fizycznej. Dotrwam tylko do końca egzaminów, później to już z górki –  czekają mnie w tym roku same wspaniałości (jeśli pominąć fakt, że na trasie wyjątkowo nie mam Francji – na razie metodą wyparcia nie zastanawiam się jak to zniosę). Ale póki co, dobiega końca ten mniej przyjemny okres. Czas, w którym nie wolno robić rzeczy wolno. Czytanie wymaga tempa średnio dwudziestu stron na minutę, na zwyczajowe przebiegnięcie 10 kilometrów poranek jest nagle za krótki, a w kwestii obiadu – standardowo zamawianego w tym okresie przez telefon – pieczenie młodych marchewek to maksimum, jakie można stworzyć pozwalając sobie na tak niewielkie zaangażowanie.

Ale już nic nie mówię, bo akurat marchewki to ostatnie, na co w tej chwili przyszłoby mi narzekać. Kolejka niewygód jest pokaźna, a one, pieczone z za'atarem – nawet jeśli będąc ostatecznością – wychodzą naprawdę przepyszne. Znikają momentalnie, prędkość szacuję mniej więcej na półtora pęczka na minutę (dlatego pieczcie hurtowo!). Pod warunkiem, że macie podzielność uwagi i prócz zachwycania się w trakcie jedzenia możecie przeglądać książkę i robić z niej notatki, gratulacje - właśnie znaleźliźcie tę jedną rzecz, którą będzie Wam wolno robić wolno.

Pieczone młode marchewki z za’atarem

1-2 porcje (w zależności czy to przekąska, czy np. dodatek do dania głównego)

1 pęczek młodych marchewek
1 łyżka oliwy
1 łyżeczka płynnego miodu
1 łyżeczka za’ataru
2/3 łyżeczki soli
szczypta kminu rzymskiego
świeżo mielony czarny pieprz
garść świeżej bazylii

Marchewki szorujemy (ja używam do tego twardej szczotki) i osuszamy. Nie ma potrzeby obierania. Kroimy każdą wzdłuż na pół, układamy na blaszce i smarujemy oliwą wymieszaną z miodem, najłatwiej przy pomocy silikonowego pędzla (lub po prostu dłoni). Posypujemy solą, za’atarem, kuminem i odrobiną pieprzu. Pieczemy w 200 stopniach do porządnego przyrumienienia, około 30 minut. Warto w połowie przemieszać marchewki i je poodwracać. Podajemy od razu, posypując posiekaną świeżą bazylią. Świetnie pasują też wszelkie orzeźwiające sosy czy dipy na bazie jogurtu greckiego. Smacznego!

Zielona rewolucja

Jeszcze nie tak dawno temu, green smoothies – z rezerwą nazywane „potworzastymi” – przyciągały zdziwione spojrzenia i często budziły u nas ambiwalentne uczucia. Dziś są nowym chlebem powszednim, spożywanym na drugie śniadanie przez wielu z nas. Widnieją w menu licznych kawiarni, opatrzone właściwymi hasztagami bombardują Instagram, a swoją wszechobecnością nie prowokują już w zasadzie żadnego sceptycyzmu. To ogromny sukces! Pora przybić sobie piątkę i należycie uczcić go porządną zielonokoktajlową libacją.

W kwestii świadomości żywieniowej społeczeństwo idzie do przodu jak burza. Popularność zdrowego jedzenia wzrasta z każdym dniem, przemawiając do coraz większej liczby osób w całej Polsce. Są wśród nich również tacy, którym ciągle mało! Ludzie wiecznie – nomen omen – głodni, nieustannie próbujący i poszukujący nowości. Nie bez radosnej bezsilności przyznam, że sama do tego grona należę. Zielone koktajle są u mnie na porządku dziennym, a jednak ich zbawienna moc zaczęła ostatnio pozostawiać mi lekki niedosyt. Czując chęć zaskoczenia się kolejną dokładką zdrowia w moim menu, postanowiłam oswoić zielony kolor jeszcze bliżej i upchnąć dobroczynne liście szpinaku w nowym deserze. A że akurat miałam ochotę na ciasto...

Efekt niecodziennego połączenia przerósł moje najśmielsze oczekiwania. Smak szpinaku gdzieś się ulotnił, zostały natomiast jego wartości odżywcze – minerały takie jak żelazo, kwas foliowy, magnez i potas, liczne przeciwutleniacze oraz witaminy. Zachowały się także jego właściwości przeciwnowotworowe, sporo błonnika, i wreszcie – chlorofil, a więc i piękny zielony kolor! Do towarzystwa dobrałam mu kompanów, z którymi niejednokrotnie tworzył udane kombinacje w moich koktajlach – słodkiego ananasa, świeżego w smaku kokosa i dużo orzeźwiających cytrusów. To ciasto, jakiego jeszcze nie jedliście. Uczyńmy je wspólnie następnym zielonym ewenementem!

Cytrusowe ciasto szpinakowe
z kremem kokosowym

na dwie formy o średnicy 20 cm (4-piętrowy tort)

ciasto:
240 g mąki pszennej pełnoziarnistej
200 g cukru trzcinowego
40 g wiórków kokosowych
3 jajka
200 g młodego szpinaku
150 ml delikatnego oleju roślinnego, np. ryżowego lub rzepakowego
3 łyżeczki proszku do pieczenia
sok i skórka 1 niewoskowanej cytryny
duża szczypta soli morskiej

krem:
2 puszki mleczka kokosowego, schłodzone i niewstrząśnięte przez min. 24 godziny
500 ml śmietanki kremówki
250 g mascarpone
100 g cukru pudru (lub więcej do smaku)

do przełożenia:
150 ml likieru kokosowego
100 ml świeżego soku ananasowego lub z pomarańczy
300 g kwaskowej konfitury, np. z porzeczki lub malin

Piekarnik rozgrzewamy do temperatury 170 stopni. Przygotowujemy tortownice, wykładając ich dna pergaminem i delikatnie natłuszczając boki. Jeśli nie mamy dwóch jednakowych form, możemy upiec partie jedna po drugiej  lub też wykorzystać większą formę (23-26 cm) i zrobić większy, ale niższy tort.

Umyty i osuszony szpinak blendujemy z olejem na gładką zieloną masę. Dodajemy sok i skórkę z cytryny oraz wiórki kokosowe i dokładnie mieszamy. W osobnym naczyniu ubijamy mikserem jajka, dodając stopniowo cukier. Kiedy będą puszyste, dodajemy masę szpinakową i na najniższych obrotach miksujemy, aż całość dokładnie się połączy.

W międzyczasie do dużej miski przesiewamy mąkę (jeśli na sicie zostaną otręby, nie dodajemy ich) wraz z proszkiem do pieczenia i solą. Mieszamy suche składniki z mokrymi, otrzymując gładkie, płynne ciasto. Przelewamy je do przygotowanych tortownic. Pieczemy ok. 45 minut, do suchego patyczka (dłużej, jeśli korzystamy z większej formy, piekąc całe ciasto naraz). Po wyjęciu z piekarnika dajemy ciastom odpocząć 15 minut, następnie wyciągamy z blaszek i studzimy całkowicie na kratce. Nie przejmujemy się intensywnym zapachem szpinaku – to etap przejściowy, który zniknie po schłodzeniu!

Przygotowujemy krem. Puszki mleczka kokosowego otwieramy ostrożnie i odlewamy oddzieloną wodę (warto zachować ją do koktajlu czy owsianki!). Będziemy potrzebować jedynie twardej części zebranej na dole puszki. W dużej misce ubijamy śmietankę, pod koniec dodając stopniowo cukier. Zmniejszamy obroty miksera i dorzucamy mascarpone oraz białą część puszek mleka kokosowego.  Miksujemy całość na gładki, puszysty krem, w razie potrzeby dodatkowo go dosładzając. Chłodzimy.

Każde ciasto dzielimy długim nożem z piłką na dwa równe blaty. Jeśli podczas pieczenia urosły im górzyste wierzchy, obcinamy je. W szklance mieszamy likier kokosowy z sokiem. Pierwszy blat układamy na paterze i nasączamy jedną czwartą tej mieszanki. Smarujemy konfiturą i kładziemy warstwę kremu kokosowego. Przykrywamy drugim blatem i powtarzamy wszystkie czynności. Ostatniego, czwartego blatu, po nasączeniu nie dekorujemy już konfiturą. Przykrywamy warstwą kremu, ozdabiamy nim także boki tortu. Dekorujemy świeżymi owocami lub jadalnymi kwiatami. Ciasto najlepiej smakuje na drugi dzień, po schłodzeniu i przegryzieniu. Smacznego!

Przepis opracowany dla portalu Hellozdrowie.pl!

 

Lato latem, mrozy mrozami

Czy u Was też jest właśnie na termometrach 31 stopni? Kocham lato, ale dni, w których przypięcie roweru do metalowej barierki niesie ze sobą ryzyko poparzenia, to znak, że robi się zbyt gorąco by trzeźwo myśleć. Jak sobie radzicie z upałami? Ja robię, rzecz jasna, lody, ale często się okazuje, że to zdecydowanie za mało. Pakuję więc do swojej małej zamrażarki kolejne eksperymenty – i nawet jeśli nie wszystkie są udane, to przynajmniej zawsze są naprawdę zimne.

Nie zwariowałam jeszcze do końca (jak na przykład mój kolega zakładający czasem mrożone skarpetki), ale dość intensywnie korzystam z domowych możliwości jakiejkolwiek ochłody. Mrożę składniki na śniadaniowe koktajle (aby po zmiksowaniu jeść je łyżką jak lody), arbuza i winogrona jako przekąski (spróbujcie, w temperaturze poniżej zera dzieje się z nimi istna magia!), kawę (w kostkach) i herbatę (ice tea jako „slushie” – wow) ... a że wciąż mi mało, to ostatnio zamroziłam sobie ciasto. I to nie po pieczeniu, a zamiast! W efekcie powstało coś pomiędzy torcikiem lodowym a sernikiem na zimno, z pewną ważną adnotacją: deser jest w pełni roślinny i nie ma w nim ani jednego składnika, który nie byłby naturalny i super zdrowy. Jeśli chodzi o smak, co się będę rozpisywać - fakt, że dzielę się przepisem jest sam w sobie gwarancją, że ciężko byłoby go jeszcze udoskonalić.

Mój przepis znalazł się w gronie inspiracji kulinarnych na stronie Westwing – przygotowujcie go przez całe lato, podmieniając świeże truskawki na dowolne owoce, które już zaraz za moment pojawią się na straganach! Zajrzyjcie też po towarzyszące mu propozycje od Marty z Jadłonomii, Moniki z Chilitonki, Anny z Kuchennymi Drzwiami i Ani z Na Miotle.

Mrożony torcik kokosowy z truskawkami
z orzechów nerkowca

na formę o śr. 20-22 cm

na spód:
½ szklanki suszonych daktyli (+ woda do namoczenia)
½ szklanki orzechów laskowych

na masę:
1 szklanka orzechów nerkowca, namoczonych przez noc
1 szklanka niesiarkowanych wiórków kokosowych, namoczonych przez noc
1 puszka mleczka kokosowego, schłodzona i niewstrząśnięta
½ szklanki syropu klonowego lub miodu
sok i skórka z 1 cytryny
nasiona z 1 laski wanilii
szczypta soli morskiej
+ 300 g świeżych truskawek

Zaczynamy od przygotowania spodu. Daktyle zalewamy wrzątkiem i odstawiamy na dziesięć minut. W międzyczasie prażymy lekko na suchej patelni orzechy laskowe (można zastąpić je włoskim lub migdałami), studzimy i przekładamy do malaksera. Dodajemy odciśnięte z wody daktyle i mielimy całość na gładką masę. Wylepiamy spód tortownicy (wyłożony wcześniej pergaminem) i odstawiamy do lodówki.

Namoczone orzechy nerkowca i wiórki kokosowe odsączamy dokładnie i przekładamy do najmocniejszego blendera jaki posiadamy. Dodajemy sok i skórkę z cytryny, ziarenka wanilii, syrop lub miód i szczyptę soli. Puszkę mleczka kokosowego otwieramy ostrożnie i pozbywamy się zebranej u góry płynnej części (zachowujemy ją np. do koktajlu). W blenderze umieszczamy jedynie twardą, stałą kokosową śmietankę. Miksujemy całość na najwyższych obrotach do całkowitej gładkości. Wylewamy na spód w tortownicy i odstawiamy na całą noc do zamrażarki. Torcik wyciągamy godzinę przed podaniem, aby lekko się rozmroził. Dekorujemy świeżymi truskawkami (lub innymi dowolnymi owocami). Smacznego!

 

Miso hungry

Mam nadzieję, że każdy z Was spełnia swoją powinność i jada teraz przynajmniej po jednym pęczku szparagów dziennie. Jeśli ktoś w głębi serca wie, że mógłby skorzystać z sezonu choćby ociupinę lepiej, niech się nie przyznaje, tylko czym prędzej zabiera do roboty! Ja kocham szparagi miłością wielką, i paradoksalnie z tego właśnie powodu tak mało ich tutaj u mnie na blogu. Przez cały (wyjątkowo krótki) sezon chcę nacieszyć się nimi jak najmocniej i, aby nie zakłócać ich smaku, rzadko bawię się w próbowanie nowych receptur. Jeśli u Was jest podobnie – przybijam piątkę, ale dzisiejszy przepis polecam nawet jeśli macie zupełnie odwrotnie. Bo niezależnie od tego czy jemy szparagi solo, czy codziennie testujemy nowe, rewolucyjne dania, jedno jest pewne – przy każdym pęczku odcinamy pokaźną garść twardych szparagowych końcówek, i rzadko myślimy o tym ile smaku się marnuje kiedy wyrzucamy je do kosza.

Zamiast bezdusznie pozbywać się tych pozornie nieużytecznych skrawków, warto wymyć je i wykorzystać przy gotowaniu bulionu. Wciąż opracowuję idealną recepturę na wywar wynoszący ich smak na należyty piedestał – póki co, używam ich w towarzystwie orientalnych smaków trawy cytrynowej, imbiru i kolendry, jako podstawy tworzącej głęboki smak dla tych aromatycznych dodatków. Lekki bulion to idealna zupa na chłodną, deszczową wiosnę. Gorąca i pełna rozgrzewających przypraw, ale nie ciężka i sycąca jak typowo zimowe gęściory. Dobry bulion można pić solo z kubka, ale ja najbardziej lubię przygotowywać na jego bazie pyszną, azjatycką zupę miso.

Puśćcie tu luźno wodze fantazji. Gryczany makaron śmiało można podmienić na ulubione nudle, np. ryżowe lub pszenne. Zamiast – lub oprócz! – jajka, może być pokrojone w kostkę silken tofu, lub plastry zwykłego, np. podsmażone. Idealnie pasuje także pieczony łosoś lub inna ulubiona ryba. W miejscu bakłażana warto wypróbować pieczone bataty lub marchewkę (od czasów tego makaronu dobrze wiemy, że stanowi z pastą miso doskonałą parę!), podsmażone boczniaki czy ugotowany groszek cukrowy. Można dodać cienko pokrojoną rzodkiewkę lub rzepę, ulubione kiełki, namoczone glony wakame, a sezam podmienić na orzeszki ziemne czy nawet nerkowce. Czy mój przekaz jest już dostatecznie jasny? W tym bulionie wszystko czego dusza zapragnie będzie dobre!

Wegetariański bulion orientalny z trawą cytrynową
na końcówkach szparagów

6-8 porcji

5 gałązek trawy cytrynowej
20 g świeżego imbiru
końcówki zielonych szparagów z jednego pęczka
5 młodych dymek
4 ząbki czosnku
½ papryczki chili, bez nasion
1 arkusz wodorostów nori
2 małe liście limonki kaffir*
1 łyżeczka nasion kolendry
2 strączki kardamonu
2 płaskie łyżki cukru trzcinowego
1 łyżka sosu sojowego
sól do smaku
2 łyżki oliwy
+ 3 litry chłodnej, przegotowanej wody

* Jeśli ich nie posiadacie, nie ma problemu, zupa będzie trochę delikatniejsza, ale wciąż pyszna – pozostałe składniki są wystarczająco aromatyczne. Można dodać jeden liść laurowy w zastępstwie. Ale gorąco zachęcam do nabycia liści kaffiru, dostępne są w sklepach typu Kuchnie Świata czy przez internet. Mogą okazać się Waszym ulubionym składnikiem w kuchennych szafkach!

W dużym garnku rozgrzewamy oliwę. Dorzucamy przekrojone na pół gałązki trawy cytrynowej, dymki, obrany czosnek, imbir w plastrach, posiekane chili, arkusz nori podzielony na mniejsze kawałki oraz końcówki szparagów. Mieszamy dokładnie i chwilę podsmażamy, następnie dodajemy suche przyprawy – kolendrę, liście kaffiru oraz kardamon – smażymy jeszcze dwie minuty i zalewamy całość 3 litrami chłodnej, przegotowanej wody. Zmniejszamy ogień na minimum i powoli podgrzewamy bulion aż zawrze. Gotujemy minimum 30 minut od tego momentu, wciąż nie zwiększając ognia. Dodajemy cukier, sos sojowy i doprawiamy solą (warto dodać jej mniej niż podpowiada na tym etapie podniebienie – pasta miso także jest słona. Jeśli nie będziecie jej na koniec dodawać, doprawcie bulion trochę porządniej). Trzymamy na ogniu dłużej – do 1,5-2 godzin – jeśli chcemy otrzymać bardziej esencjonalną zupę. Po zdjęciu z palnika przelewamy przez sito. Taki bulion możemy spokojnie przechowywać do trzech, czterech dni w lodówce.

Zupa miso na domowym bulionie orientalnym
z makaronem soba i grillowanym bakłażanem

4 porcje

4 porcje bulionu z powyższego przepisu*
4 łyżki pasty miso
1 bakłażan
2-4 jajka
200 g  gryczanego makaronu soba
szczypior, kiełki, sezam do podania

* Można użyć innego bulionu, np. dashi, mięsnego, lub ulubionego warzywnego – pamiętajmy po prostu, że jako baza definiuje on w tym przepisie smak całej potrawy. Niech będzie najlepszym możliwym, zarówno smakowo jak i jakościowo.

Bakłażana kroimy w plastry, smarujemy z obu stron oliwą i grillujemy na patelni lub z maksymalnie rozgrzanym piekarniku. Po kilku minutach przewracamy, aby równomiernie się zezłocił. Pieczemy lub smażymy tak długo, aż środek będzie zupełnie maślany.

W międzyczasie gotujemy makaron, postępując zgodnie z instrukcjami na opakowaniu. Warto gotować odrobinę krócej, aby „doszedł” już po podaniu, w misce parującego bulionu. Kiedy jest gotowy, tj. lekko al dente, niezwłocznie przelewamy go na sito, które zanurzamy w naczyniu z lodowatą wodą (najlepiej pod kranem, który by ją uzupełniał). Płuczemy mieszając ręką przez około minutę, następnie odsączamy.

Jajka możemy ugotować w koszulkach, ale tylko jeśli są bardzo, bardzo świeże. To podstawa sukcesu przy tej budzącej nieraz obawy metodzie. Żadnych wirów na wodzie, wystarczy dodać niepełną łyżkę białego octu do garnka o dużej powierzchni i niewielkiej głębokości. Świeże jajko nie rozpłynie się, a ugotuje w zgrabnym kształcie, lekko „zawijane” od spodu dużą łyżką. Jeśli nie mamy do tego głowy, brak nam czasu, lub nasze jajka są już kilkudniowe, możemy po prostu ugotować je w skorupkach. Idealny sposób na jajka na miękko to zalanie ich w garnku zimną wodą i podgrzewanie na średnim ogniu aż pojawią się bąbelki. Od momentu zagotowania wody (tj. kiedy zacznie naprawdę bulgotać) gotujemy 3 minuty (3 i pół dla większych jajek). Po tym czasie momentalnie chłodzimy pod zimną wodą. Obieramy i zręcznym ruchem kroimy każde jajko na pół. W zależności od upodobań na każdą porcję przeznaczamy dwie lub jedną połówkę.

Bulion podgrzewamy w garnku do zagotowania. Rozlewamy do misek i do każdej porcji dodajemy 1 dużą łyżkę pasty miso. Mieszamy dokładnie łyżką, widelcem lub małą trzepaczką, aby pozbyć się każej grudki. Po dodaniu pasty zupy już nie gotujemy! W miskach układamy dodatki – zgrillowane plastry bakłażana, porcję makaronu oraz jajko. Posypujemy posiekanym szczypiorkiem oraz nasionami sezamu. W razie potrzeby doprawiamy sosem sojowym. Smacznego!

Sentyment smakuje lepiej

Jest w Nowym Jorku oraz w Toronto kilka takich miejsc, które od jakiegoś czasu raz po raz śnią mi się po nocach. To lokale Milk Bar, siostrzanej sieci restauracji Momofuku, gdzie dzięki godnej oklasków inwencji szefowej kuchni można zaprosić się na butelkę mleka o smaku... płatków z mlekiem. Tak, tego, które tworzy się w misce podczas śniadania, kiedy płatki namakają oddając sporą część swojego aromatu. Co więcej, można tam zjeść lody na jego bazie. Żałuję, ale w najbliższym czasie akurat na wyprawę do Stanów ani Kanady nie mam perspektyw, postanowiłam więc się nie czaić, tylko odkurzyć swoją maszynę do lodów. Nie przyszła góra do Mahometa, i tak dalej. Bo że  m u s z ę  tego spróbować nie miałam wątpliwości ani przez minutę.

To bardzo sprytne stworzyć specjał, którego smak ogromnej liczbie ludności postawi przed oczami miłe, beztroskie poranki za dzieciaka. Tak, jak babcine pierogi są najlepsze na świecie, kogel mogel wywołuje uśmiech nie mniejszy niż wywoływał dziesięć (czy dwadzieścia..) lat temu, a po naprawdę dobrego gofra trzeba jechać nad samo polskie morze. Sentyment smakuje lepiej niż niejedna przyprawa, a dobre wspomnienie potrafi mieć znaczenie większe niż sam przepis. Choć oczywiście poniższej recepturze nie umniejszam. Jeśli nawet nie jadłabym mleka z płatkami i cukrem w dzieciństwie, nie mam wątpliwości że te lody by mnie zachwyciły – są po prostu obiektywnie niebiańskie.

P.S. Wybaczcie niedosyt zdjęciowy, ale lody nie są moim ulubionym obiektem do fotografowania – zdecydowanie nie lubię pracy pod presją, nawet jeśli tylko rozpuszczających się gałek! Poza tym, jak już się skarżyłam wielokrotnie, naprawdę nie wiem kiedy one wszystkie znikają z mojej zamrażarki, ale na uwiecznienie ich na zdjęciu mam jeden, max dwa dni – po tym czasie nigdy nie ma po lodach śladu.

CEREAL MILK™ ICE CREAM
czyli lody o smaku płatków z mlekiem

ok. 1 L lodów, przepis na mleko: Christina Tosi, Momofuku Milk Bar

na mleko:
600 ml mleka
3 szklanki płatków cornflakes
120 g cukru trzcinowego demerara (najlepiej drobnego, łatwiej się rozpuści)
1 łyżeczka ekstraktu waniliowego*
porządna szczypta soli
na lody dodatkowo:
400 ml kremówki
3 żółtka z dużych jajek (4 z małych)

na posypkę:
1,5 szklanki płatków cornflakes
2/3 szklanki cukru trzcinowego
2 – 3 łyżki wody
1/3 łyżeczki soli

* W przypadku deficytu, można zastapić ziarenkami z 1 laski wanilii, ale polecam przygotowanie ekstraktu na przyszłość.

Rozgrzewamy piekarnik do 200 stopni. Wysypujemy płatki (całe 4,5 szklanki) na suchą blaszkę i podpiekamy przez 15 minut, aż lekko zciemnieją i pogłębią aromat. Studzimy, odmierzamy 3 szklanki i zalewamy je mlekiem. Najwygodniej wykorzystać do tego duży słój lub rondel. Odstawiamy na 30 minut na kuchenny blat, co jakiś czas mieszamy.

W międzyczasie przygotowujemy posypkę – cukier trzcinowy rozpuszczamy z odrobiną wody w garnku lub na patelni o grubym dnie. Bez mieszania czekamy, aż się skarmelizuje, dodajemy sól i złotym syropem oblewamy pozostałe na blaszce płatki (można przełożyć je na pergamin, aby oszczędzić sobie sprzątania). Odstawiamy do całkowitego wystudzenia i stwardnienia, na koniec kruszymy większe kawałki. Przechowujemy w szczelnie zamkniętym słoiku.

Mleko z płatkami przecedzamy przez sito, dokładnie dociskając płatki, aby wycisnąć z nich cały płyn i jak najwięcej aromatu. Dodajemy resztę składników – cukier, wanilię oraz szczyptę soli. Mieszamy dobrze i raczej nie próbujemy jak w smaku, bo wypijemy całe zanim powstaną lody. Jeśli taki był zamysł od początku – koniec przepisu, obłędne cereal milk gotowe!

Jeśli jednak jesteśmy twardzi i chcemy więcej, w dużym garnku podgrzewamy to mleko ze śmietanką. Do gorącej mikstury dodajemy roztrzepane żółtka i podgrzewamy całość na małym ogniu, nieustannie mieszając trzepaczką. Zdjemujemy z palnika kiedy lekko zgęstnieje, nie dopuszczamy do zagotowania! Masę chłodzimy w lodówce przez noc, następnie przekładamy do maszyny do lodów i postępujemy zgodnie z jej instrukcjami. Jemy od razu, lub domrażamy jeszcze po ukręceniu, ale zawsze przed podaniem pozwalamy lodom zmięknąć – zbyt twarde nie uwalniają nawet w połowie potencjału swojego smaku! Serwujemy z duża ilością posypki (jeśli okaże się, że jest tak smaczna, że gdzieś ją nagle wcięło, można posypywać lody po prostu uprażonymi cornflake’ami).

(Lody można przygotować też bez maszyny, wówczas masę mrozić w pojemniku i mniej więcej co pół godziny miksować. Ale efekt nigdy nie będzie tak kremowy i puszysty jak w przypadku lodów z maszyny. Namawiałam Was już przy okazji zdrowych lodów chałwowychmrożonego jogurtu waniliowo-klonowego z awokado, czy lodów Daim, i namawiam wciąż – kto nie ma maszyny do lodów powninen jak najprędzej ją nabyć. To wynalazek bogów)

Uprzedzając pytania – oczywiście, lody zrobione z płatków z mlekiem można jeść na śniadanie.