Granola z płatkami róży

Wspominałam przy ostatnim omlecie, że bardzo lubię porę śniadaniową. Jako, że zrywanie się z łóżka o nieludzkiej godzinie obecnie chwilowo mnie nie obowiązuje, to (oprócz wstawania znacznie za wcześnie, bo robimy sobie z moim organizmem na złość tradycyjnie) szczególnie doceniam uroki pierwszego posiłku. Wszystko pozostawało jednak w granicach normalności, bez wpadania w obsesje, bez przekonywania samej siebie, że nic dziwnego nie ma w jedzeniu czterech śniadań dziennie. Do czasu upieczenia tej granoli.

Od kiedy rano czeka na mnie słój, po którego otwarciu uwalnia się zapach różanej konfitury z najlepszych pączków, przestaję sobie radzić ze wspaniałością poranków.

Chciałabym móc powiedzieć, że jestem autorką tego genialnego patentu, ale niestety byłoby to po części kłamstewko. Mimo, że sam przepis na granolę stworzyłam od podstaw, bezpośrednią inspiracją do wykorzystania róży był bezbłędny pomysł Heidi Swanson.

Granola z płatkami róży

(ok. 1 litrowy słój)

3 szklanki płatków owsianych
3/4 szklanki zarodków pszennych
1 szklanka otrębów (dowolnych - u mnie żytnie, pszenne i orkiszowe)
1 szklanka orzechów (u mnie migdały i laskowe)
1 szklanka ususzonych płatków róży
3/4 szklanki soku jabłkowego
1/4 szklanki delikatnego miodu
1/3 szklanki rodzynek
1/2 łyżeczki soli
2 łyżki oliwy (lub w sprayu)

Piekarnik rozgrzać do 130 stopni. W dużej misce wymieszać płatki owsiane, zarodki, otręby i orzechy (można je posiekać). Rozłożyć równomiernie na blasze. Prażyć około 30 minut, do lekkiego zbrązowienia, co 10 minut mieszając. W międzyczasie płatki róży pokruszyć na mniejsze kawałki. W szklance wymieszać miód (jeśli jest w stałej postaci lekko go podgrzać) z sokiem jabłkowym (oraz oliwą, jeśli nie macie w sprayu). Po wyjęciu z piekarnika lekko przestudzić musli z orzechami, przełożyć na nowo do miski, wymieszać z płatkami róży (można dodać teraz 3/4, a resztę po upieczeniu - tym sposobem dodamy trochę koloru, bo w piecu płatki zbrązowieją). Zalać sokiem z miodem, osolić i wymieszać drewnianą łyżką. Ponownie rozłożyć równomiernie na blasze. Spryskać oliwą, jeśli nie dodaliście jej wcześniej do płynów. Wstawić do piekarnika na około 50 minut (co 15 minut mieszając). Po tym czasie wyciągnąć blachę i odstawić do całkowitego ostygnięcia. Wmieszać rodzynki i przełożyć do szczelnego pojemnika. Jeść z czym kto lubi, dla mnie broni się sama i dodaję jedynie zimne mleko. I uwspanialać sobie poranki!

Alzacka tarta z jabłkami

Zdrowe żywienie wciągnęło mnie niewiele ponad rok temu  i uparcie, całe szczęście, nie opuszcza. Z niesłabnącym zapałem odkrywam rządzące w jego świecie prawdy i mity, metody przygotowania, kolejne produkty wraz z ich właściwościami i zastosowaniem. Stawiam na urozmaicenie i maksimum wartości odżywczych. Zasadniczo chciałabym jak najzdrowiej, -ładniej i -korzystniej dla organizmu. Ale nie jestem na tym punkcie (jeszcze) niezdrowo zafiksowana. Lubię uliczne żarcie, pijam alkohol i jem czekoladę. A jabłka, co poradzić, najbardziej smakują mi te najmniej naturalne. Ligole wypinające się dumnie niezależnie od pory roku, z niezmiennie imponującym obwodem, skórką bez skazy i najmniejszego obicia. To chemia, ale miłość nie wybiera, i obawiam się, że będę je pochrupywać do końca życia. A żeby uspokoić tę część mnie panikującą, że jabłek w nich raczej mniej niż więcej, uzupełniam to, czego powinny dostarczać jedząc również jabłka najbardziej naturalne z dostępnych. Takie, których nikt nie kontrolował, nie wspomagał środkami by lepiej rosły, nie chronił chemią przed owadami. Udowadniające powyższe swoją naturalną brzydotą - przebarwieniami, plamkami na skórce i uroczą przykurczowatością! Zebrane w opuszczonym sadzie, a odkryte, co zabawne, niespodziewanie w sercu Warszawy. Są aż zanadto intensywne w smaku i, jak by nie patrzeć, strasznie brzydkie. Przemycam je więc sobie w surówkach, owsiankach i ciastach. Ostatnio na przykład w takiej tarcie po alzacku. Napakowałam ich tam solidną porcję, z uśmiechem pochłaniając później kawałek za kawałkiem.

Dostosowałam przepis do swoich możliwości (maślanka z braku jogurtu) i upodobań (pełnoziarnisty spód, płatki migdałów, mniej cukru). Wyszła bardzo smaczna, słodka tarta z budyniowym, intensywnie waniliowym wypełnieniem nadzianym gęsto pysznymi jabłkami. Zero cukru w samym cieście to strzał w dziesiątkę, który idealnie równoważy smaki - stosujemy ten patent w robionym przy każdej okazji mazurka babci Trudzi, nie podeszłam więc do niego podejrzliwie.

Ładna alzacka tarta z brzydkimi jabłkami

(forma o śr. ok 25 cm)

Źródło przepisu

250 g mąki (użyłam pełnoziarnistej z trzech zbóż)
1/4 łyżeczki soli
2 - 3 łyżki śmietany (zamieniłam na maślankę)
130 g zimnego masła pokrojonego w kostkę
ok. 400 g jabłek (waga przed obraniem; u mnie sześć mniejszych)
2 jajka
50 g mąki pszennej
100 g drobnego cukru (dałam 70 g cukru pudru)
170 g jogurtu naturalnego (zamieniłam na delikatną maślankę)
łyżeczka ekstraktu z wanilii
opcjonalnie: płatki migdałów na wierzch

Składniki na ciasto wyrobić szybko (najłatwiej wymieszać je z pomocą malaksera). Ulepić kulę, zawinąć ją w folię spożywczą i włożyć do lodówki. Piekarnik rozgrzać do temperatury 200 stopni. W dużej misce ubić na puch całe jajka z cukrem. Stopniowo dodawać pozostałe składniki - mąkę, jogurt oraz ekstrakt z wanilii. Teraz wrócić do ciasta czekającego w lodówce - rozwałkować je lub po prostu wylepić nim formę (uprzednio wysmarowaną masłem i wysypaną, u mnie, orkiszowymi otrębami). Nakłuć widelcem. Wstawić do piekarnika i podpiekać przez 10 - 12 minut. W tym czasie obrać jabłka i pokroić je na jednakowe plasterki. Układać na przestudzonym lekko spodzie w kształt okręgu (ja stawiałam je pionowo, "grzbietami" do góry, coby zmieściło się ich więcej niż gdyby leżały płasko) i zalać masą jogurtową. Ponownie wstawić do piekarnika, tym razem na ok. 40 minut. Warto pilnować czy wierzch nie przypieka się za bardzo (zwłaszcza jeśli, tak jak ja, zdecydujecie się na płatki migdałów na górze). Jeśli by się tak działo, przykryć folią aluminiową. Kroić po ostudzeniu, najlepiej smakuje w temperaturze pokojowej. Smacznego!

Zupa krem z pietruszek i gruszki

Dziś bez zbędnego gadania, wszyscy do kuchni raz, przygotowywać krem z gruchy i pietruchy. To najlepsza zupa jaką jadłam od dłuższego czasu. Zanim jej spróbowałam myślałam, że nie lubię pietruszek, ale czy to dzięki subtelnej owocowej słodyczy czy kremowej konsystencji, zostały odczarowane i będą gościć w mojej kuchni znacznie częściej. Przepis Marty z niezawodnej Jadłonomii, w którym wprowadziłam kilka zmian.

Swoją drogą, zupie tej przypadł setny post na moim blogu! Nie jestem z tych co z takiej okazji pieką torty i organizują konkursy, ale wszystkim bardzo dziękuję za odwiedziny i komentarze.

Krem z pietruszek i gruszki

(4-5 porcji)

Źródło przepisu, podaję ze zmianami

600 g pietruszki (ok. 540 g po obraniu i odcięciu końców)
1 duża lub 2 mniejsze gruszki
bulion warzywny
mleko (może być roślinne)
oliwa z oliwek
1 łyżeczka suszonego estragonu
sól, czarny pieprz
do podania: prażone nasiona lnu, płatki migdałów lub pestki słonecznika

Pietruszkę obrać i pokroić w sporą kostkę. W dużym garnku rozgrzać 2-3 łyżki oliwy i wrzucić pietruszkę. W międzyczasie obrać gruszkę i również pokroić na kilka części (w większą kostkę). Dorzucić do garnka i mieszając co jakiś czas dusić przez ok. 10 minut. Można, choć jeśli wolicie delikatniejsze smaki nie trzeba, wręcz je lekko przysmażyć (zwiększając ogień). Po tym czasie przykryć warzywa bulionem oraz mlekiem (u mnie pół na pół). Gotować do miękkości, po czym zdjąć z ognia, zmiksować dokładnie i zagotować ponownie. Doprawić estragonem, solą i pieprzem. Na suchej patelni uprażyć ziarna/nasiona i posypać nimi gotową do podania zupę. Opatulić się w koc i jeść gorące z ulubionej miski patrząc na śnieżycę za oknem. Smacznego!