Ciasto drożdżowe z niespodziankami

Nigdy nie miałam w zwyczaju publikować na blogu potraw ze znacznym opóźnieniem. Jeśli wyszło mi coś godnego polecenia, szybko tutaj lądowało - nie pichcę na taką skalę by dania ustawiały się w kolejce. Ostatnio jednak, cóż - nie gotuję prawie wcale. Byście za szybko o mnie nie zapomnieli, chwytam się przepisów sprzed wielu dni, które w swoim czasie mi umknęły. Jak te ciasta drożdżowe chowające się do tej pory gdzieś na zabałaganionym dysku twardym.

Wpadłam tym samym jak śliwka w kompot. Jak oni to robią? Ci doświadczeni blogerzy, przygotowujący wpisy z kilkutygodniowym nieraz wyprzedzeniem? Czy kiedy przychodzi moment publikacji nie skręca ich na myśl, że nie ma już śladu po pysznościach, które prezentują? Ja osobiście od godziny nie mogę oderwać myśli od wspomnienia smaku poniższych ciast. Z rozpaczą rozpływam się nad wszystkim, od zapachu rosnących drożdży po komplementy, które otrzymały gotowe wypieki. Zdecydowanie wolę zagryzać pisanie posta pysznością, o której traktuje.

Nie ma u mnie zimy, a słoneczne przedwiośnie, nie wiem więc na co zwalić winę za to narzekanie. Wiem za to, że różnica między domowym ciastem drożdżowym a tym, którym uraczyć się mogę w Paryżu, bardziej niż mniej siedzi w głowie. Dlatego jutro z samego rana przejdę się do narożnej boulangerie i zaopatrzę w zapas brioszek. Przymykając oko na kilka subtelnych smakowych różnic, przymknę oko dosłownie i wyobrażę sobie, że siedzę na stole w swojej warszawskiej kuchni i znów degustuję wyciągnięty przed chwilą z pieca drożdżowiec. Osiągnę to z tą brioszką nawet jeśli bym ją miała, kurka, podgrzać w mikrofali.

Nadziewane ciasto drożdżowe

(forma o długości ok. 30 cm)

Źródło przepisu

20 g świeżych drożdży
150 ml mleka
40 g cukru
400 g mąki pszennej
50 g masła
2 jajka
1/2 łyżeczki soli
1 jajko do posmarowania wierzchu ciasta

Drożdże rozkruszyć do miseczki i wymieszać z łyżką cukru, ciepłym mlekiem i kilkoma łyżkami mąki. Odstawić, by zaczyn rozpoczął pracę. W międzyczasie stopić w garnuszku masło i odstawić do wystygnięcia. W dużej misce połączyć jajka, masło, resztę cukru i sól, dodać zaczyn i przesiać resztę mąki. Wyrobić ciasto przez kilka minut, aby stało się elastyczne i miękkie, ale nie klejące. Ja używam do tego robota kuchennego z hakiem. Można wyrobić ręcznie. Następnie ciasto przełożyć do dużej obsypanej lekko mąką miski, z wierzchu posmarować olejem (bardzo cieniutko! tylko by nie wysychało), przykryć ściereczką i odstawić w ciepłe miejsce do podwojenia objętości. Po tym czasie ciasto wyłożyć na stolnicę, rozwałkować i posmarować wybranym nadzieniem.

Nadzienie cynamonowe
(wymieszać wszystkie składniki):

70 g bardzo miękkiego masła
100 g grubej Demerary
2 łyżeczki cynamonu

Nadzienie czekoladowe
(wymieszać wszystkie składniki):

70 g bardzo miękkiego masła
2 kopiaste łyżki kakao
1 op. budyniu czekoladowego (35 g)
3 kopiaste łyżki cukru pudru
1 białko jaja
100 g posiekanej gorzkiej czekolady (radzę użyć aż 90%)

Ciasto można formować wedle własnych potrzeb i preferencji, ja zrezygnowałam z "odrywanego" na rzecz zawijasa. Niestety zarówno za pierwszym jak i za drugim razem zdałam się na własną fantazję i środek wyszedł mi koślawy i, gdzieniegdzie, dziurawy. Wiadomo, że nikomu to nie przeszkadzało, ale Wam jednak polecam skorzystanie z własnych sposobów lub dostępnych w sieci instrukcji.

Po uformowaniu ciasto przełożyć do natłuszczonej formy i odstawić ponownie do momentu gdy ją wypełni (ok. 30 minut przy kaloryferze). Następnie wierzch ciasta posmarować rozbełtanym jajkiem i ew. posypać kruszonką (czego nie uwzględniam w przepisie, bo wersja bez niej jest moim zdaniem lepsza). Piec w piekarniku nagrzanym do 180 stopni (bez termoobiegu) przez ok. 40 minut. Jeżeli będzie się przesadnie rumienić, przykryć folią aluminiową (moje wymagały tego już po ok. 15 minutach). Po wyjęciu potrzymać trochę w formie (ok. 15 minut), po czym ostrożnie przełożyć na kratkę i pozwolić choć trochę wystygnąć przed krojeniem. Smacznego!

Zupa krem z pietruszek i gruszki

Dziś bez zbędnego gadania, wszyscy do kuchni raz, przygotowywać krem z gruchy i pietruchy. To najlepsza zupa jaką jadłam od dłuższego czasu. Zanim jej spróbowałam myślałam, że nie lubię pietruszek, ale czy to dzięki subtelnej owocowej słodyczy czy kremowej konsystencji, zostały odczarowane i będą gościć w mojej kuchni znacznie częściej. Przepis Marty z niezawodnej Jadłonomii, w którym wprowadziłam kilka zmian.

Swoją drogą, zupie tej przypadł setny post na moim blogu! Nie jestem z tych co z takiej okazji pieką torty i organizują konkursy, ale wszystkim bardzo dziękuję za odwiedziny i komentarze.

Krem z pietruszek i gruszki

(4-5 porcji)

Źródło przepisu, podaję ze zmianami

600 g pietruszki (ok. 540 g po obraniu i odcięciu końców)
1 duża lub 2 mniejsze gruszki
bulion warzywny
mleko (może być roślinne)
oliwa z oliwek
1 łyżeczka suszonego estragonu
sól, czarny pieprz
do podania: prażone nasiona lnu, płatki migdałów lub pestki słonecznika

Pietruszkę obrać i pokroić w sporą kostkę. W dużym garnku rozgrzać 2-3 łyżki oliwy i wrzucić pietruszkę. W międzyczasie obrać gruszkę i również pokroić na kilka części (w większą kostkę). Dorzucić do garnka i mieszając co jakiś czas dusić przez ok. 10 minut. Można, choć jeśli wolicie delikatniejsze smaki nie trzeba, wręcz je lekko przysmażyć (zwiększając ogień). Po tym czasie przykryć warzywa bulionem oraz mlekiem (u mnie pół na pół). Gotować do miękkości, po czym zdjąć z ognia, zmiksować dokładnie i zagotować ponownie. Doprawić estragonem, solą i pieprzem. Na suchej patelni uprażyć ziarna/nasiona i posypać nimi gotową do podania zupę. Opatulić się w koc i jeść gorące z ulubionej miski patrząc na śnieżycę za oknem. Smacznego!

Mleczna mieszanka kasz z budyniem jak chmurka

Jem często kasze na śniadanie, bo są super zdrowe i bardzo pyszne. Najczęściej, w słodkim wydaniu, goszczą u mnie: jaglana, bulgur i quinoa. Gotuję je na mleku, dodaję owoce, orzechy i różne inne dodatki. Ale jak słodkie by one nie bywały, taka kasza to jednak raczej porządne śniadanie, niż deser z prawdziwego zdarzenia. Z tym, że jest jeden mały wyjątek, i to właśnie jego prezentuję poniżej. To kremowy, szalenie mleczny - wręcz chmurkowy, rozumiejcie to jak chcecie ale pasuje świetnie - pudding, lepszy niż wszystkie smakije razem wzięte. Użyłam do niego wszystkich trzech moich ulubionych śniadaniowych kasz i z żadnej nie radzę rezygnować (najprędzej z komosy, nadaje zbędnej chrupkości, choć i to na swój sposób pasuje. Poza tym właściwie nie jest kaszą więc...). Polecam użycie budyniu śmietankowego lub waniliowego, z czekoladowym nigdy nie próbowałam, ale coś by mi tu zgrzytało. Ten deser jest tak łagodnie mleczny - nie mogę znaleźć synonimu, ten epitet trafia w sedno - że nie warto przyćmiewać go dominującym smakiem kakao.

Mleczna mieszkanka kasz z budyniem

(1 porcja)

2 łyżki kaszy bulgur
2 łyżki kaszy jaglanej
1 łyżka ziaren quinoa
1 szklanka mleka
1 łyżka proszku budyniowego - waniliowego lub śmietankowego
szczypta soli
opcjonalnie dodatki (u mnie syrop klonowy i banan)

W czajniku zagotować wodę. Pusty garnuszek rozgrzać na palniku i wrzucić do niego ziarna kasz ze szczyptą soli. Podprażyć je lekko (by zaczęły pachnieć, ale nie brązowieć) po czym zalać wrzątkiem z czajnika (objętościowo wody powinno być ok. dwa razy więcej). NIE MIESZAĆ, tylko przykryć i dać im się gotować do momentu wchłonięcia całej wody (kasze tworzą sobie kanaliki do odpływu powietrza i gotują się pięknie bez przypalania. Po jednym zamieszaniu będzie trzeba robić to co chwilę do końca).

Do kaszy wlać większość mleka, a w reszcie rozrobić budyń. Kiedy zawartość garnuszka znów się zagotuje, dodać mleko z budyniem i doprowadzić do zgęstnienia, jak przy robieniu tradycyjnego budyniu. Zdjąć z ognia, przełożyć do miseczki i zajadać, lub schłodzić przez kilka godzin w lodówce (czyniąc go tym samym już doszczętnie smakowo zbliżonym do gotowych deserków). Jeśli używacie budyniu bez cukru, to w dodatkach będzie tkwić słodkość Waszego puddingu. Ja polałam swój syropem klonowym co bardzo gorąco polecam. Na tym (lub np. miodzie) poprzestałabym jeśli danie ma funkcjonować jako deser. Ale tym razem dodałam też banana i miałam sycące, niebiańsko pyszne śniadanie. Smacznego!